Totalna wyprzedaż błogosławieństwa

Na etapie przymusowego bezrobocia afektu
konsensus nieosiągalny
na płatnej autostradzie opętanej promocją
środków zbędnych do końca życia
totalna wyprzedaż błogosławieństwa
ani godna ani sprawiedliwa
miłość jak pustak pod poszwą
zdesperowanemu nośnikowi krwi umrzeć nakaże
niekoniecznie za karę.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „OCZY ERY TECHNO”

Twarzą do wiatru

Nie chuj i nie kurwa cierpią
na ciemność i zimno
wystawiani do wiatru
wprost na czynniki zewnętrzne
krew nagła zalewa cierpliwość
przez nadużycia
a ciule za nimi wciąż podążają.

Łatka oświecona świeczką

Trzysta tysięcy kilometrów na sekundę błyskawiczna przenikalność cudu
sto procent poliestru całuńskiego inaczej nie wytrzymałby reformacji brudu
sprałby z siebie wizerunek zbiegłby się bez zabobonów łańcuszkowego ściegu
w miejscu łatki oświeconej świeczką plamy z krwi wywabia cytrynowa świeżość.

Kręgosłup moralny

Na powierzchni głębi

Podskórne implanty na ciele dla świata zapomnianym
nieustający kurs kolizyjny
śmiercionośnej pustki na kolanach
w środku żniw
rozwiane pierze myśli po namaczaniu
odmraża palce do krwi
osobliwie
aurą ogólnego szczęścia
na tle nierozdeptanych śladów bólu
bycie takiej twardości katedry wśród mgieł zgubne pomieszczenia
wyobcowanie na powierzchni głębi
w pobliżu strumieni młodości wiecznej
młodości przeczekiwanie
nieostrożne zamachy wsobnych okrzyków
poddające się presji dobrego wychowania
przerzuty bliskości w połamanych ramionach jutra.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Koktajl Mołotowa

Wypluwki zlepionego losu i fortuny
toczone po dziwacznej linii życia
przebiegającej
bez spacerowania
wypreparowane z mieszaniny
niczym krwawiące w lodówce truskawki
nierozumiejące prostych kątów ramion
szczerości niepołączonej w związki
uwikłanej w tajny układ szczęśliwości
niepodchodzący zbyt blisko nieba
niebo to obecnie banał
wypełniony wodorem i helem
pierwiastki rozczarowania dnia powszedniego
o systemie emocjonalnym rutyny
sączące drinki pod nazwą Koktajl Mołotowa.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Ostatnia próbka młodości

Obserwuję niebo
na połoninie własnego bytu dziko rosnąca młodość
która nie przychodzi łatwo
bo to już ostatnia próbka młodości
zaśniedziała amnezją chryzografia
w magazynie domu starców dla anachronicznych bogów
co odzyskują miłość z obozów
składowaną bezbożnie płótnem do dołu
i transportują barkami wzdłuż styksu
rozciągłości biegu zazdrości matka natura
jednokolorowe zdjęcia wielu zapomnianych miejsc
gliną zlepione matryce skaz
krwawe strzępy całunu szarpane zrywem ognia
wypalone ziarna pszenicy i srebra
nektar życia miażdżony duchowym głodem nie rozciągnie warg
podniebne wojaże w błękicie niweczy ziemski plan
i czas przebywający krótsze dystanse
przeszłość uwikłana w pamięci okruchy
żeby tylko starczyło siły do jutra.

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Duża intensywność

Nienasycone meridiany o dużej intensywności
z pochłaniaczami otoczenia czekają by włączyć ssanie
odtłuszczające leciwe zakusy nieużywane inaczej niż w sferze rojeń
odrębnie niż powszednio rozporządzaną duchowością
leżącą na glebogryzarce
która trzaska głodnymi zębami wśród cienia mimozy
sącząca niedogazowany napój z krwi węża
co zżera ze smakiem swój ogon
w procesie trawienia w kanałach energetycznych zbierają się bąki.

 

LINK DO ILUSTRACJI
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Układ typu jedno

Tabuny wolnych marzeń
w ubojni wyizolowanego osierdzia
przerabiane na łatwiej strawną papkę
kiedy schylam łeb
łatwiejsza do zapodania
i zwrotu

alternatywne rozwiązanie
w układzie: wszystko mi jedno
plugastwo kłamstwa
zapomniałem na to przystać

łatwe rozwiązania
angażowane do punktu
na którym i tak ci nie zależy

w konfiguracji miłości i rzeźni
strefa trwałości serca
tuż przed linią zasieków
krew potoczy bajpasem.

Jesteś lokatorem

Leżysz na ulicy w pozycji bocznej ustalonej
bo ktoś cię przepchnął i zostawił na lewym skrzydle
beton gniecie ci ramię
krew wabi padlinożerców
i co że dziwnie będziesz wyglądał
gdy zaczniesz się śmiać
od dziś tamten przechodzień będzie nosił twój płaszcz.

Mądrość meduzy

Odejmujesz mnie od swoich obejm
obojętnie zachowując upór
bez końca neguję pokorę
poprzez odbarwione włosy
jestem jedynie naczyniem na krew
nie chcę takiej wiedzy
mądrości meduzy
w chaosie twych rąk
nic w co mógłbym uwierzyć
nieokreśloność skały

z wyrwą.

