SSAKI LEŻĄ NA BOKU – tomik

Ten tomik powstał jako wynik współdziałania Piotra Kasperowicza
i Piotra Szreniawskiego. Ten drugi, który od jakiegoś czasu czyta wiersze tego pierwszego, zaproponował dostarczenie materiałów z możliwością przekształcenia ich w wiersze. Kasperowicz zgodził się zmontować na nowo słowa Szreniawskiego.

Szreniawski sumiennie dostarczał opisy zdarzeń wokół siebie, dodając pseudonaukowy słowotok, a Kasperowicz wydobywał z tych treści poetyckość. Potem Szreniawski zaproponował zmiany, na które Kasperowicz w większości się zgodził, broniąc jednak niektórych rozwiązań lub przetwarzając wersy ponownie.

Oba osobniki się lubią. Spędziły we wspólnej przestrzeni twórczej kilka tygodni. Pomimo wrodzonej chęci do absolutnej dominacji artystycznej, oraz na przekór rozbieżnym rodowodom estetycznym – nie zagryzły się. Nadal leżą na boku, każdy na swoim własnym. Badania trwają.
 

 

„Ssaki leżą na boku”
ISBN: 978-83-60948-43-9
Koncepcja i projekt: Piotr Szreniawski, Piotr Kasperowicz
Wydawnictwo: Neopoemiksowe, Kraków Lublin 2021
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz & Piotr Szreniawski

 
 
 

Oprawa tomiku powstała w analogiczny sposób, przez dopełnianie się Piotrków i ich pomysłów. Format A5. Okładka miękka. Stron 30. Zawiera 28 wierszy, wszystkie nigdy wcześniej niepublikowane. Do zamówienia u autorów: pszren[at]wp.pl oraz kasperl[at]tlen.pl


Recenzje/impresje:

„Ssaki leżą na boku” to poetyckie przedsięwzięcie! To zdecydowanie coś więcej niż tylko zbiór wierszy.

Otwierając tę książkę czytelnik wkracza do swoistego literackiego laboratorium! Materiałem badawczym są, ogólnie mówiąc, słowa (oraz to, do czego odnoszą, rzecz jasna). Piotr Szreniawski zbierał rozmaite obserwacje, komentarze, relacje, opisy, a Piotr Kasperowicz starannie wymieszał co trzeba i nadał im odpowiedni kształt, posiłkując się poetyckimi narzędziami. Jednak to nie koniec eksperymentu, ba! to dopiero początek!

Czy „wszystko jest poezją”? Wydaje się, że jeśli nie jest, to może być. „Ssaki…” to świetnie udowadniają. Autorzy bawią się słowem, ale i całą poetycką materią. Ich poezja wykracza daleko poza ramy literatury (a poeci mają dużo większe ambicje i plany!). To zupełnie nowe spojrzenie na lirykę, na przekaz, na wyrażanie niewyrażalnego. Kluczowe nie jest pytanie o to, co panowie stworzyli, ale czy czytelnik jest na to gotowy? Czy ten poetycki eksperyment zyska akceptację społeczną?

Nie sposób w tradycyjny sposób opisać zawartość tej książki, bo ona umyka wszelkim „normom”. Z całą pewnością duet poetów zaprasza nas nie tyle do czytania, ale do wielkiej, lirycznej przygody! Będziemy się tu poruszać po znanych rejonach naszej codzienności, ale może niewydeptanymi jeszcze ścieżkami.

„Ssaki…” to z jednej strony odpowiedź na potrzeby każdego z nas – m.in. potrzebę nazywania tego co widzimy, słyszymy, odczuwamy, a przede wszystkim – chęć podzielenia się tym z kimś. To także próba ubrania w słowa pewnych impresji albo myśli stale powracających, dręczących – to pierwszy krok do ich zrozumienia i/lub zaakceptowania. Z drugiej strony – to także gra z czytelnikiem, z formą, tradycją czy nawet kulturą literacką, poszerzanie granic sztuki, a może i granic w ogóle?

Odważę się nawet na twierdzenie, że wierszy z tego tomu nie należy czytać wyłącznie po to, by je „rozszyfrować”, by zbudować sobie jakiś obraz świata, który chcą nam autorzy pokazać. Choć oczywiście to także bardzo istotne, zwłaszcza, że poeci widzą dużo i mają zdolność przenikania przez rozmaite filtry. Dostrzegam w tych lirycznych wyznaniach pewien sprzeciw wobec współczesnych tendencji (najgorszą bodaj jest ludzki egoizm i życie „zbyt serio”, a więc brak dystansu – co często idzie w parze), a niekiedy nawet może lęk przed tym, co wokół, ale także i tym, co w nas!

Uważam, że „Ssaki…” są taką pozycją, dzięki której będziemy testować samych siebie – te teksty mają po prostu coś w nas wywołać, nawet jeśli będzie to konsternacja, zaskoczenie czy nawet zwątpienie. Bo kto powiedział, że to, co w nas siedzi oraz to, w czym my tkwimy musi być opowiedziane w wyłącznie „typowy” sposób?

Podmiot skarży się m.in. na hałas (to zdecydowanie lejtmotyw zbioru) – sąsiedzi remontują, gdy on musi pracować zdalnie. Brzmi znajomo, prawda? Motyw remontu też będzie tu stale powracał. To właśnie jest źródło nerwowości podmiotu. Żyje w ciągłym ogłuszaniu, jak my wszyscy. Świat wypełnia wykańczająca nas kakofonia. A i wewnątrz nas nie zawsze jest cicho. Niepokój potęguje też niezwykła okoliczność, jaka nas zastała w 2020 – pandemia. Bo wydaje się, że to właśnie okres lockdownu jest czasem aktywności podmiotu lirycznego „Ssaków”.

Poeci bawią się poezją, potrafią ubrać w humorystyczny kostium sprawy całkiem przyziemne, coś, co wyławiają z codzienności, a co wcale zabawne być nie musi. Jeden z moich ulubionych wierszy tego tomu to „przewody” – jest tu wszystko, co charakterystyczne dla „Ssaków”, a więc m.in. powracające tematy, sytuacja życiowa jako impuls, niejednoznaczność, delikatny humor.

Prawdopodobnie wszystkie wiersze z „Ssaków…” powstały na bazie doświadczenia (nie zostały zmyślone, mają podłoże w rzeczywistości). Tylko my nie zawsze potrafimy odkryć co było iskrą zapalną danego utworu. Ale to nie jest najważniejsze, bo tu właśnie jest miejsce na emocje towarzyszące lekturze, na uruchomienie procesu skojarzeń czy wreszcie – na nurzanie się w fantazji! Rzecz jasna, uważny i uparty czytelnik być może zechce odtworzyć sobie pewną opowieść liryczną i prawdopodobnie mu się to uda!

I tak, przeglądając się w tafli tych wierszy odkryjemy to, co może kryć się w głębinach, ale najwięcej dostrzeżemy chyba jednak w tym, co odbija się na powierzchni. „Ssaki” to świetna książka do stymulowania wyobraźni, do nie tylko czytania, ale i słuchania poezji! Utwory duetu poetów aż tętnią od rozmaitych brzmień – to nieustanny dostęp dźwięków, m.in. szumy, słowa, wiercenie, stukanie, łup łup łup łup, itp.

Bardzo podoba mi się koncepcja „poezji dźwiękowej”. Uważam, że w odsłonie audiowizualnej poezja duetu Piotrów zyskuje nieprawdopodobnie dużo, wyzwala wielkie emocje i nierzadko powoduje gęsią skórkę! […] Wrażeń podczas czytania a słuchania i oglądania właściwie nie da się porównać. W tym wypadku każdy drobiazg (dźwięk, grymas, tonacja itp.) oddziałuje na widza w sposób nieporównywalnie mocniejszy niż „tylko” tekst na czytelnika.

Jeśli szukacie czegoś nowego, ożywczego w literaturze, uwielbiacie podążać niezbadanymi szlakami, a przede wszystkim macie odwagę i z przyjemnością dajecie się ponosić wyobraźni – to ta książka jest właśnie dla Was!

Kinga Młynarska

 


Helikopter o koncepcji powstawania nowego tomiku

Piotrki spotkały się artystycznie w 2018 roku. Pogadały sobie o poezji dźwiękowej. Potem pierwszy zaprosił drugiego do współpracy przy Antologii wierszy do recytacji, a drugi zaprosił pierwszego na łamy Mega*Zine Lost&Found. Dwa lata później Piotrki mogły znowu pogadać o poezji, ale drugi stwierdził, że teoria go już nie interesuje, rzucając pomysł współpracy twórczej w materii dźwiękowej. Pomysł upadł, ale kilka miesięcy później w 2021 roku Piotrki jednak podjęły wspólne działanie. Plan polegał na dopełnianiu się Piotrków artystycznie. Pierwszy podsyłał surowe teksty – obserwacje i spostrzeżenia na temat dnia codziennego, oraz pseudonaukowe fragmenty zdań wyrwanych z kontekstu. Drugi montował te słowa na nowo, tworząc z nich wiersze. Pierwszy czynił korektę – czyszczenie z nadmiaru, a drugi ponownie montował odrzucone utwory. Aż nie zostało żadnych zdatnych słów do użycia. Tym oto dziwnym i zdalnym sposobem powstał tomik zatytułowany: „Ssaki leżą na boku”.

Piotrkom trzeba dać jeszcze trochę czasu i nieograniczonych możliwości, aby ich dopełnienia dopełniły się do końca. Już niebawem to Wy, drodzy odbiorcy, staniecie się ostatnimi elementami dopełnień. Bądźcie dobrymi dopełniaczami, proszą Piotrki.
 

Aby przeczytać więcej, kliknij w obrazek:
Helikopter

Wielkopowierzchniowe pomniejszanie

Raczej nie ma w Polsce ludzi, którzy przynajmniej od czasu do czasu nie pielgrzymowaliby do któregoś z wielkopowierzchniowych obiektów handlowych. Wszystko w jednym miejscu, ogromny wybór, swoboda oglądania, dotykania, macania, ugniatania, a nawet kosztowania. Pominę potężne galerie handlowe, gdzie samo przejście wzdłuż wszystkich wystaw potrafi czasem zająć nawet godzinę. Skupię się jedynie na marketach ogólnospożywczych, nazwanych przez jednego z polityków „sklepami dla biedoty”. Tak uwłaczająca forma potraktowania szarej masy ludzkiej powinna była spowodować ogólnonarodowy bojkot osobnika, ale nic takiego się nie wydarzyło. Hasło: taniej jest dla nas święte. Jak na biedotę przystało – nie ma co ukrywać oczywistego.

Te duże sklepy z pokarmem kuszą nas na niezliczoną ilość sposobów i stosują na nas wyszukane sztuczki psychologiczne oraz przekazy podprogowe, wszystko w myśl jednego, prostego założenia – kup więcej! A my wcale nie jesteśmy lepsi. Rzucamy się na każdy przeceniony ochłap, nawet jeśli niby potaniał, bo tydzień wcześniej bez powodu podrożał. Z uporem maniaka ugniatamy warzywa, sprawdzając ich jakość. Czasem widać na półkach takie blade, powypadkowe pomidory, które zostały tak potwornie wydotykane i jakby od tego spuchły, że nadają się jedynie na przecenę, a docelowo do zupy lub sosu. Sam widziałem jedną wytrwałą panią, która przebrała cały karton bananów w poszukiwaniu okazu idealnego. Nie omieszkała przy tym rozrywać kiści na mniejsze, aby żaden z owoców jej się nie schował i nie umknął jej uwadze. Po czym w jej koszyku wylądował jeden banan, do tego zapakowany w dwa woreczki. Reszta kartonu zapewne nabrała świeżych rumieńców, zwiastujących niechybne zasinienie. Tym sposobem już jutro, już pojutrze część tych nieszczęśników trafi do działu z obniżkami. To wszystko wygląda na długoterminową, z góry zaplanowaną strategię klientów, którzy wytrwale polują na niskie ceny. Towar popsuty dwa dni temu, dzisiaj będzie jak znalazł. Może nawet znajdziemy na nim nasze odciski palców i fragmenty DNA – mniam!

Sklepy nie mogą być dłużne tak niszczycielskiej szarańczy i muszą działać. Z tego powodu mamy choćby sprzedaż wiązaną. Drugi produkt gratis. Trzeci produkt za pół ceny. Kup dwa, kup trzy i cztery, a będzie taniej. Ostatnio widziałem nawet ofertę kupna dziesięciu. Może od razu zgrzewkę, karton, multipack, skrzynkę, paletę, kontener, tira, lub kontenerowiec? Wtedy dopiero będzie taniej. Klasykiem Internetu jest zdjęcie dwóch identycznych produktów, ale na jednym dorysowano procentową wartość gratisu, o który niby powiększono opakowanie, a są one identyczne. Cena tego „powiększonego” oczywiście jest wyższa. Żebyśmy jednak nie mogli tak łatwo porównywać opakowań, każdy producent stosuje własny kształt opakowania oraz różne zawartości produktu, niezależnie od opakowania. A opakowanie jest tak zaprojektowane, aby optycznie wyglądało na pojemniejsze. Kolory są tak dobrane, aby przyciągały oczy. Zdjęcia na etykietach specjalnie wyselekcjonowane, abyśmy mieli wrażenie zakupu luksusowego produktu. Dodatkowo umieszczono złote naklejki, jako oznaczenia certyfikatów. Produkty ustawiono na odpowiedniej dla kupującego wysokości, stosując wszystkie znane sztuczki psychologiczne, że lewe oko leci nam tam, a prawe gdzieś indziej. A w sklepie specjalnie przyciemniono światło, abyśmy nie wczytywali się w etykiety, tylko kupowali, skoro już wpuszczono nas do tego ekskluzywnego sklepu bez jarzeniówek. Do tego zapach świeżo pieczonych bułeczek, a nawet maślanych słodkości, nadziewanych kolorową marmoladką. Jakże byśmy mogli w takim otoczeniu mieć świadomość, że jesteśmy oszukiwani i wciska się nam mniej wartościowe produkty? Rzucono nam perły przed wieprze, a my jeszcze te kuleczki bezczelnie oglądamy.

Wystarczy spojrzeć na ceny jednostkowe, czyli cenę produktu za kilogram i od razu robi się w głowie jaśniej. Przez lata zostaliśmy przyzwyczajeni do dużych, rodzinnych opakowań, oznaczających oszczędność poprzez tańszą zawartość oraz generujących myśl, jakobyśmy mniej śmieci przez taki zakup produkowali, dbając tym samym o środowisko. To szczytne tak myśleć, ale cena jednostkowa bardzo często wskazuje na coś zupełnie przeciwnego do owej teorii. Wynika to z nieustannego downsizingu opakowań. Zwyczajnie są nieustannie zmniejszane, aby teoretycznie ceny za sztukę nie wzrastały, kiedy wszystko drożeje. Patrzysz na produkt i nie widzisz różnicy, bo tak opakowanie zaprojektowali przemysłowi architekci. A im mniejsze, tym uporczywiej próbuje wyglądać na większe. Ze świeczką szukać opakowań o okrągłej zawartości litra lub kilograma. To by było zbyt proste do porównania lub szybkiego obliczenia w pamięci. Serek ma niecały kilogram i nawet nie jest to dziewięćset gramów, mamy tam osiemdziesiąt osiem deko. A napój nie ma dwóch litrów, a tysiąc siedemset pięćdziesiąt mililitrów. Nic sobie, dziadu już naprędce nie obliczysz chyba, że jesteś matematycznym geniuszem. A nawet jeśli sobie policzysz, to mamy nową niespodziankę. Czytniki marketowe, gdzie sprawdzamy ceny w razie dziwnego zaginięcia etykietki, niekoniecznie wskazują ceny jednostkowe za kilogram. Nawet niekoniecznie wskazują ceny za dane produkty. Raz wskazują cenę za kilogram, raz cenę za opakowanie, a raz cenę za 100 gramów. Tak więc, inteligentny, super szybki obliczeniowo dziadu, pamiętaj, jeszcze musisz być spostrzegawczy i dobry w tę grę na orientacje. Inaczej wcale nie będzie tak tanio, jak zachęcano na billboardach.

Dobrze by było także skończyć jakiś, przynajmniej podstawowy kurs małego chemika, aby wiedzieć, że E330 to jedynie kwasek cytrynowy. A E123 i E151 to syntetyczne barwniki, często podejrzewane o działanie rakotwórcze. W zasadzie wszystko dosmaczone jest albo solą, albo cukrem, albo zagęszczone mąką. Choć najczęściej stosuje się najtańsze zamienniki, takie jak syrop glukozowy, soję, oleje utwardzone. Czyli najskuteczniejsze zapychacze, nie tylko brzucha, ale na przykład również żył. My chcemy tanio, a oni chcą nas zapchać, niby oczywiste przełożenie, ale jakoś czuję się co najmniej oszukany, kiedy ktoś dybie na moje zdrowie. Gdyby chociaż te droższe produkty były pozbawione takich dodatków, to człowiek jeszcze miałby wybór, a z tym bywa różnie. Trudno studiować skład każdego produktu podczas zakupów. Nikt nie ma na to ani czasu, ani wystarczającej wiedzy. Pasuje także mieć świetne okulary do czytania, ponieważ etykietki na pomniejszonych opakowaniach też są pomniejszone, razem z literkami na nich. Dodatkowe oświetlenie również wskazane – przecież jesteśmy w ekskluzywnym sklepie, a nie w szpitalu u chirurga. Taka lampa czołówka będzie najbardziej wskazana, bo rąk nie absorbuje.

Jedynym polepszaczem, którego tak naprawdę potrzebujemy podczas zakupów jest solidny zastrzyk gotówki. Zamiast nastrzykiwać dla nas mięso, co by było go więcej, a przede wszystkim dużo zaważyło, wystarczy wpompować pieniądze w kieszenie konsumentów. Ludzie od razu zaczną zachowywać się racjonalniej, przynajmniej ci, którzy jeszcze nie wchłonęli zbyt dużo metali ciężkich na przykład z łososia norweskiego. Bo ów, hodowany na szybko, nigdy nawet nie widział Morza Norweskiego, ale całe życie zajadał się soją, tłuszczem z kurczaka oraz barwnikiem, dzięki któremu jego mięsko jest różowe. To przecież jego naturalny pokarm, występujący w morzu od zarania dziejów. To znaczy od zalania dziejów hormonami wzrostu, pestycydami i zwykłymi polepszaczami smaku dla Kowalskiego. Przy tym wszystkim chińska witaminka – nazwa potoczna, wynikająca z dodawania jej do każdej potrawy w tych restauracjach o dziwnych nazwach – czyli glutaminian sodu, to niegroźne ziarnko w silosie pełnym chemicznego granulatu. Patrząc na to mamy jasność – jesteśmy robieni na szaro już od poczęcia naszego jedzenia, a sukcesywnie pomniejszane opakowanie jest tutaj najmniejszym problemem. I jedno jest pewne, ten akurat problem będzie dalej malał. Będziemy mieć coraz mniejsze porcje, ale będziemy coraz bardziej otyli. Czyli, jak z tego wynika, dążymy do dobrobytu. No, prawie. Jak mawia zbiorowy klasyk, na coś trzeba umrzeć. A wybór mamy coraz większy.

Dowiedziałem się ostatnio z mniej lub bardziej pewnych źródeł, że mówienie do gości słowa: smacznego, stało się już niekulturalne. Bo skoro sami przygotowaliśmy dania, to już nie ma co zaklinać rzeczywistości, albo się udało, albo Raphacholin. Osobiście się z tym nie zgadzam, bo idąc tym tropem, niebawem inne magiczne słowa zostaną wyparte przez językozmyłków. Ale dziś, pod powyższym tekstem, bardzo mi wypada wszystkim producentom żywności życzyć – smacznego! Jest to wyjątkowo niekulturalne z mojej strony, bo nawet sam tych produktów nie przygotowałem. Jednak właśnie dlatego, pomimo mojej grubiańskiej natury, sumienie mam… niedosmaczone.

 
TEKST OPUBLIKOWANY NA STRONIE SIĘ MYŚLI

Powłoki miłości – ilustrowane

Powłoki miłości

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”

Lost & Found Mega*Zine #29

Numer 29: Granice/Krawędzie


ENGLISH VERSION HERE

Turcja – sprzeczności w kontrastach

Z czym kojarzy nam się Turcja? Z orientem, z Konstantynopolem, z najazdem Turków na Polskę, z kebabem, czy może z lękiem przed islamem? Sam pamiętam opowieść mojej mamy, która była w Turcji pod koniec lat 80. Wtedy jeździło się tam po ubrania z dżinsu oraz stroje, upstrzone błyszczącymi naszywkami, od bluzeczek, przez sukienki, a na rajstopach wyszywanych cekinami kończąc. U nas był wtedy schyłek epoki szarości, koloru charakterystycznego dla życia za żelazną kurtyną. Opowiadała, jak na targu musiała dwa razy zapłacić za winogron, raz w trakcie zakupu, a drugi raz po. Inaczej pewnie nie opuściłaby placu, bo została otoczona przez dużą grupę rozkrzyczanych Turków w strojach tradycyjnych. To był pokaz, ile znaczy w Turcji kobieta bez męskiej asysty, skrojony jak na tamte czasy. Nie była tam sama, zakupy robiła z koleżanką, ale to niczego nie zmieniło. Obecnie dwie spacerujące kobiety nikogo nie dziwią – chyba, że są pięknymi blondynkami. Jeśli jesteś samotną i piękną blondynką, natychmiast zorganizuj sobie przewodnika, inaczej jakiś przypadkowy sam nachalnie się napatoczy.

Turcja jest krajem kontrastów i akurat w tym stwierdzeniu nie ma nic odkrywczego. Dzieje się tak zapewne z wielu powodów, ale jest jeden, bardzo prozaiczny. Jej zachodnią część oblegają turyści, przez co rozwija się prężnie i żyje bardziej bogato. Natomiast na lekko zapomnianym wschodzie, mniej podatnym na przyjezdnych, widać oznaki biedy oraz zdecydowanie mocniej zaznacza się konserwatywne podejście do wyznawanej religii. W przypadku Turcji istotniej odkrywczy jest fakt, że turystyka została tu zorganizowana całkiem niedawno. Jednak błyskawicznie stała się odrębną i dominującą dziedziną gospodarki. Na szeroką skalę turystyka przyjazdowa rozwija się w tym kraju dopiero od połowy lat 90, zresztą przy ogromnym wsparciu ze strony rządu, który próbuje mądrze wykorzystywać turystyczną żyłę złota, na przykład inwestując w komunikację i ochronę zabytków.

Zgodnie z prawem Turcja jest krajem laickim od początku istnienia jako republika, czyli od 1923 roku. Widząc jednak mnogość minaretów górujących nad miastami, które hucznie obwieszczają wezwania do modlitw, można odnieść zgoła inne wrażenie. Tym bardziej, iż meczety spotyka się wszędzie, w górach, na stacjach benzynowych, na dworcach autobusowych i na lotniskach. Aż 99,64% mieszkańców kraju deklaruje jedną wiarę – muzułmańską. Jest to mylące, gdyż nie ma tam czegoś takiego jak ateizm. Jeśli ktoś się nie deklaruje, jest automatycznie kwalifikowany jako wyznawca islamu. Ciekawostką jest, że Turcja ma największy odsetek obywateli bezwyznaniowych – biorąc pod uwagę wszystkie kraje muzułmańskie. Statystyki kontra ciekawostki, to też – jak widać – nie lada kontrast. Na ulicach rzadko widzi się ludzi modlących o wskazanej przez głośnik meczetu porze – co jest częstym obrazkiem chociażby w Egipcie. Nie powinien też dziwić turystów fakt sąsiadowania ich hotelu, ściana w ścianę, ze świętym budynkiem, ani wczesnoporanne pobudki, dokonywane na nich przez zawodzący głos muezina.

W odzwierciedlaniu wiary strojem bywa różnie. Wschód kraju jest jak najbardziej ubrany w imię tradycji. Natomiast zachód, to styl zdecydowanie bliższy Europie. Fakt zakrywania twarzy przez kobiety wcale nie oznacza dosłownego przywiązania do rodzinnego domu, ani oddania swojego życia w ręce męża, jak bywa w krajach arabskich. Dla przykładu, tureckie kobiety uzyskały prawa wyborcze już w 1934 roku. A w – jakby nie było – wysoce cywilizowanej Szwajcarii, dopiero w 1971 roku. W jednym ze szwajcarskich kantonów kobiety były „bezgłośne” nawet do 1990 roku. Tak więc pod pewnymi względami Turcji bliżej do Europy niż innym krajom. To dzięki pewnemu politykowi o otwartym umyśle.

Jedna kwestia w Turcji zdecydowanie nie podlega kontrastom – oddanie do Ataturka, czyli „Ojca Turków”, który zrewolucjonizował rząd, światopogląd i myślenie tego kraju. A dokładnie Mustafa Kemal Atatürk, to on popchnął konserwatywny wyznaniowo kraj w stronę Zachodu. Jasno oddzielił władze świecką od praw muzułmańskich za pomocą wojska i uchwalonej konstytucji. Zakazano nawet noszenia fezu, kiedyś tradycyjnego nakrycia głowy. To dzięki temu politykowi Turcy zaczęli wierzyć w swój kraj. Jeszcze na początku XX wieku pogardliwym mianem Turka określano nieokrzesanych chłopów. Był to synonim prostaka i grubianina. Godność wspomnianemu określeniu nadał dopiero Ataturk. Zjednoczył oraz uniezależnił politycznie i gospodarczo swój naród. Po dziś dzień w każdym tureckim mieście stoją jego pomniki i popiersia, a portrety zdobią urzędy, ulice i sklepy. Są jego domy pamięci i muzea mu poświęcone. Osoba Ataturka została poddana absolutnej gloryfikacji. Nikt nie może powiedzieć o ich „ojcu” złego słowa, a tureckie flagi wiszą dosłownie wszędzie – i to nie od święta, i nie tylko na budynkach administracji. Uwagi wymaga kwestia, że jeszcze do niedawna do żadnego z budynków instytucji państwowych nie można było wejść, okazując strojem lub symbolem przynależność do islamu. Chodzi głównie o chusty na głowach u kobiet i długie brody u mężczyzn. Radykalne kobiety podobno używały peruk, zakładanych na chusty. Niestety nie wiem, co z brodami robili mężczyźni. Obecnie Turcja wykonała duży krok w stronę konserwatyzmu, więc ten zakaz może nie być już ściśle przestrzegany.

Ceny w Turcji, do tego w walucie euro, również są bardzo kontrastujące. Europejczyków przyzwyczajonych do metek i stałych cen, ewentualnie promocji, przede wszystkim zdziwi różnica między ceną proponowaną, a ceną końcową. Ceny wyjściowe po negocjacjach mogą się skurczyć nawet o 75% wartości. Można by pomyśleć, iż traktują przyjezdnych jak głupców, ale zapewne nie całkiem. Taka po prostu jest ich mentalność handlu. Przy czym, Turcy ponoć szanują turystów niełatwych w negocjacjach. Brak negocjacji jest źle widziany, choć niewątpliwie opłacalny.

Turcja generalnie nie jest krajem bogatym, pomijając oczywiście rejony turystyczne. Nie przeszkadza to w usytuowaniu rozległego, błyszczącego sklepu z dywanami lub wyrobami jedwabnymi tuż obok biednej lepianki, w której ludzie żyją w sposób prawie niezmieniony od kilku pokoleń. Ilość ekskluzywnych samochodów, zaparkowanych przed tymi jednotowarowymi marketami może przyprawić o zawrót głowy. Należą do właścicieli, zatrudnionej rodziny i kilku szczęściarzy, którym udało się nauczyć języków obcych i poznać kilka technik sprzedażowych. Dziwi ten kontrast z biedą zza miedzy. Natomiast ceny produktów tłumaczą całą resztę. Jedwabny, ręcznie tkany dywan kosztuje mniej więcej 6 tysięcy euro. W cenę wliczony jest pokaz pozyskiwania jedwabiu oraz tkania. A sam dywan wygląda jak mroczne wspomnienie poprzedniego ustroju, wiszące na ścianie w domu naszej babci, ale 30 lat temu. Kurtki skórzane tuż po zaprezentowaniu ich podczas mini pokazu mody, z modelkami na wybiegu, muzyką i światłami, można nabyć za około tysiąc euro. Zwiedzić można także supermarkety z jedwabnymi wyrobami oraz kilkupiętrowe sklepy jubilerskie z bajkowymi wyrobami z każdego możliwego kruszcu, w tym z diamentami jak piłki do tenisa. Ceny oczywiście światowe, plus 75% narzutu do ewentualnej negocjacji. Nie bez powodu tylko zwiedzamy…

Jednak najpiękniejszy turecki kontrast można spotkać na plaży. Śmiało należy powiedzieć – jest to idealny kraj dla tych, którzy nie mogą się zdecydować, czy chcą jechać nad morze, czy w góry. W niektórych miejscach Turcji będziemy bowiem mieli dwa w jednym. Piękną plażę i morze, z których wyrastają bogato warstwowane i wymyślnie pofałdowane skały. Widoki niezapomniane, nawet po negocjacjach. Za to plaże nie są ani złociste, ani wysypane drobnymi ziarenkami piasku, jak przykładowo w Bułgarii. Są żwirkowe, a zejścia do wody kamieniste. To przez pobliskie góry i materiał skalny, którego woda nie zdążyła jeszcze odpowiednio rozdrobnić. Góry sprawiają, że w Turcji można znaleźć miejsca oddalone od turystycznego hałasu, gdzie poza osiedlami hoteli i mnogością apartamentowców, oczywiście do nabycia, widać jeszcze prawdziwe ludzkie życie. Ale to jest już nasz kontrast, Europejczyka. Kontrast, dostrzeżony przez człowieka żyjącego stadnie z wygodami, który na urlopie odczuwa niepohamowaną chęć ucieczki od cywilizacji, dokładnie tam, gdzie autobus turystyczny łatwo nie dojedzie. Uwaga, lokalni kierowcy autobusów mogą zaskoczyć umiejętnościami, obwożąc po krętych, wąskich dróżkach, kołując tuż nad przepaściami. Za co, swoją drogą, warto zostawić napiwek.

Napiwki oczywiście są mile widziane, a wręcz wymagane. Niektórzy są nawet namolni w ich egzekwowaniu i potrafią obrazić się nie na żarty za ich brak. Pod tym względem są niemiłosiernie rozpuszczeni przez turystów. Jakby nie było, po to są wakacje, aby to siebie rozpuszczać, co do reszty, polecam według zasług, zgodnie z uznaniem. A jeśli chodzi o rozpuszczanie własne, koniecznie należy zabezpieczyć się po całości mocnym kremem z filtrem. Wtedy powakacyjne kontrasty skórne, objawiające się warstwowo, nie znajdą się w sprzeczności do oczekiwań kolorystycznych względem opalenizny. Nie ma sensu rozpuszczać się przez rozkruszanie naskórka. Zdecydowanie więcej sensu jest w zwiedzaniu, kosztowaniu potraw i obcowaniu z kulturą, tak różną od naszej.

 

TEKST OPUBLIKOWANY NA STRONIE SIĘ MYŚLI

Zakręt obręczy – wiersz multimedialny


LINK DO WIERSZA 1 
LINK DO WIERSZA 2
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Godziny

Umieranie jako inspiracja szorstka w obejściu
najlepsza przeglądarka multimediów umysłu
przejmujące tańczenie latami do tyłu
nieskasowany thriller marnuje godziny
przerażające hiperboliczne uśmiechy
jako wypełniacze gry aktorskiej
doskonali partnerzy choroby
doszczętnie zastępujący muzykę do pary
zaraza nie daje się prowadzić
kruchość poetyckich figur łatwo da się zabić.

Akant

Miesięcznik literacki Akant opublikował sześć wierszy z tomiku „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”, oto lista utworów:

  • Słowa podrzędne
  • Powłoki miłości
  • Komponenty afoniczne
  • Smugi sztucznego światła
  • Krążenie oboczne
  • Zabieg intymnej kastracji

Akant

Podróżowanie z dystansem

Z racji niekończącej się izolacji, zwiększania jeszcze bardziej dystansu społecznego i ryzyka uderzenia którejś z wielkich fal pandemii w moją niedużą osobę, siedzę w domu. Mam na myśli, że nie jeżdżę po świecie, ani nawet po kraju i nie doznaję nowego w sposób tradycyjny. Dlatego, na sposób jakże współczesny, oglądam ostatnio wiele relacji z podróży, poczynionych przez innych. Wyjechać na słońce niby i można, ale wybór obecnie jest dość ograniczony, większość wylotów jedynie z lotniska w Warszawie, a powrót obarczony ryzykiem kwarantanny. Jest przy tym obawa, że to przymusowe odosobnienie będzie dłuższe niż sam wyjazd.

Oglądam więc mniej lub bardziej wyszukane nagrania z dalekich krain i zauważam, iż nawet wśród podróżujących obowiązują te same standardy podziału, które mamy w kraju. Zawsze ktoś musi być lepszy od kogoś innego. Nawet, jeśli jesteśmy jedynie turystami z dystansem ledwo tysiąc kilometrów odległości od domu i wyjechaliśmy tylko na kilka dni. Chodzi o to, że jeśli styrany życiem człowiek jedzie na wczasy, to przecież nie może leżeć tydzień nad basenem, toż to niegodne ziemi, na którą zajechał. Wczasowicz musi dużo zwiedzać! Taka jest niepisana zasada relacjonujących w 4K. I nawet trudno dyskutować z taką jakością, której nie jestem w stanie odróżnić od zwykłego, prostackiego HD. Tym sposobem myślenia zwiedzać nie tyle należy, co zwyczajnie jest wymagane. Najlepiej zobaczyć wszystko lub chociaż takie obiekty, których nie widzieli inni. Wtedy jest spektakularnie, z dużą dozą szansy na szacun. I oglądalność nam wzrasta. I mamy dużo małych, uniesionych kciuczków. Jest łapka w górę i życie jest znośniejsze, a my od razu jesteśmy lepszymi podróżnikami. Oczywiście lepszymi od innych.

Nasze wakacje wpisują się w codzienne współzawodnictwo. Mielibyśmy zostawić nasz szczebel kariery w miejscu pracy, nigdy! Nie możemy sobie odpuszczać na wakacjach. Kto odpuszcza, wiadomo, nie jest zwycięzcą. Musimy być zawsze najlepsi, mieć jasno sprecyzowane cele, określoną ścieżkę kariery i ogromny sukces, majaczący na jej końcu. Przydatny jest w tym zestawieniu również kredyt na pół miliona we frankach, wtedy nasza motywacja jest gwarantowana. A jeśli z jakichś powodów nie możemy być najlepsi, nawet po wielokrotnym opuszczeniu prywatnej strefy komfortu, wtedy bądźmy chociaż lepsi od innych. Zwiedzajmy więc na własną rękę i zdecydowanie nie te miejsca, gdzie przyjeżdżają wycieczki z biur podróży. Wycieczki zorganizowane, to zło! To mielonka wieprzowa z mięsa, oddzielanego mechanicznie, serwowana w basenie Morza Śródziemnego, zamiast owoców morza. Unikamy więc autokarów z turystami oraz komunikacji zbiorowej. Jeśli już musimy gdzieś udać się grupowo z pospólstwem, to jedyną dopuszczalną formą przemieszczania się w takich przypadkach jest droga morska. Katamaran lub prom, jedynie w ostateczności. Najlepiej kameralna łódź lub jacht, na pokładach których serwują lunch czy też brunch ze świeżo złowionych, szczęśliwych ryb o wyszukanym rodowodzie. Niechybnie okazuje się, że ze wszystkich turystów płynących z nami, tylko my umiemy odpowiednio profesjonalnie pływać. Dzięki temu jedynie nam jest dane należycie docenić piękno dna morskiego, oddając się nurkowaniu. Reszta tałatajstwa ledwo wejdzie do wody, od razu zniszczy pół atolu rafy koralowej. Zupełnie nie rozumiemy, jakim prawem tym naturszczykom sprzedano w Empiku ten sam przewodnik, co nam. Że też płetwy weszły im na opuchnięte, kostropate odnóża.

Jednak najbardziej wzgardzanym zachowaniem wczasowiczów jest coś innego. Otóż, rzeczą wybitnie karygodną jest rezerwowanie leżaków. O świcie, na długo przed serwowanym śniadaniem, wczasowicze biegną położyć swoje ręczniki na najlepiej usytuowanych leżakach. Nigdy tak nie rób, bo nie zostaniesz zwycięzcą! W głowę zachodzę, dlaczego akurat ten bieg szczurów jest zakazany… Skoro już wydajemy ostatnie pieniądze na wycieczkę zagraniczną i skoro mamy już zagwarantowane darmowe drinki przez cały tydzień, niby czemu mielibyśmy leżeć daleko od basenu, lub co gorsza w cieniu? Wtedy kiepsko będzie widać nasz dzióbek na selfiaczkach. W sumie to nasz dzióbek już wszyscy widzieli, ale o ten błękit basenu chodzi w kontraście do koloru drinka z palemką. Stworzenia morskie kiepsko znoszą nasze palemki, słomki a nawet mieszadełka, ale nie przejmujemy się miękiszonami, mamy je już na zdjęciach. „Alleluja i do przodu! …piorun nie uderza w byle co.”

Lepsi podróżnicy nie wiedzą, iż może tych gorszych nie stać na nic innego, że może nie znają obcego języka i zwyczajnie nie mają śmiałości swobodnie przemieszczać się po innym kraju. Lub może właśnie chcą spędzić caluśki urlop na nicnierobieniu. Choć mogli przecież siedzieć w domu, mniej by się spocili. Nas, prawdziwie podróżujących, interesują wyłącznie dobre ujęcia i aktywny wypoczynek, chyba iż akurat można się ponaśmiewać z walczących o leżaki, to wtedy korygujemy priorytety. Natrząsamy się publicznie, utrwalając marną gawiedź na filmie. Pozwalamy im na chwilę wyjść na pierwszy plan. Długo nie zaprząta nam to głowy, zaabsorbowani jesteśmy przecież aktywnym wypoczywaniem. Najaktywniejszym z właściwych. Tak aktywnym, jak należy właśnie spędzać urlop. Bieg z ręcznikami staje się kolejną ciekawostką z podróży, ale jako aktywność negatywna. Kolejna niekonsekwencja rozumowania, ale za to następny punkt dla nas, ludzi o perfekcyjnej opaleniźnie, wymuskanej morską pianą.

Gdyby to z założenia była prześmiewcza relacja, nawet bym się uśmiechnął na taki komentarz w trakcie oglądania – ręcznikowce tuż po wschodzie słońca rozpoczynają swoją aktywność ruchową. Ale nagrania, które widzę i opisuję, aspirują do miana poważnych relacji telewizyjnych, opartych wyłącznie na faktach w sposób wręcz dokumentalny. W tym miejscu dowcipny wtręt natury socjologicznej, na temat stadnych zachowań nad basenem, nie jest wnikliwą obserwacją. Jawi się bardziej jako niesmaczny brak dobrego wyczucia. Skoro jednak jeździ się po świecie, gdzie grasują innowiercy ze swoimi pasożytami i pierwotniakami, a nam udało się nie zarazić, dobitnie znaczy to, że swoje wiemy, a nasza postawa jest właściwa. Filmujemy przestrzenie z drona, którego nawet nie daliśmy sobie ukraść, czyli wiemy jak to robić. Opowiadamy historyczne fakty bez podania źródeł ani autorów i co nam zrobicie? Formułujemy okrągłe opinie o całych narodach po zakupie bananów na lokalnym bazarku, bo doskonale znamy lokalne nawyki mieszkańców. Wypowiadamy obce nazwy, jak nam się żywnie podoba, toż nikt nie zauważy różnicy. Mamy podstawowe braki w edukacji, ale przecież dużo mówimy.

Jedno jest pewne, jesteśmy najlepszymi turystami, niezależnie od przygotowania merytorycznego oraz zakupionego wyposażenia. Cała reszta, to pseudo turyści, uwłaczający naszemu pojęciu zwiedzania. Bardzo to megalomańskie, ale nam, zjawiskowym osobowościom o wyśmienitym przekonaniu własnym, musi być przecież można tak o sobie myśleć. Fragmenty niepasujące do opisu powyżej nie zostaną wmontowane w wersję finalną naszych pamiątek z wakacji. Pozwolimy nawet, by nasze nieskazitelne relacje z podróży powszechnie zastąpiły wasze nieostre foty znad basenu. W tym celu, wiadomo, wszystkie łapki w górę! Nieustannie komentujcie nasze posty! Nie zapomnijcie zasubskrybować kanału i zaznaczyć dzwoneczka powiadomień. Bez tego, my, wasi bożyszcze aktywnego wypoczynku, zostaniemy dezaktywowani przyczynowo. Nie moglibyśmy istnieć, mając świadomość, że nie ma nas w waszych wirtualiach. A tego byście nie znieśli. Byłoby wam nudno tak po próżnicy leżeć nad swoimi basenami pełnymi marzeń, które zostały skalane zbyt skromnym budżetem i przesadnie wymieszały się z chlorem dnia powszedniego. Stąd wasze blade twarze, a u nielicznych częściowa, lecz krzywa opalenizna. Temu skóra z czoła schodzi, a nos zaczyna świecić na czerwono. Dlatego tu jesteśmy, tacy zajebiści.

 

TEKST OPUBLIKOWANY NA STRONIE SIĘ MYŚLI

Śląska Strefa Gender

Śląska Strefa Gender w pierwszym numerze swojego kwartalnika opublikowała trzy wiersze z tomiku „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”:

  • Słowa podrzędne
  • Człowiek dotykowy
  • Radialne spękania

Gender

Tuż przy ściankach

Oczekując w niedoczasie
milczenie
zakończone wielokropkiem
w półmroku wiwarium
odsłuch monologu
bez niepotrzebnych dźwięków
mrok tuż przy ściankach
wzywa do domu
to tam gdzie twoja mama

świat się nie skończył
o jotę nie schylił
ku zakończeniu
jeszcze nie w tym tygodniu
ostatnie ostrzeżenie organizmu
żyjącego do skutku.

 

WIERSZ OPUBLIKOWANO NA ŁAMACH SPECJALNEGO NUMERU PISMA WYTRYCH

Malkontenty

Lubelski slowfood artystyczno-literacki Malkontenty w numerze zatytułowanym „Śniadanie mistrzów” opublikował cztery wiersze Kasperowicza:

Malkontenty

LINK DO POBRANIA

Przeszła mi miłość

 

Lost & Found Mega*Zine #28

Numer 28: Dowód


ENGLISH VERSION HERE

Zdolność kiełkowania

Szczęście należy przycinać
aby nie wybujało
inaczej z czasem zdziczeje
zapomniawszy o wzroście
z nasiona wielkości pyłku
które procentowo od samego początku
poprzez wszystkie okrywy
i niskie prawdopodobieństwo
samoistnego rozsiewu
niepowodzenie miało wpisane
w budowę.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”

WIERSZ OPUBLIKOWANO NA ŁAMACH PISMA LITERACKO-ARTYSTYCZNEGO BEZKRES

Błędność ciszy

Kurczenie wszechświata
od ciągłych nakłuć czasoprzestrzeni
aktywacji serca rosnącego wstecz
bezskuteczne próby
promieniowanie kosmiczne zwiększa
śmiercionośność
przyziemności w próżni
iskra dla fali uderzeniowej pierwszego skurczu
serca utwardzanego rylcem
z nietypowymi liniami podziału
w szlachetnych paczkach rozesłano perseidy
do ukamienowania kolejnych ludzkich odruchów
między światem a sercem
jest przerwa
ogromem zadawana rana kłuta
i szarpana
błędność ciszy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”

TE®YTORIUM ®OZPADU SEKWENCJI – tomik

Ósmy tomik autora.
Tomik, który nie jest tomikiem.
To mapa.
Opracowanie kartograficzne wytrzewionego serca.
Plan sytuacyjny jego przekształceń względem czynników zewnętrznych.
Dobrze oznaczona droga
pełnej konwersji.
Trasa o przebiegu wiodącym przez zakazane miejsca.
Ślepe zaułki prowadzące do, wydawałoby się, obcych sobie form życia.
Przemiana mająca moc kreowania zastrzeżonych znaków towarowych.
Tak unikatowych, że nie sposób ich odnaleźć na jakiejkolwiek dostępnej mapie.

 

„Terytorium rozpadu sekwencji”
ISBN 978-83-957845-5-2
Projekt i opracowanie graficzne: Piotr Kasperowicz
Fotografie: Łucja Lange
Wydawnictwo Domowe, Kraków, 2020
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Wyjątkowo nietypowe wydanie. Format zbliżony do charakterystycznego wyglądu koperty w standardzie DL. Druk offsetowy na grubym papierze kredowym. Okładka sztywna, foliowana z połyskiem. Zaskakująca szata graficzna. Zawiera 30 wierszy, przy czym 24 z nich nigdy wcześniej nie były publikowane. Do zamówienia u autora: kasperl[at]tlen.pl

 

 


Recenzje/impresje:

Tomik całkowicie niestandardowy. Autor żyje i tworzy według swoich osobliwych reguł. Porównanie go do znanych kanonów byłoby strzałem kulą w płot. On ma swój osobny świat.

Niełatwo jest czytać i rozumieć takie teksty. To wszystko dzieje się w jakimś mało znanym nam interiorze (niemniej jakoś one mnie wciągały). Na dodatek książka ta jest „z innej drabiny”. To w zasadzie nie jest książka, tylko coś w rodzaju wielkiego plakatu. Jeśli całość tę rozłożymy to i całość w jej kolorze i obrazie zobaczymy. W sumie są to niby wiersze, ale z „zupełnie nieznanych chmur”.

Powiem tak: wszystko tu mnie zaciekawiało i wszystko ciut ciut denerwowało. No więc mamy książkę absolutnie inną od innych. Lecz chyba jednak jakoś inspirującą. Trzeba teraz czekać, czy kolejna książka Piotra Kasperowicza będzie nadal nowe ścieżki budowała.

Leszek Żuliński

 

Jeśli zamierzacie przeczytać nowy tom Piotra Kasperowicza to możecie być pewni, że czeka Was liryczna przygoda. Autor „Buldożerów elokwencji” już niejednokrotnie zaskoczył czytelnika formą, tematyką i poetyką. Autor wiele razy udowodnił, że można ulirycznić każdy, najdrobniejszy i pozornie najbardziej abstrakcyjny, element naszego świata.

„Terytorium rozpadu sekwencji” sprawia wielką frajdę jeszcze przed lekturą. Oto mamy w rękach coś niecodziennego. Czy to jeszcze tomik czy może jednak coś więcej? Autor prowadzi nas w głąb istoty zbioru. Podążamy zachwyceni, a nasza ciekawość sięga zenitu.

Jak podpowiada autor, „Terytorium…” to liryczna mapa. Czy to mapa wyizolowanego serca? Jednak próżno szukać tu sentymentalnych uniesień. Kasperowicz mówi o miłości w mało stężonych procesach, o braku reakcji powrotnych. O miłości wykiwanej rozumem. O tych tematach niezwykle delikatnych, skomplikowanych, przynależących do sfery uczuciowej poeta pisze językiem techniki, nauki (tym razem to nie tylko ściśle inżynierski żargon, bo autor sięga do rozmaitych dziedzin). A miłość przecież taka poetycka, jak się wydaje. Jednak Kasperowicz nie tylko portretuje to uczucie, ale przede wszystkim skupia się na jego braku – to, co dzieje się w wielu wierszach tego zbioru to właśnie krajobraz po bitwie (rozstaniu), serce zostało przebite strzałą.

Świat poetycki „Terytorium….” jest właśnie miejscem przegranej walki. Przestała tu obowiązywać deklaracja miłości, atmosfera się ochłodziła (oscyluje wokół absolutnego zera), a sercepozostawione w melakserzenajadło się strachu.

Każdy wiersz zbudowany został na osobnym koncepcie. To przede wszystkim seria obrazów-porównań. Stąd też raz pojawi się m.in. badacz owadów studiujący zamierający proces metaforycznego trzepotania motylich skrzydeł u zakochanych, gdzie indziej miłość porównana została do procesów astrofizycznych. Czasem można odnieść wrażenie, że nagromadzenie „mądrych słów”, posługiwanie się hermetyczną terminologią to swego rodzaju metafora relacji we współczesnym świecie – gdzieś zatraciliśmy zdolność komunikacji, mówimy własnym językiem, o swoich sprawach. Wszędzie tylko te wszechobecne „ja” i „moje”. W „Terytorium” Kasperowicz bazuje na różnych gałęziach nauki (bo jest m.in. anatomia, geofizyka, informatyka itd.), co pokazuje, że poeta nie tylko ma (być może) wszechstronne zainteresowania, ale także, że miłość jest uczuciem totalnym, niezwykle skomplikowanym i trudnym do zrozumienia.

Miłość i wszystkie jej pochodne, rzecz jasna. Mamy tu swoistą mapę uczucia – od pierwszych zauroczeń, przez miłość głęboką, aż do jej rozpadu. Każda faza posiada także emocje towarzyszące. W „Terytorium…” poeta usiłuje oswoić miłość, zrozumieć – przez badanie jej wszelkimi możliwymi środkami, np. pod kątem reakcji zachodzących w organizmie na dany bodziec, pod kątem zmian w psychice, pod katem pracy serca, odpowiedzialnego przecież za emocje itp. Kasperowicz to także liryczny kardiochirurg, poszukujący istoty miłości. Nie zapomina też sprawdzić czy miłość ściśle wiążę się ze szczęściem i czy jego również należy szukać w sercu.

Świat poetycki „Terytorium….” jest w większości miejscem przegranej walki. To pole bitwy, gdzie jeszcze unosi się kurz miłości i nienawiści – cząstek pozostałych po toksycznych związkach. Źródłem porażki miłości (rozumianej szerzej niż tylko uczucie pomiędzy dwojgiem ludzi) jest oczywiście człowiek (człowiek dotykowy) – megalomański socjopata, który fałszuje układ. To właśnie nieszczerość, obok egoizmu, jawi się tu jako trybik odpowiedzialny za awarię całej maszynerii.

Współrzędne mapy wskazały, że wszędzie można być nieszczęśliwym. Kasperowicz nie ma złudzeń. Jednak czy poza poetą ktoś dostrzega w jakiej znaleźliśmy się pułapce?

Piotr Kasperowicz po raz kolejny stworzył dla nas liryczne wyzwanie. Poeta bawi się rozmaitymi konwencjami, śmiało wchodzi w gry słowne (brzmieniowe, znaczeniowe), zachęca nas do poetyckich kalamburów. I choć niektóre wiersze stawiają poprzeczkę naprawdę wysoko, to przemierzanie tych niezwykłych przestrzeni jawi się jako najlepsza rozrywka. Która jednak przynosi tylko chwilową radość, wszak skrywająca się między słowami prawda najczęściej boli.

Kinga Młynarska

Haiku: Zaspa

Miłosierny wjazd
w zaspę środkiem końca
taka namiętność.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”

Eterycznie jest ciężko – wiersz multimedialny

LINK DO WIERSZA
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Los w chowie klatkowym

Skubana destrukcja we wsobnym chowie klatkowym
jednako w starym jak i w nowym budownictwie
rozliczne wyskubywanie wiecznych piór do żywego
do konającej bezustanności pozbawionej przypisów

kiedyś byliśmy ludźmi gotującymi losy do czasu
zapeklowania własnego zbyt długo trzymanego
na wolnym gazie – wbrew przepisom na Thermomix.