SSAKI LEŻĄ NA BOKU – tomik

Ten tomik powstał jako wynik współdziałania Piotra Kasperowicza
i Piotra Szreniawskiego. Ten drugi, który od jakiegoś czasu czyta wiersze tego pierwszego, zaproponował dostarczenie materiałów z możliwością przekształcenia ich w wiersze. Kasperowicz zgodził się zmontować na nowo słowa Szreniawskiego.

Szreniawski sumiennie dostarczał opisy zdarzeń wokół siebie, dodając pseudonaukowy słowotok, a Kasperowicz wydobywał z tych treści poetyckość. Potem Szreniawski zaproponował zmiany, na które Kasperowicz w większości się zgodził, broniąc jednak niektórych rozwiązań lub przetwarzając wersy ponownie.

Oba osobniki się lubią. Spędziły we wspólnej przestrzeni twórczej kilka tygodni. Pomimo wrodzonej chęci do absolutnej dominacji artystycznej, oraz na przekór rozbieżnym rodowodom estetycznym – nie zagryzły się. Nadal leżą na boku, każdy na swoim własnym. Badania trwają.
 

 

„Ssaki leżą na boku”
ISBN: 978-83-60948-43-9
Koncepcja i projekt: Piotr Szreniawski, Piotr Kasperowicz
Wydawnictwo: Neopoemiksowe, Kraków Lublin 2021
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz & Piotr Szreniawski

 
 
 

Oprawa tomiku powstała w analogiczny sposób, przez dopełnianie się Piotrków i ich pomysłów. Format A5. Okładka miękka. Stron 30. Zawiera 28 wierszy, wszystkie nigdy wcześniej niepublikowane. Do zamówienia u autorów: pszren[at]wp.pl oraz kasperl[at]tlen.pl


Recenzje/impresje:

„Ssaki leżą na boku” to poetyckie przedsięwzięcie! To zdecydowanie coś więcej niż tylko zbiór wierszy.

Otwierając tę książkę czytelnik wkracza do swoistego literackiego laboratorium! Materiałem badawczym są, ogólnie mówiąc, słowa (oraz to, do czego odnoszą, rzecz jasna). Piotr Szreniawski zbierał rozmaite obserwacje, komentarze, relacje, opisy, a Piotr Kasperowicz starannie wymieszał co trzeba i nadał im odpowiedni kształt, posiłkując się poetyckimi narzędziami. Jednak to nie koniec eksperymentu, ba! to dopiero początek!

Czy „wszystko jest poezją”? Wydaje się, że jeśli nie jest, to może być. „Ssaki…” to świetnie udowadniają. Autorzy bawią się słowem, ale i całą poetycką materią. Ich poezja wykracza daleko poza ramy literatury (a poeci mają dużo większe ambicje i plany!). To zupełnie nowe spojrzenie na lirykę, na przekaz, na wyrażanie niewyrażalnego. Kluczowe nie jest pytanie o to, co panowie stworzyli, ale czy czytelnik jest na to gotowy? Czy ten poetycki eksperyment zyska akceptację społeczną?

Nie sposób w tradycyjny sposób opisać zawartość tej książki, bo ona umyka wszelkim „normom”. Z całą pewnością duet poetów zaprasza nas nie tyle do czytania, ale do wielkiej, lirycznej przygody! Będziemy się tu poruszać po znanych rejonach naszej codzienności, ale może niewydeptanymi jeszcze ścieżkami.

„Ssaki…” to z jednej strony odpowiedź na potrzeby każdego z nas – m.in. potrzebę nazywania tego co widzimy, słyszymy, odczuwamy, a przede wszystkim – chęć podzielenia się tym z kimś. To także próba ubrania w słowa pewnych impresji albo myśli stale powracających, dręczących – to pierwszy krok do ich zrozumienia i/lub zaakceptowania. Z drugiej strony – to także gra z czytelnikiem, z formą, tradycją czy nawet kulturą literacką, poszerzanie granic sztuki, a może i granic w ogóle?

Odważę się nawet na twierdzenie, że wierszy z tego tomu nie należy czytać wyłącznie po to, by je „rozszyfrować”, by zbudować sobie jakiś obraz świata, który chcą nam autorzy pokazać. Choć oczywiście to także bardzo istotne, zwłaszcza, że poeci widzą dużo i mają zdolność przenikania przez rozmaite filtry. Dostrzegam w tych lirycznych wyznaniach pewien sprzeciw wobec współczesnych tendencji (najgorszą bodaj jest ludzki egoizm i życie „zbyt serio”, a więc brak dystansu – co często idzie w parze), a niekiedy nawet może lęk przed tym, co wokół, ale także i tym, co w nas!

Uważam, że „Ssaki…” są taką pozycją, dzięki której będziemy testować samych siebie – te teksty mają po prostu coś w nas wywołać, nawet jeśli będzie to konsternacja, zaskoczenie czy nawet zwątpienie. Bo kto powiedział, że to, co w nas siedzi oraz to, w czym my tkwimy musi być opowiedziane w wyłącznie „typowy” sposób?

Podmiot skarży się m.in. na hałas (to zdecydowanie lejtmotyw zbioru) – sąsiedzi remontują, gdy on musi pracować zdalnie. Brzmi znajomo, prawda? Motyw remontu też będzie tu stale powracał. To właśnie jest źródło nerwowości podmiotu. Żyje w ciągłym ogłuszaniu, jak my wszyscy. Świat wypełnia wykańczająca nas kakofonia. A i wewnątrz nas nie zawsze jest cicho. Niepokój potęguje też niezwykła okoliczność, jaka nas zastała w 2020 – pandemia. Bo wydaje się, że to właśnie okres lockdownu jest czasem aktywności podmiotu lirycznego „Ssaków”.

Poeci bawią się poezją, potrafią ubrać w humorystyczny kostium sprawy całkiem przyziemne, coś, co wyławiają z codzienności, a co wcale zabawne być nie musi. Jeden z moich ulubionych wierszy tego tomu to „przewody” – jest tu wszystko, co charakterystyczne dla „Ssaków”, a więc m.in. powracające tematy, sytuacja życiowa jako impuls, niejednoznaczność, delikatny humor.

Prawdopodobnie wszystkie wiersze z „Ssaków…” powstały na bazie doświadczenia (nie zostały zmyślone, mają podłoże w rzeczywistości). Tylko my nie zawsze potrafimy odkryć co było iskrą zapalną danego utworu. Ale to nie jest najważniejsze, bo tu właśnie jest miejsce na emocje towarzyszące lekturze, na uruchomienie procesu skojarzeń czy wreszcie – na nurzanie się w fantazji! Rzecz jasna, uważny i uparty czytelnik być może zechce odtworzyć sobie pewną opowieść liryczną i prawdopodobnie mu się to uda!

I tak, przeglądając się w tafli tych wierszy odkryjemy to, co może kryć się w głębinach, ale najwięcej dostrzeżemy chyba jednak w tym, co odbija się na powierzchni. „Ssaki” to świetna książka do stymulowania wyobraźni, do nie tylko czytania, ale i słuchania poezji! Utwory duetu poetów aż tętnią od rozmaitych brzmień – to nieustanny dostęp dźwięków, m.in. szumy, słowa, wiercenie, stukanie, łup łup łup łup, itp.

Bardzo podoba mi się koncepcja „poezji dźwiękowej”. Uważam, że w odsłonie audiowizualnej poezja duetu Piotrów zyskuje nieprawdopodobnie dużo, wyzwala wielkie emocje i nierzadko powoduje gęsią skórkę! […] Wrażeń podczas czytania a słuchania i oglądania właściwie nie da się porównać. W tym wypadku każdy drobiazg (dźwięk, grymas, tonacja itp.) oddziałuje na widza w sposób nieporównywalnie mocniejszy niż „tylko” tekst na czytelnika.

Jeśli szukacie czegoś nowego, ożywczego w literaturze, uwielbiacie podążać niezbadanymi szlakami, a przede wszystkim macie odwagę i z przyjemnością dajecie się ponosić wyobraźni – to ta książka jest właśnie dla Was!

Kinga Młynarska

 


Helikopter o koncepcji powstawania nowego tomiku

Piotrki spotkały się artystycznie w 2018 roku. Pogadały sobie o poezji dźwiękowej. Potem pierwszy zaprosił drugiego do współpracy przy Antologii wierszy do recytacji, a drugi zaprosił pierwszego na łamy Mega*Zine Lost&Found. Dwa lata później Piotrki mogły znowu pogadać o poezji, ale drugi stwierdził, że teoria go już nie interesuje, rzucając pomysł współpracy twórczej w materii dźwiękowej. Pomysł upadł, ale kilka miesięcy później w 2021 roku Piotrki jednak podjęły wspólne działanie. Plan polegał na dopełnianiu się Piotrków artystycznie. Pierwszy podsyłał surowe teksty – obserwacje i spostrzeżenia na temat dnia codziennego, oraz pseudonaukowe fragmenty zdań wyrwanych z kontekstu. Drugi montował te słowa na nowo, tworząc z nich wiersze. Pierwszy czynił korektę – czyszczenie z nadmiaru, a drugi ponownie montował odrzucone utwory. Aż nie zostało żadnych zdatnych słów do użycia. Tym oto dziwnym i zdalnym sposobem powstał tomik zatytułowany: „Ssaki leżą na boku”.

Piotrkom trzeba dać jeszcze trochę czasu i nieograniczonych możliwości, aby ich dopełnienia dopełniły się do końca. Już niebawem to Wy, drodzy odbiorcy, staniecie się ostatnimi elementami dopełnień. Bądźcie dobrymi dopełniaczami, proszą Piotrki.
 

Aby przeczytać więcej, kliknij w obrazek:
Helikopter

TE®YTORIUM ®OZPADU SEKWENCJI – tomik

Ósmy tomik autora.
Tomik, który nie jest tomikiem.
To mapa.
Opracowanie kartograficzne wytrzewionego serca.
Plan sytuacyjny jego przekształceń względem czynników zewnętrznych.
Dobrze oznaczona droga
pełnej konwersji.
Trasa o przebiegu wiodącym przez zakazane miejsca.
Ślepe zaułki prowadzące do, wydawałoby się, obcych sobie form życia.
Przemiana mająca moc kreowania zastrzeżonych znaków towarowych.
Tak unikatowych, że nie sposób ich odnaleźć na jakiejkolwiek dostępnej mapie.

 

„Terytorium rozpadu sekwencji”
ISBN 978-83-957845-5-2
Projekt i opracowanie graficzne: Piotr Kasperowicz
Fotografie: Łucja Lange
Wydawnictwo Domowe, Kraków, 2020
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Wyjątkowo nietypowe wydanie. Format zbliżony do charakterystycznego wyglądu koperty w standardzie DL. Druk offsetowy na grubym papierze kredowym. Okładka sztywna, foliowana z połyskiem. Zaskakująca szata graficzna. Zawiera 30 wierszy, przy czym 24 z nich nigdy wcześniej nie były publikowane. Do zamówienia u autora: kasperl[at]tlen.pl

 

 


Recenzje/impresje:

Tomik całkowicie niestandardowy. Autor żyje i tworzy według swoich osobliwych reguł. Porównanie go do znanych kanonów byłoby strzałem kulą w płot. On ma swój osobny świat.

Niełatwo jest czytać i rozumieć takie teksty. To wszystko dzieje się w jakimś mało znanym nam interiorze (niemniej jakoś one mnie wciągały). Na dodatek książka ta jest „z innej drabiny”. To w zasadzie nie jest książka, tylko coś w rodzaju wielkiego plakatu. Jeśli całość tę rozłożymy to i całość w jej kolorze i obrazie zobaczymy. W sumie są to niby wiersze, ale z „zupełnie nieznanych chmur”.

Powiem tak: wszystko tu mnie zaciekawiało i wszystko ciut ciut denerwowało. No więc mamy książkę absolutnie inną od innych. Lecz chyba jednak jakoś inspirującą. Trzeba teraz czekać, czy kolejna książka Piotra Kasperowicza będzie nadal nowe ścieżki budowała.

Leszek Żuliński

 

Jeśli zamierzacie przeczytać nowy tom Piotra Kasperowicza to możecie być pewni, że czeka Was liryczna przygoda. Autor „Buldożerów elokwencji” już niejednokrotnie zaskoczył czytelnika formą, tematyką i poetyką. Autor wiele razy udowodnił, że można ulirycznić każdy, najdrobniejszy i pozornie najbardziej abstrakcyjny, element naszego świata.

„Terytorium rozpadu sekwencji” sprawia wielką frajdę jeszcze przed lekturą. Oto mamy w rękach coś niecodziennego. Czy to jeszcze tomik czy może jednak coś więcej? Autor prowadzi nas w głąb istoty zbioru. Podążamy zachwyceni, a nasza ciekawość sięga zenitu.

Jak podpowiada autor, „Terytorium…” to liryczna mapa. Czy to mapa wyizolowanego serca? Jednak próżno szukać tu sentymentalnych uniesień. Kasperowicz mówi o miłości w mało stężonych procesach, o braku reakcji powrotnych. O miłości wykiwanej rozumem. O tych tematach niezwykle delikatnych, skomplikowanych, przynależących do sfery uczuciowej poeta pisze językiem techniki, nauki (tym razem to nie tylko ściśle inżynierski żargon, bo autor sięga do rozmaitych dziedzin). A miłość przecież taka poetycka, jak się wydaje. Jednak Kasperowicz nie tylko portretuje to uczucie, ale przede wszystkim skupia się na jego braku – to, co dzieje się w wielu wierszach tego zbioru to właśnie krajobraz po bitwie (rozstaniu), serce zostało przebite strzałą.

Świat poetycki „Terytorium….” jest właśnie miejscem przegranej walki. Przestała tu obowiązywać deklaracja miłości, atmosfera się ochłodziła (oscyluje wokół absolutnego zera), a sercepozostawione w melakserzenajadło się strachu.

Każdy wiersz zbudowany został na osobnym koncepcie. To przede wszystkim seria obrazów-porównań. Stąd też raz pojawi się m.in. badacz owadów studiujący zamierający proces metaforycznego trzepotania motylich skrzydeł u zakochanych, gdzie indziej miłość porównana została do procesów astrofizycznych. Czasem można odnieść wrażenie, że nagromadzenie „mądrych słów”, posługiwanie się hermetyczną terminologią to swego rodzaju metafora relacji we współczesnym świecie – gdzieś zatraciliśmy zdolność komunikacji, mówimy własnym językiem, o swoich sprawach. Wszędzie tylko te wszechobecne „ja” i „moje”. W „Terytorium” Kasperowicz bazuje na różnych gałęziach nauki (bo jest m.in. anatomia, geofizyka, informatyka itd.), co pokazuje, że poeta nie tylko ma (być może) wszechstronne zainteresowania, ale także, że miłość jest uczuciem totalnym, niezwykle skomplikowanym i trudnym do zrozumienia.

Miłość i wszystkie jej pochodne, rzecz jasna. Mamy tu swoistą mapę uczucia – od pierwszych zauroczeń, przez miłość głęboką, aż do jej rozpadu. Każda faza posiada także emocje towarzyszące. W „Terytorium…” poeta usiłuje oswoić miłość, zrozumieć – przez badanie jej wszelkimi możliwymi środkami, np. pod kątem reakcji zachodzących w organizmie na dany bodziec, pod kątem zmian w psychice, pod katem pracy serca, odpowiedzialnego przecież za emocje itp. Kasperowicz to także liryczny kardiochirurg, poszukujący istoty miłości. Nie zapomina też sprawdzić czy miłość ściśle wiążę się ze szczęściem i czy jego również należy szukać w sercu.

Świat poetycki „Terytorium….” jest w większości miejscem przegranej walki. To pole bitwy, gdzie jeszcze unosi się kurz miłości i nienawiści – cząstek pozostałych po toksycznych związkach. Źródłem porażki miłości (rozumianej szerzej niż tylko uczucie pomiędzy dwojgiem ludzi) jest oczywiście człowiek (człowiek dotykowy) – megalomański socjopata, który fałszuje układ. To właśnie nieszczerość, obok egoizmu, jawi się tu jako trybik odpowiedzialny za awarię całej maszynerii.

Współrzędne mapy wskazały, że wszędzie można być nieszczęśliwym. Kasperowicz nie ma złudzeń. Jednak czy poza poetą ktoś dostrzega w jakiej znaleźliśmy się pułapce?

Piotr Kasperowicz po raz kolejny stworzył dla nas liryczne wyzwanie. Poeta bawi się rozmaitymi konwencjami, śmiało wchodzi w gry słowne (brzmieniowe, znaczeniowe), zachęca nas do poetyckich kalamburów. I choć niektóre wiersze stawiają poprzeczkę naprawdę wysoko, to przemierzanie tych niezwykłych przestrzeni jawi się jako najlepsza rozrywka. Która jednak przynosi tylko chwilową radość, wszak skrywająca się między słowami prawda najczęściej boli.

Kinga Młynarska

Kasperowicz psuje całą „zabawę w życie” wskazując na drobne usterki…

Piotr Kasperowicz bawi się poezją. Bawi się językiem, gramatyką, semantyką. Jednak co najważniejsze – nie tylko on czerpię frajdę z tych igraszek, ale i zaangażowany czytelnik daje się porwać temu literackiemu szaleństwu.

Zacznijmy od tego, co robi pierwsze wrażenie. A więc okładka i ilustracje, które rzucają się w oczy przy kartkowaniu zbioru – jakieś dziwne maszyny, elementy konstrukcji. To rzeczy, które nie mają w sobie absolutnie niczego poetyckiego. A jednak podczas lektury wcale nie budzą naszych zastrzeżeń. Po drugie – tytuły (zbioru i wierszy). One też raczej nie kojarzą się z lirycznymi wynurzeniami typowego podmiotu (np. „Uroda czarnego wągra”). I tak, docieramy do sedna. Otóż „Buldożery elokwencji” to tom na wskroś przewrotny, który swoją oryginalną poetyką bierze nas z zaskoczenia, czasem wytrąca ze strefy komfortu, zadziwia, może niektórych zszokuje, wielu z pewnością zachwyci.

Podmiot Kasperowicza operuje technicznym, fachowym słownictwem, z kilku różnych dziedzin, oraz mową potoczną. Wiele wierszy jest niczym schemat działania jakiegoś przyrządu czy wielkiej machiny, jak instrukcja obsługi, definicja rodem z leksykonu lub choćby zapis specjalisty dotyczący obserwacji pewnego obiektu.

W tych oryginalnych utworach jednak chodzi o coś więcej niż wskazanie na działanie małych trybików, na ścieżki, po których poruszają się dane elementy itp. Bo poza wszystkimi tymi układami Kasperowicz dotyka także kwestii delikatnych, intymnych, skomplikowanych. Właściwych ludziom. W tym miejscu zapewne każdy pomyśli – czy to aby nie człowiek kryje się pod tymi zaskakującymi metaforami? Z pewnością, choć nie tylko i nie zawsze (mowa tu m.in. o przedmiotach codziennego użytku), jednak zwykle mają bezpośredni związek z człowiekiem (i wszelkimi jego luźnymi treściami). Wiersze Kasperowicza są wielowymiarowe, a więc w jednym tekście czytelnik może odnaleźć nawet kilka opowieści – to już zależy od naszej interpretacji, fantazji, wrażliwości, kompetencji czytelniczych.

Niejednokrotnie możemy przejrzeć się w tych wierszach, choć przecież na podstawowym poziomie wcale nie są o nas. Bo co takiego może łączyć nas np. z rupieciową krową? Wiele razy z pewnością niejeden z czytelników uśmieje się pod nosem, do momentu aż nie przyjdzie refleksja. Bo tak właśnie działają „Buldożery elokwencji” – wszystko idzie sprawnie i według planu, aż tu Kasperowicz psuje całą „zabawę w życie” wskazując na drobne usterki, a nierzadko i wadliwą całą konstrukcję. I przychodzi moment na zastanowienie się. A poeta zauważa bardzo dużo nie do końca właściwie działających rzeczy, po cichu kpi z prowizorek, z używania czegoś bez czytania instrukcji (mam tu na myśli m.in. konsumpcjonizm, snobizm itp.).

Jestem przekonana, że to właśnie ta nietypowa forma, „niepoetycka poetyka” sprawiają, że nasza czytelnicza czujność zostaje postawiona w stan gotowości i z wielką uwagą wczytujemy się w słowa Kasperowicza. One może trochę bawią, trochę wydają się dziwaczne, ale w tym szaleństwie jest metoda. Ostatecznie robią robotę. Chcąc nie chcąc wizualizujemy sobie te osobliwe obrazy, jakie przed nam kreśli poeta. A wtedy doskonale widać, że coś tu nie gra, że jednak trzeba poszukać głębiej – przede wszystkim w nas samych.

Bardzo lubię inteligentny humor, ciekawy koncept i wszelkie odwołania (pop)kulturowe – w „Buldożerach” mam to wszystko i to na jakim poziomie! Jest tu ślizganie się po słowach, ich wzajemne przenikanie się, gra skojarzeń, jest opowiadaniem nieoczywistym obrazem, jest też prowokacja, są aluzje, literackie uszczypliwości, zabawne (celowe) przejęzyczenia, groteska, a i to nie wszystko.

„Buldożery” to swego rodzaju liryczna satyra. Kasperowicz świetnie portretuje ludzi oraz ich słabostki (szczególnie wrażliwy jest na kwestie ignorancji, głupoty i fałszu). Mówi o współczesnym świecie, komentuje sytuację społeczno-polityczną, w zasadzie bierze na tapet niemal każdą sferę życia. Pochyla się nad różnymi rodzajami relacji międzyludzkich. Nie pomija też dzisiejszych sposobów komunikacji, wskazując na kwestie językowe. I jakże jest wnikliwy w swoich obserwacjach, jakże uniwersalny w swoich stwierdzeniach.

Kasperowicz to „mechanik słowa”, inżynier dusz. Spod jego pióra wychodzą niebanalne liryczne rysunki techniczne – konstrukcje, modele, schematy – kreślone jednak drżącą ręką, ujawniającą wrażliwość poety.

Recenzja autorstwa Kingi Młynarskiej

Edycja mechaniczna

Buldożercza zagadka

Spójrzcie na okładkę tego tomiku. Ona „rymuje się” nie tylko z wierszami zbioru, ale też z tytułem książki. Nie mogłem nigdzie znaleźć bibliografii książkowej Piotra Kasperowicza, domyślam się więc, że ta książka to jego pierwszy tomik. Ale niczego tu nie nazywałbym debiutem, bo Kasperowicz jest artystą totalnym. W literackich i artystycznych iwentach różnego typu brał aktywny udział. Sztuka – w wielu swoich gatunkach – to eldorado Kasperowicza. Sam stwierdza, że specjalizuje się w nurcie poezji audiowizualnej, tak więc symbioza, a być może nawet eklektyzm czy „komitywa sztuk” to jego osobliwy „totalitaryzm”. Oby były z tego trwałe owoce.

Na razie trzymam w ręku ten tomik, którego lektura kosztowała mnie nieco zdrowia. A to dlatego, że przeżywałem wahania na „tak” i na „nie”. Kasperowicz należy do tych luzaków, którzy po pierwsze są pewni własnej oryginalności, a po drugie bardzo chcą być nieszablonowi. To mu się udaje.

Zabrałem się więc do lektury z zainteresowaniem, ale też dystansem, bo niejedno takie dziecko-kwiat widziałem. No i co? No i to, że buldożer elokwencji rzeczywiście tu wiedzie prym.

Trzeba przyznać, że dykcja tych wierszy jest na swój sposób niepowtarzalna. Ciężko to się czyta… Jednak z drugiej strony […] mówi o sprawach ważnych. To nie jest baju-baju, pitu-pitu. Kasperowicz ma swoje poglądy, przemyślenia, morały. I teraz w sumie sam nie wiem: czy on „przebełkotał” tę swoją dykcję, czy też mamy do czynienia z językiem do którego musimy się przyzwyczaić.

[…] czyli wiem, czuję, że Kasperowicz mówi o czymś dla niego istotnym, tylko nie umiem ci, czytelniku, powiedzieć, o czym. Jednak czuję w sobie jakiś szlaban, by powiedzieć: bełkot! To trochę tak, jak dawnymi czasy czytano na przykład Jasieńskiego czy Karpowicza. „Nowe języki” muszą się oswoić.

Bez wątpienia elokwencja Kasperowicza jest osobliwa, ale jej buldożery mielą nas na papkę. Co z tego ostatecznie wyniknie? Nie mam pojęcia, jednak ostrzegam, że rzucenie tym tomikiem o ścianę byłoby reakcją pochopną. Tym bardziej, że jest on wypasiony edytorsko.

Zostawiam was z moją klęską po tej lekturze, której nie połknąłem z sukcesem. Ale ten tomik jeszcze jakiś czas będzie leżał na moim biurku i będę się z nim droczył, a raczej pocił. Gdyby mnie olśniło, napiszę nie recenzyjkę, a esej. Tak mi dopomóż własna inteligencjo!

 

Recenzja autorstwa Leszka Żulińskiego opublikowana w Gazecie Kulturalnej.

BULDOŻERY ELOKWENCJI – tomik

Pierwszy śmiercionośnie humorystyczny tomik w dorobku autora. Trzeźwo surrealistyczna recenzja świata współczesnego. Kompleksowa diagnoza ludzkich poczynań prowadząca do rozpadu osłonek włókien nerwowych. Opowieść o sercu, którym już wszyscy wytarli sobie pragęby, mordy
i wszystkie inne dostępne otwory bezpodstawnie żywego organizmu.

 

„Buldożery elokwencji”
ISBN 978-83-950092-0-4
Fotografie oraz opracowanie graficzne: Piotr Kasperowicz
Wydawnictwo Obraz Dnia
ul. Traugutta 20/20
30-549 Kraków
tel. 506-516-444
Kraków, 2018
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

 

Poezja, jakiej zdecydowanie nie spodziewacie się w naszym klimakterium.
Wesoła, niby klaun po tomografii całego ciała dmuchanym bejsbolem.
Wyrozumiała, jak psychiatra zostawiający pacjenta na dnie basenu z piłeczkami, aby skruszał. Bezpardonowa, na wzór kwoki wysiadującej jaja Fabergé. Niewiarygodna, niczym wpływ propagandy na miąższość mózgu.

Zalegniecie pokłosiem z rozbawienia, lekko zrozpaczeni odczuwalną autentycznością. Z pozrywanych boków wyjątrzy się czas rzeczywisty,
z dość metalicznym posmakiem od endoskopii uczynionej ironią. Absurd onieśmieli pewność myślenia, porzucając neurony w rześkim obłędzie. Tak pobudzone czynności bioelektryczne nawet zapragną jeszcze więcej.

Twarda, szyta nićmi oprawa o głębi i połysku najlepiej wypolerowanej karoserii. Ciekawa ornamentacja graficzna wzbogacona o tematyczne piktogramy.  Ilość stron: 82. W zawartości 59 wierszy, z czego aż 46 nigdy wcześniej niepublikowanych!  Fotografie kolorowe w formie albumowej. Tomik dostępny w sprzedaży bardzo detalicznej.


Recenzje/impresje:

Wiersze Piotra Kasperowicza mówią o rzeczywistości, ale nic tu nie jest oczywiste. Żadnych szablonów, utartych zwrotów. Praktycznie pozbawione liryzmu, surowe, ale nie ascetyczne, momentami dyskursywne, wykorzystują nagromadzenia obrazów, gry słowne i zabawy frazeologizmami.

Znajdziemy w nich słownictwo z niemal wszystkich dziedzin, z terminologią naukową, na której bazuje specyficzna metaforyka. Znajdziemy wersy aż gęste od niekiedy zawiłych zdań, a wszystko z lekką domieszką ironii, wyrażające trudne prawdy o współczesnym człowieku, jego poziomie intelektualnym i systemie wartości.

Ważnym motywem jest tu myślenie i poznanie na wielu poziomach abstrakcji. Człowiek jako ogniwo uniwersum poddany działaniu nieopatrzności, imaginacji czy absolutu, próbuje rozpoznać świat w skali makro. Pokonać ograniczenia i skonfrontować zdolności przetrwania z innymi istotami. Znakiem naszych czasów jest tu kurcząca się wiedza ogólna, obcisły horyzont blokujący jej przyswajanie. Króluje więc ignorancja, a jednym z mechanizmów obronnych wobec zakłóconych relacji komunikacji staje się izolacja.

Ludzie utuczeni kulturą masową, indoktrynowani, unifikowani, zarażeni konsumpcjonizmem, pozbawieni własnych poglądów i wyobraźni przypominają Różewiczowski obraz rury kanalizacyjnej, czego dosadnym potwierdzeniem jest obrazek rodzajowy z życia blokersów, w którym określenia subkulturowe ironicznie gryzą się z francuskojęzycznym tytułem.

Znajdziemy w tych wierszach również słowotwórcze zabawy tematem roztoczy, sugerujące bardzo fizjologiczny, a nawet utylitarny powrót do natury. Wplątanie kosmetyki i dermatologii w świat człowieka, podkreślające jego fiksacje na punkcie wyglądu. Znajdziemy gorzką wizję świata pod kloszem, powielanych ról społecznych. Świata, w którym trudno wyjść na życiową prostą.

Beata Piocha

 

Piotr Kasperowicz bawi się poezją. Bawi się językiem, gramatyką, semantyką. Jednak co najważniejsze – nie tylko on czerpię frajdę z tych igraszek, ale i zaangażowany czytelnik daje się porwać temu literackiemu szaleństwu.

Zacznijmy od tego, co robi pierwsze wrażenie. A więc okładka i ilustracje, które rzucają się w oczy przy kartkowaniu zbioru – jakieś dziwne maszyny, elementy konstrukcji. To rzeczy, które nie mają w sobie absolutnie niczego poetyckiego. A jednak podczas lektury wcale nie budzą naszych zastrzeżeń. Po drugie – tytuły (zbioru i wierszy). One też raczej nie kojarzą się z lirycznymi wynurzeniami typowego podmiotu (np. „Uroda czarnego wągra”). I tak, docieramy do sedna. Otóż „Buldożery elokwencji” to tom na wskroś przewrotny, który swoją oryginalną poetyką bierze nas z zaskoczenia, czasem wytrąca ze strefy komfortu, zadziwia, może niektórych zszokuje, wielu z pewnością zachwyci.

Podmiot Kasperowicza operuje technicznym, fachowym słownictwem, z kilku różnych dziedzin, oraz mową potoczną. Wiele wierszy jest niczym schemat działania jakiegoś przyrządu czy wielkiej machiny, jak instrukcja obsługi, definicja rodem z leksykonu lub choćby zapis specjalisty dotyczący obserwacji pewnego obiektu.

W tych oryginalnych utworach jednak chodzi o coś więcej niż wskazanie na działanie małych trybików, na ścieżki, po których poruszają się dane elementy itp. Bo poza wszystkimi tymi układami Kasperowicz dotyka także kwestii delikatnych, intymnych, skomplikowanych. Właściwych ludziom. W tym miejscu zapewne każdy pomyśli – czy to aby nie człowiek kryje się pod tymi zaskakującymi metaforami? Z pewnością, choć nie tylko i nie zawsze (mowa tu m.in. o przedmiotach codziennego użytku), jednak zwykle mają bezpośredni związek z człowiekiem (i wszelkimi jego luźnymi treściami). Wiersze Kasperowicza są wielowymiarowe, a więc w jednym tekście czytelnik może odnaleźć nawet kilka opowieści – to już zależy od naszej interpretacji, fantazji, wrażliwości, kompetencji czytelniczych.

Niejednokrotnie możemy przejrzeć się w tych wierszach, choć przecież na podstawowym poziomie wcale nie są o nas. Bo co takiego może łączyć nas np. z rupieciową krową? Wiele razy z pewnością niejeden z czytelników uśmieje się pod nosem, do momentu aż nie przyjdzie refleksja. Bo tak właśnie działają „Buldożery elokwencji” – wszystko idzie sprawnie i według planu, aż tu Kasperowicz psuje całą „zabawę w życie” wskazując na drobne usterki, a nierzadko i wadliwą całą konstrukcję. I przychodzi moment na zastanowienie się. A poeta zauważa bardzo dużo nie do końca właściwie działających rzeczy, po cichu kpi z prowizorek, z używania czegoś bez czytania instrukcji (mam tu na myśli m.in. konsumpcjonizm, snobizm itp.).

Jestem przekonana, że to właśnie ta nietypowa forma, „niepoetycka poetyka” sprawiają, że nasza czytelnicza czujność zostaje postawiona w stan gotowości i z wielką uwagą wczytujemy się w słowa Kasperowicza. One może trochę bawią, trochę wydają się dziwaczne, ale w tym szaleństwie jest metoda. Ostatecznie robią robotę. Chcąc nie chcąc wizualizujemy sobie te osobliwe obrazy, jakie przed nam kreśli poeta. A wtedy doskonale widać, że coś tu nie gra, że jednak trzeba poszukać głębiej – przede wszystkim w nas samych.

Bardzo lubię inteligentny humor, ciekawy koncept i wszelkie odwołania (pop)kulturowe – w „Buldożerach” mam to wszystko i to na jakim poziomie! Jest tu ślizganie się po słowach, ich wzajemne przenikanie się, gra skojarzeń, jest opowiadaniem nieoczywistym obrazem, jest też prowokacja, są aluzje, literackie uszczypliwości, zabawne (celowe) przejęzyczenia, groteska, a i to nie wszystko.

„Buldożery” to swego rodzaju liryczna satyra. Kasperowicz świetnie portretuje ludzi oraz ich słabostki (szczególnie wrażliwy jest na kwestie ignorancji, głupoty i fałszu). Mówi o współczesnym świecie, komentuje sytuację społeczno-polityczną, w zasadzie bierze na tapet niemal każdą sferę życia. Pochyla się nad różnymi rodzajami relacji międzyludzkich. Nie pomija też dzisiejszych sposobów komunikacji, wskazując na kwestie językowe. I jakże jest wnikliwy w swoich obserwacjach, jakże uniwersalny w swoich stwierdzeniach.

Kasperowicz to „mechanik słowa”, inżynier dusz. Spod jego pióra wychodzą niebanalne liryczne rysunki techniczne – konstrukcje, modele, schematy – kreślone jednak drżącą ręką, ujawniającą wrażliwość poety.

Kinga Młynarska

 

Spójrzcie na okładkę tego tomiku. Ona „rymuje się” nie tylko z wierszami zbioru, ale też z tytułem książki. Nie mogłem nigdzie znaleźć bibliografii książkowej Piotra Kasperowicza, domyślam się więc, że ta książka to jego pierwszy tomik. Ale niczego tu nie nazywałbym debiutem, bo Kasperowicz jest artystą totalnym. W literackich i artystycznych iwentach różnego typu brał aktywny udział. Sztuka – w wielu swoich gatunkach – to eldorado Kasperowicza. Sam stwierdza, że specjalizuje się w nurcie poezji audiowizualnej, tak więc symbioza, a być może nawet eklektyzm czy „komitywa sztuk” to jego osobliwy „totalitaryzm”. Oby były z tego trwałe owoce.

Na razie trzymam w ręku ten tomik, którego lektura kosztowała mnie nieco zdrowia. A to dlatego, że przeżywałem wahania na „tak” i na „nie”. Kasperowicz należy do tych luzaków, którzy po pierwsze są pewni własnej oryginalności, a po drugie bardzo chcą być nieszablonowi. To mu się udaje.

Zabrałem się więc do lektury z zainteresowaniem, ale też dystansem, bo niejedno takie dziecko-kwiat widziałem. No i co? No i to, że buldożer elokwencji rzeczywiście tu wiedzie prym.

Trzeba przyznać, że dykcja tych wierszy jest na swój sposób niepowtarzalna. Ciężko to się czyta… Jednak z drugiej strony […] mówi o sprawach ważnych. To nie jest baju-baju, pitu-pitu. Kasperowicz ma swoje poglądy, przemyślenia, morały. I teraz w sumie sam nie wiem: czy on „przebełkotał” tę swoją dykcję, czy też mamy do czynienia z językiem do którego musimy się przyzwyczaić.

[…] czyli wiem, czuję, że Kasperowicz mówi o czymś dla niego istotnym, tylko nie umiem ci, czytelniku, powiedzieć, o czym. Jednak czuję w sobie jakiś szlaban, by powiedzieć: bełkot! To trochę tak, jak dawnymi czasy czytano na przykład Jasieńskiego czy Karpowicza. „Nowe języki” muszą się oswoić.

Bez wątpienia elokwencja Kasperowicza jest osobliwa, ale jej buldożery mielą nas na papkę. Co z tego ostatecznie wyniknie? Nie mam pojęcia, jednak ostrzegam, że rzucenie tym tomikiem o ścianę byłoby reakcją pochopną. Tym bardziej, że jest on wypasiony edytorsko.

Zostawiam was z moją klęską po tej lekturze, której nie połknąłem z sukcesem. Ale ten tomik jeszcze jakiś czas będzie leżał na moim biurku i będę się z nim droczył, a raczej pocił. Gdyby mnie olśniło, napiszę nie recenzyjkę, a esej. Tak mi dopomóż własna inteligencjo!

Leszek Żuliński
Gazeta Kulturalna publikuje pełną recenzję

 

Widać, że pozycja jest przemyślana od początku do końca, że autor jest dojrzały pisarsko, pewny swojego stylu operowania słowem. Dlatego utwory swoją budową i treścią angażują czytelnika do wytężonego skupienia. A nawet ogarnięcia tego słownego chaosu, w jednolitą całość (tu nie obeszło się bez słownika wyrazów obcych), bo teksty, nie dość że są poszarpane, dodatkowo bazują na kontrastach, niedomówieniach i wyszukanym słownictwie. Myślę, że ten zabieg autor stosuje po to, by pokazać symbiotyczność naszej egzystencji i jednoczesne absurdy wynikające z tej symbiozy. Przy tym nie mam wątpliwości, że te wiersze są o nas i reszcie świata. Bezlitośnie dekonspirują, przy tym bezpardonowo, a nawet nachalnie obnażają nasze wady.

Swoją formą, jak ten tytułowy buldożer, rozwalają, pozostawiają ruiny i zgliszcza. Albo tylko lekkim szturchnięciem przebudzają czytelnika. Jedno jest pewne, nie pozostawiają obojętnym, skłaniają do refleksji nad różnorodnością kontrastów, w tym piękna i brzydoty naszego otoczenia, zachowania, czy naszego w nim chaotycznego egzystowania na wszystkich jego polach. Tu przytoczę w całości wiersz, który jest jednym z delikatniejszych w treści i wymowie, ale zagrał na mojej wrażliwej strunie jak żaden inny – „Partnerstwo dla nakładu”.

Nie jest to pozycja dla każdego. Smakosze poezji tylko łatwej, lekkiej i przyjemnej nie znajdą jej w tym tomie, a zawartość tego słoika może nie przypaść im do gustu. Ale czytelnikowi ambitnemu, poszukującemu, który lubi poszerzać horyzonty i owszem. Tak jak mnie, osobie lubiącej poezję łatwą, lekką i przyjemną, jednak niestroniącej od ambitnych strof i poszukującej nowych kierunków, naprawdę zasmakowała. Po za tym, no cóż… Świetna książka poetycka i polecam.

Anna Ewa Klimowicz

 

W zgrzytliwym i rozpadającym się tekście Kasperowicza napotykamy na przytłaczającą wizję, w której „potęga smaku” okazuje się nie aż tak potężna – opuszcza ona swoją gardę i wpuszcza niszczycielski ferment we własne szeregi. Potwór kultury popularnej zagląda z bezczelną ciekawością do wieży z kości słoniowej; z jej wnętrza coraz donośniej słychać basowe dudnienie nowoczesności. Ten odgłos zwiastuje śmierć szyku i narodziny szokującej banalności czy też banalności szoku.

Niestety, refleksja twórcy jest równie banalna, bez względu na wykwintność sztafażu, w którym jest przemycana. Jest ona zaklęta w tekście, który wydaje się upiorną powtórką z upiornego wiersza Herberta zatytułowanego „Pan Cogito o muzyce pop”.

Być może jednak można znaleźć w wierszu Kasperowicza coś intrygującego, nieoczywistego? Może tak, ale w tym celu trzeba byłoby rozegrać ten utwór przeciwko niemu samemu – ocalić go poprzez dostawienie cudzysłowu, który pozwoli zauważyć, że w każdej homeopatii (szczególnie w domowej homeopatii konserwatysty) znajduje się dawka trucizny. Jest wtedy szansa na to, że nieprzepuszczalna powłoka pęknie, a delikatne uchylenie drzwi będzie nie tyle aktem gościnności wobec monstrum, co raczej otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju, by zacytować tu napisany niemal trzydzieści lat temu słynny wiersz pewnego poety-barbarzyńcy.

Antoni Zając o wierszu „Upusty wykwintności w koniugacji”


Autoportret przemykającej po ekranach

„Pęknięcia”, najnowszy tomik pióra Zdzisławy Górskiej, to obszerny wybór poezji mogący z łatwością zaskoczyć czytelników. Tych, którzy nie znają jeszcze sposobu pisania autorki zdziwić może precyzja, elegancja i wyrafinowanie w splotach wersów. Subtelność liryki zazwyczaj łamie ulubiony przez Panią Zdzisławę podział wersu na dwa, gdzie drugi jest dopełniającym. Natomiast dla tych, którzy już znają możliwości twórcze poetki niespodzianką będą mocne, nowoczesne punkty w tomiku. Kilka brawurowo zardzewiałych gwoździ świeżo wyciągniętych z trumny naszych czasów. Nie będę ukrywał, że to moje ulubione momenty emocjonalnej szarady – bardzo intensywnie mrugające po oczach na panoramicznych ekranach, będących mnogą wizualizacją odczuć autorki.

Nie bez powodu wspomniałem o gwoździach. Warto zdecydowanie podkreślić, że są to gwoździe od trumny, nie do niej. Nie ta pora i absolutnie nie ta jakość. Mamy tu również wieloznaczne klepsydry i drugą stronę brzegu przyczajoną w rozedrganiu. Dużo o przemijaniu w świecie, w którym wrodzone wartości uległy degradacji, a raczej już się nie wradzają. Lub może jedynie z rzadka i niepospolicie. Co najwyżej wdają się w podrobione materiały budujące „rachitycznego Pegaza”. Pojawia się, monotonia dnia codziennego wobec absolutu i oczekiwania na ostateczne pęknięcie. Nieuniknione przemijanie – wiersz Ponad czasem. Kwitnienie ostatkiem sił i dawanie owoców „niepotrzebnych dziś nikomu” – wiersz Urok drogi. Jak często u Pani Zdzisławy mamy tu wiele odwołań do natury, jak w wierszu Przed burzą, gdzie „białe kwiaty czarnego bzu (…) pachniały obłędem”. To jednak nie wciągający w odmęty smutek, to zaduma i dostrzegalna ironia. Bo zawsze jest jakiś mur. Na każdym etapie życia jakaś nowa, wymyślna przeszkoda. W odniesieniach do przyrody ziemi wyrywane są drzewa „podcięte złym słowem” – wiersz Wołanie. A wokół bezkarne i bezlitosne słowa – wiersz Jesteśmy:

„słowa ostre jak brzytwy
nie znające umiaru
by ciemność Hadesów stworzyć
wśród żyjących?”

Słowa, w których zmiksowano prawdę i plewy. Pełna goryczy opinia o świecie skorym do ocen, złośliwości, wyliczania win „strzałami wykrzykników” – wiersz Interpunkcja. Każdy ma swoje mocne zdanie. Twarde, ugruntowane betonem. Pod tym względem jesteśmy w epoce „młyńskiego kamienia”. Obecnie można mieć sporo wątpliwości wobec prawdy, nawet tej z biblijnych praczasów, bo „słowo pisane dziś mniej znaczy” – wiersz W obronie Ewy. Kiedyś nie było kamer, podsłuchów, niezbitych dowodów. Dziś są, a i tak nie ma komu zaufać. Wszechobecny motyw vanitas, jak w Księdze Koheleta. Górska jednak nie prawi kazań. Ona opowiada i to nie na surowo. Aż nadto zagłębiła się w temat.

Dostrzegalnie zaznacza się w utworach chęć ucieczki, choćby „w zakamarki luster” – wiersz Gdzie . Autorka, zanim ucieknie, „burzy domki z kart nienawiści”. Bo dokąd mogłaby ona zaprowadzić, jeśli nie do większej zguby potęgującej frustracje, że obecnie „nawet Nic wiele znaczy” – wiersz Upadek. Jest udręczona od nadmiaru „zużytych racji i poglądów” – wiersz EXIT awaryjne, które mieszają się ze sobą, jedynie mącąc myśli w głowie. Zwraca uwagę na zagęszczenie wszystkiego, zbyt dużo danych, kolorowych obrazków, aż do przesytu w natłoku bodźców. Jedyne co można, to uciec od siebie. Nie po angielsku, bynajmniej.

Zdzisława Górska umyka w nawiązania. Widać, że sztuka innych artystów niezmiernie ją inspiruje. Mamy tu odniesienia do Wojaczka, Chopina, Gaudiego, Tuwima, Białoszewskiego, Konwickiego, