Dzień świra

Dzień świra bez wskazań
wskazówki czasu oddalające od siebie
cały wybieg możliwości uczuć
i słowne wybiegi możliwie na szkodę
by nie starać się mocniej
mocarze unikający starannie bólu
zadają rany pewności zmysłów
niepewnym umysłem na przekór
przelewając życie w próżnię
odżyć na próżno zdołają
uwznioślając własne słabości
zasłabną na wysokości zadania
załamując ramiona wsobnej niewoli
nie złamią woli upragnionej bliskości.

Reklamy

Otwory

Wsparci przeszłością
nie dającą wsparcia
demonizujemy czas rzeczywisty
mogąc rzeczywiście oszaleć
testowani otwartymi sprawami
sprawiamy w zamknięciu nowe otwory
niby doszczętnie spalone mosty
wciąż płoną na całej długości
budując kolejną nieruchomość
burzymy koleje źle wytrawionych kości
pamięć nie obraca się w niwecz
a niwecz lubi powracać ze złością.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Edycja mechaniczna

Udające martwe

Cisza nabyta na drodze dobrego i złego
jej słowa leżą na brzegu morza
pozostawione przez wszystkie odpływy
zapaści w sobie
obok umierają sowy
trochę rozmrożone
udające martwe
jeszcze wierzą w kolejny przypływ zubożałej jaźni
i że będzie to dla nich coś znaczyć.

 

MYŚL PIERWOTNA
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Polot nosa

Polemika z lotnością plotki
dla ucha trudna w polocie
napawa ją jednak zwątpieniem
niesłychana obszerność nosa.

Nawrót osobisty

Jeśli świat traktuje cię jak spam
pomimo
że nikogo nie nękasz swoją osobistością
ładując na parkingu bierne intencje
pomyśl eufemistycznie
jestem niezamówioną informacją handlową
którą wielokrotnie kasowano
lecz cierpliwie nawracam
niczym rasowa choroba przewlekła
caluśkim tirem z dodatkową przyczepką.

Narzędziownia mroku – wiersz multimedialny

LINK DO WIERSZA
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Poezja Dźwiękowa

Wywiad z Piotrem Kasperowiczem na stronie Poezji Dźwiękowej

aby przeczytać, kliknij w obrazek

Znaki plus

Podświetlając od dołu zapis linii życia
pozostają tylko znaki
bez mitomanów udających przyjaciół
w dziale akcesoriów lateksowych
codzienność zanika
światło spłaszcza bilans
wyborów poczynionych w marketach
w zestawieniu istotny jest plus
wyskoki charakteru
pomimo czerwonych świateł i kartek na buty
wyścigi szczurów przez lasy deszczowe
stany podgorączkowe nadwrażliwości
wszystkie dodane znaki
dające sens ogólny
bycia sobą na plusie.

Kontyngent

Wrzucona w mechanizmy hipokryzji
odbijasz się od wyższej poprzeczki
w poszukiwaniu dobrego słowa
rykoszetem tuż ponad ziemią
w bębnie maszyny losującej
znaczysz grubo swą trajektorię
jak jeden do czternastu milionów
szarpiesz się między nawiewem a grawitacją
płoniesz zignorowana na wejściu do atmosfery
czekasz na obrót fortuny za życia
masz ją wiecznie na muszce
bo ona w powolnym dryfie
ostatecznie zniecierpliwiona dziwaczna głupota
wyśle cię kulko w wojenną ekspedycje.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Lost & Found Mega*Zine #22

Numer 21: Baśń


ENGLISH VERSION SOON

Mrowienie w kończynach

Zwykły z ciebie człowiek
może jedynie brzuchonóg
w lustrze nawet gadziogłówka
odczuwasz mrowienie w kończynach
i bóle przy końcu odwłoku
masz zaczerwienia na twarzy
a to sugeruje żeś pszczółka
możesz być robotnicą
strażnikiem gniazda
lub wylęgarką spod plastra
pszczoło miodna
ofiaro rozwoju populacji na giełdzie
znaczysz tyle przebiegiem życia
co ślad pod butem ludzkiego pana
jak przetrwa twoja kolonia
w burzowej superkomórce
nieopodal samochodu pułapki
lub między śmigłami drona?

Kuźnia Literacka

Kuźnia Literacka opublikowała aż jedenaście wierszy z tomiku „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

aby przeczytać, kliknij w obrazek

Buldożercza zagadka

Spójrzcie na okładkę tego tomiku. Ona „rymuje się” nie tylko z wierszami zbioru, ale też z tytułem książki. Nie mogłem nigdzie znaleźć bibliografii książkowej Piotra Kasperowicza, domyślam się więc, że ta książka to jego pierwszy tomik. Ale niczego tu nie nazywałbym debiutem, bo Kasperowicz jest artystą totalnym. W literackich i artystycznych iwentach różnego typu brał aktywny udział. Sztuka – w wielu swoich gatunkach – to eldorado Kasperowicza. Sam stwierdza, że specjalizuje się w nurcie poezji audiowizualnej, tak więc symbioza, a być może nawet eklektyzm czy „komitywa sztuk” to jego osobliwy „totalitaryzm”. Oby były z tego trwałe owoce.

Na razie trzymam w ręku ten tomik, którego lektura kosztowała mnie nieco zdrowia. A to dlatego, że przeżywałem wahania na „tak” i na „nie”. Kasperowicz należy do tych luzaków, którzy po pierwsze są pewni własnej oryginalności, a po drugie bardzo chcą być nieszablonowi. To mu się udaje.

Zabrałem się więc do lektury z zainteresowaniem, ale też dystansem, bo niejedno takie dziecko-kwiat widziałem. No i co? No i to, że buldożer elokwencji rzeczywiście tu wiedzie prym.

Trzeba przyznać, że dykcja tych wierszy jest na swój sposób niepowtarzalna. Ciężko to się czyta… Jednak z drugiej strony […] mówi o sprawach ważnych. To nie jest baju-baju, pitu-pitu. Kasperowicz ma swoje poglądy, przemyślenia, morały. I teraz w sumie sam nie wiem: czy on „przebełkotał” tę swoją dykcję, czy też mamy do czynienia z językiem do którego musimy się przyzwyczaić.

[…] czyli wiem, czuję, że Kasperowicz mówi o czymś dla niego istotnym, tylko nie umiem ci, czytelniku, powiedzieć, o czym. Jednak czuję w sobie jakiś szlaban, by powiedzieć: bełkot! To trochę tak, jak dawnymi czasy czytano na przykład Jasieńskiego czy Karpowicza. „Nowe języki” muszą się oswoić.

Bez wątpienia elokwencja Kasperowicza jest osobliwa, ale jej buldożery mielą nas na papkę. Co z tego ostatecznie wyniknie? Nie mam pojęcia, jednak ostrzegam, że rzucenie tym tomikiem o ścianę byłoby reakcją pochopną. Tym bardziej, że jest on wypasiony edytorsko.

Zostawiam was z moją klęską po tej lekturze, której nie połknąłem z sukcesem. Ale ten tomik jeszcze jakiś czas będzie leżał na moim biurku i będę się z nim droczył, a raczej pocił. Gdyby mnie olśniło, napiszę nie recenzyjkę, a esej. Tak mi dopomóż własna inteligencjo!

 

Recenzja autorstwa Leszka Żulińskiego opublikowana w Gazecie Kulturalnej.

Haiku: Zrywka

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Przemiła aparycja

Boże uśmiechy wybielone octem
i zdeptane boże krówki
chityna to kiepska kryjówka
100% natury
sam ekstrakt
kość słoniowa na dowód śmierci
wokół szyi oraz rąk
zakrywająca blizny
wpięta w uszy i klapy
stojąca na etażerkach
upinająca włosy
oprawiona w skórę z ektodermy
szkoła ludzkiego wdzięku
z odprężonym układem współczulnym
zaraz po odrąbaniu siekaczy.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Mieszalnik odstanych marzeń

Pędząc pod ciśnieniem
obijając się o ścianki
w niegodziwym mieszalniku
odstanych chcielibyśmy marzeń.

Totalna wyprzedaż błogosławieństwa

Na etapie przymusowego bezrobocia afektu
konsensus nieosiągalny
na płatnej autostradzie opętanej promocją
środków zbędnych do końca życia
totalna wyprzedaż błogosławieństwa
ani godna ani sprawiedliwa
miłość jak pustak pod poszwą
nośnikowi krwi umrzeć nakaże
niekoniecznie za karę.

Przedstawiciele własnej osoby

Nam
przedstawicielom handlowym własnej osoby
biegania po kanałach nie wlicza się bezpośrednio na konta
nie wpływa ono także na linię życia kredytowego
staż nienormowanej pracy trwonimy w rozjazdach
wypadki losu ubezpieczamy dość kuriozalnie
jedynie na skutek podszeptów maczanych w empatii
polubownie łykamy żelazo dla umocnienia swych postanowień
brzemiennych w nadzieję aktów puszczania się w totka
wbijając gwoździe do naszych trumien uważni jesteśmy
by gwoździe nie wbijały się pod paznokcie końcówką z łebkiem
poza tym nie stwierdza się przeciwwskazań
partnerom może zależeć na estetycznych zakończeniach dłoni
w razie czego konsultujemy się z branżą rzeźniczą.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

BULDOŻERY ELOKWENCJI – tomik

Pierwszy śmiercionośnie humorystyczny tomik w dorobku autora. Trzeźwo surrealistyczna recenzja świata współczesnego. Kompleksowa diagnoza ludzkich poczynań prowadząca do rozpadu osłonek włókien nerwowych. Opowieść o sercu, którym już wszyscy wytarli sobie pragęby, mordy
i wszystkie inne dostępne otwory bezpodstawnie żywego organizmu.

 

„Buldożery elokwencji”
ISBN 978-83-950092-0-4
Fotografie oraz opracowanie graficzne: Piotr Kasperowicz
Wydawnictwo Obraz Dnia
ul. Traugutta 20/20
30-549 Kraków
tel. 506-516-444
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

 

Poezja, jakiej zdecydowanie nie spodziewacie się w naszym klimakterium.
Wesoła, niby klaun po tomografii całego ciała dmuchanym bejsbolem.
Wyrozumiała, jak psychiatra zostawiający pacjenta na dnie basenu z piłeczkami, aby skruszał. Bezpardonowa, na wzór kwoki wysiadującej jaja Fabergé. Niewiarygodna, niczym wpływ propagandy na miąższość mózgu.

Zalegniecie pokłosiem z rozbawienia, lekko zrozpaczeni odczuwalną autentycznością. Z pozrywanych boków wyjątrzy się czas rzeczywisty,
z dość metalicznym posmakiem od endoskopii uczynionej ironią. Absurd onieśmieli pewność myślenia, porzucając neurony w rześkim obłędzie. Tak pobudzone czynności bioelektryczne nawet zapragną jeszcze więcej.

Twarda, szyta nićmi oprawa o głębi i połysku najlepiej wypolerowanej karoserii. Ciekawa ornamentacja graficzna wzbogacona o tematyczne piktogramy.  Ilość stron: 82. W zawartości 59 wierszy, z czego aż 46 nigdy niepublikowanych!  Fotografie kolorowe w formie albumowej.Tomik dostępny w sprzedaży bardzo detalicznej.


Recenzje/impresje:

Spójrzcie na okładkę tego tomiku. Ona „rymuje się” nie tylko z wierszami zbioru, ale też z tytułem książki. Nie mogłem nigdzie znaleźć bibliografii książkowej Piotra Kasperowicza, domyślam się więc, że ta książka to jego pierwszy tomik. Ale niczego tu nie nazywałbym debiutem, bo Kasperowicz jest artystą totalnym. W literackich i artystycznych iwentach różnego typu brał aktywny udział. Sztuka – w wielu swoich gatunkach – to eldorado Kasperowicza. Sam stwierdza, że specjalizuje się w nurcie poezji audiowizualnej, tak więc symbioza, a być może nawet eklektyzm czy „komitywa sztuk” to jego osobliwy „totalitaryzm”. Oby były z tego trwałe owoce.

Na razie trzymam w ręku ten tomik, którego lektura kosztowała mnie nieco zdrowia. A to dlatego, że przeżywałem wahania na „tak” i na „nie”. Kasperowicz należy do tych luzaków, którzy po pierwsze są pewni własnej oryginalności, a po drugie bardzo chcą być nieszablonowi. To mu się udaje.

Zabrałem się więc do lektury z zainteresowaniem, ale też dystansem, bo niejedno takie dziecko-kwiat widziałem. No i co? No i to, że buldożer elokwencji rzeczywiście tu wiedzie prym.

Trzeba przyznać, że dykcja tych wierszy jest na swój sposób niepowtarzalna. Ciężko to się czyta… Jednak z drugiej strony […] mówi o sprawach ważnych. To nie jest baju-baju, pitu-pitu. Kasperowicz ma swoje poglądy, przemyślenia, morały. I teraz w sumie sam nie wiem: czy on „przebełkotał” tę swoją dykcję, czy też mamy do czynienia z językiem do którego musimy się przyzwyczaić.

[…] czyli wiem, czuję, że Kasperowicz mówi o czymś dla niego istotnym, tylko nie umiem ci, czytelniku, powiedzieć, o czym. Jednak czuję w sobie jakiś szlaban, by powiedzieć: bełkot! To trochę tak, jak dawnymi czasy czytano na przykład Jasieńskiego czy Karpowicza. „Nowe języki” muszą się oswoić.

Bez wątpienia elokwencja Kasperowicza jest osobliwa, ale jej buldożery mielą nas na papkę. Co z tego ostatecznie wyniknie? Nie mam pojęcia, jednak ostrzegam, że rzucenie tym tomikiem o ścianę byłoby reakcją pochopną. Tym bardziej, że jest on wypasiony edytorsko.

Zostawiam was z moją klęską po tej lekturze, której nie połknąłem z sukcesem. Ale ten tomik jeszcze jakiś czas będzie leżał na moim biurku i będę się z nim droczył, a raczej pocił. Gdyby mnie olśniło, napiszę nie recenzyjkę, a esej. Tak mi dopomóż własna inteligencjo!

Leszek Żuliński
Gazeta Kulturalna publikuje pełną recenzję

Widać, że pozycja jest przemyślana od początku do końca, że autor jest dojrzały pisarsko, pewny swojego stylu operowania słowem. Dlatego utwory swoją budową i treścią angażują czytelnika do wytężonego skupienia. A nawet ogarnięcia tego słownego chaosu, w jednolitą całość (tu nie obeszło się bez słownika wyrazów obcych), bo teksty, nie dość że są poszarpane, dodatkowo bazują na kontrastach, niedomówieniach i wyszukanym słownictwie. Myślę, że ten zabieg autor stosuje po to, by pokazać symbiotyczność naszej egzystencji i jednoczesne absurdy wynikające z tej symbiozy. Przy tym nie mam wątpliwości, że te wiersze są o nas i reszcie świata. Bezlitośnie dekonspirują, przy tym bezpardonowo, a nawet nachalnie obnażają nasze wady.

Swoją formą, jak ten tytułowy buldożer, rozwalają, pozostawiają ruiny i zgliszcza. Albo tylko lekkim szturchnięciem przebudzają czytelnika. Jedno jest pewne, nie pozostawiają obojętnym, skłaniają do refleksji nad różnorodnością kontrastów, w tym piękna i brzydoty naszego otoczenia, zachowania, czy naszego w nim chaotycznego egzystowania na wszystkich jego polach. Tu przytoczę w całości wiersz, który jest jednym z delikatniejszych w treści i wymowie, ale zagrał na mojej wrażliwej strunie jak żaden inny – „Partnerstwo dla nakładu”.

Nie jest to pozycja dla każdego. Smakosze poezji tylko łatwej, lekkiej i przyjemnej nie znajdą jej w tym tomie, a zawartość tego słoika może nie przypaść im do gustu. Ale czytelnikowi ambitnemu, poszukującemu, który lubi poszerzać horyzonty i owszem. Tak jak mnie, osobie lubiącej poezję łatwą, lekką i przyjemną, jednak niestroniącej od ambitnych strof i poszukującej nowych kierunków, naprawdę zasmakowała. Po za tym, no cóż… Świetna książka poetycka i polecam.

Anna Ewa Klimowicz

W zgrzytliwym i rozpadającym się tekście Kasperowicza napotykamy na przytłaczającą wizję, w której „potęga smaku” okazuje się nie aż tak potężna – opuszcza ona swoją gardę i wpuszcza niszczycielski ferment we własne szeregi. Potwór kultury popularnej zagląda z bezczelną ciekawością do wieży z kości słoniowej; z jej wnętrza coraz donośniej słychać basowe dudnienie nowoczesności. Ten odgłos zwiastuje śmierć szyku i narodziny szokującej banalności czy też banalności szoku.

Niestety, refleksja twórcy jest równie banalna, bez względu na wykwintność sztafażu, w którym jest przemycana. Jest ona zaklęta w tekście, który wydaje się upiorną powtórką z upiornego wiersza Herberta zatytułowanego „Pan Cogito o muzyce pop”.

Być może jednak można znaleźć w wierszu Kasperowicza coś intrygującego, nieoczywistego? Może tak, ale w tym celu trzeba byłoby rozegrać ten utwór przeciwko niemu samemu – ocalić go poprzez dostawienie cudzysłowu, który pozwoli zauważyć, że w każdej homeopatii (szczególnie w domowej homeopatii konserwatysty) znajduje się dawka trucizny. Jest wtedy szansa na to, że nieprzepuszczalna powłoka pęknie, a delikatne uchylenie drzwi będzie nie tyle aktem gościnności wobec monstrum, co raczej otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju, by zacytować tu napisany niemal trzydzieści lat temu słynny wiersz pewnego poety-barbarzyńcy.

Antoni Zając


Nalot dywanowy obłędem kolistym

Wierność ma dywanowo zapewnioną wieloletnią ochronkę
komisji od przeciwdziałania ateizacji przed profanacją
ze strony obleczonych w lakierowane skóry ciał niewierności
rozmiłowanych umiejętnością pukania w niemalowane
niby nie ma żadnych naukowych dowodów na smakowitość
jakże foremnych ciasteczek z wróżbą umieszczoną w środku
przed ich wypaleniem niepewność prawi bolesne kazania
by zapobiec ciekawości lubiącej pogwałcać doktryny
zupełnie nie mówi tych rzeczy wyśnionych pod nogę do taktu
nierówno tańcują zabobony w świetle negacji księżyca i magii
w trakcie nalotu obłędem kolistym wycelowanym na prokreację
podstawowa ewidencja ułomności sugeruje ulepszanie gatunku.