Narodziny

Ciało przepływało mrocznym korytarzem, na którego końcu ciemność dławiła blade światło. Dusza dryfowała obok, bezradnie uczepiona jaźni. Ręce dotykały ścian po obu stronach. Z drżeniem odpychając się od nich przepychały świadomość, nieprzytomnie, poprzez gęstość stłoczonej przestrzeni. Stęchłe, piwniczne powietrze napierało na mięśnie, przez co ruchy były pulsacyjne, nerwowo szarpane, wręcz agresywne w chwilach oswobodzenia z uścisku wszechobecnej materii. Korytarz zdawał się osaczać monstrualnym trwaniem każdą formę jego istnienia, całą rozciągłością przestrzeni sufitu, podłogi i ścian, każdym centymetrem sześciennym objętości pomiędzy nimi. Oblepiał zimnym ostrzem niejasności i wnikał nieodgadniony poprzez błony komórek do wnętrza formy, w jakiej zapragnął żyć. Kubatura demonizmu, jak nagłe zakłucie rzeczywistością wdarła się do środka.

Uderzenie chłodu lub światło, w którego zasięgu się znalazł, a może dysonans powracających na jedno miejsce wszystkich postaci jego występowania, sprawiły, że otworzył oczy. Był pewien, że wcale ich nie zamykał. Zwyczajny korytarz. Może trochę zbyt zastałe, półmrocznie przefiltrowane powietrze, ale przecież to standard w starych kamienicach. Zawrócił targany wątpliwościami, co do naturalnego pochodzenia światła i co do pełnej sprawności umysłu. Obrócił się energicznie, jednocześnie wydychając zużyte powietrze. Już miał postawić pierwszy powrotny krok… Dogłębne, ostre cięcie bólu przeszyło jego pierś. Upadł na podłogę. Cios był wymierzony w samo serce. Siedliszcze czucia afonicznie zawyło. Poczuł rozlewające się pod skórą i po całym wnętrzu ciepło, które sukcesywnie zastygało. Ciało stawało się odrętwiałe. Opuszczone przez zdolność odczuwania dryfowało sennym korytarzem hipnoz. Nie odbierał żadnych bodźców prócz chłodu na miejscu serca. Mroźny metal niekontrolowanie rozwiercał centrum kontroli, obecnie poza kontrolą. Klatka piersiowa uniosła się gwałtownie w górę. Korpus wygiął się przesadnie w tym samym kierunku, by po chwili powrócić na nieprzyjaźnie szorstką, zawilgłą podłogę. To była posadzka jakiegoś niesprawiającego możliwości pojęcia międzybytu. Ukojenie w bólu podczas chwilowego odwrotu sadysty. Przerwa. Między sercem a światem. Przerwa na podostrzenie zdzieraka do nagich zakończeń nerwowych. Oko cyklonu. Zbieranie sił przed kolejnym natarciem mającym ostatecznie rozstrzygnąć tę platonicznie nieświadomą konfrontację z życiem.

Kolejne szarpnięcie tkanek. Zaraz po dźwięku łamanych kości i rozrywanych chrząstek skóra na piersi uwypukliła się do granic jej naciągliwości. Srebrne, stalowe ostrze przebijało przez nadwerężone komórki nabłonka. Sieć naczyń krwionośnych wyraźnie zaznaczyła swoje kontury. Co prawda, coś chciało wydrzeć się z jego wnętrza, jednak on miał wrażenie, że cały świat stara się zapaść do własnego ośrodka znajdującego się w jego sercu. Dookoła panował różowy półblask przypominający kolor, jaki ma światło przechodzące przez ludzką skórę i ciało. Być może to ono miało kojący wpływ, bo za nic w świecie nie chciał opuszczać przytulnej, ciepłej i bezpiecznej zatoczki, w której akurat skulił się fragment jego duszy. Jedynie chwilowo. Kontury naczyń krwionośnych zaczęły się zamazywać, żyłki pękały. Niczym nieuzasadniona absolutna pewność, że to całe, niepojęte zjawisko zaraz zostanie pochłonięte bezgłębią przeszłości, wpędzała go w psychotyczny lęk. Przekonanie nieuniknionego krańca dopełniało rozpaczy. Przerażenie, którego nie potrafił nawet nazwać urastało do miana niepoczytalnej fobii. Skóra poddała się ostrzu.

Odczucia przepadły w nawarstwieniu myśli ofiarowanych przez powracającą jaźń. Powieki oślepiło światło, a powłoka zbiegła się pod wpływem chłodu. Pierwszy fizyczny krzyk ciała obezwładnionego nową rzeczywistością. Tak niechcianą i wyczerpującą z samego tylko faktu zaistnienia, że konwulsje byłyby marnotrawstwem, jak miało się okazać, jakże cennej energii. Na całej jego skórze widniały rozmazane ślady świeżej krwi. Świadomość postanowiła wstąpić w umysł i ponownie przejąć stery. W prostodusznym zamyśle, na zawsze.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALU DESPERAT-ZINE

Witraże (mój feblik 2)

Pomylone odczynniki przekrwionych witraży
klną niezgodnie co do zapisu namiętność
chyba że teraz zaplutą autostradą mknie się do raju
nie mogę się wydostać z czyśćca hipermarketu
nie potrafię zdążyć na szybki tramwaj dla aspołecznych
pieprze ślepe na monolity spojrzenia
choć wcale nie jestem lepszy
stojący na gzymsie nie rozglądają się w dół
zabawne
w tłumie na dole twoje witraże krwią przenikają.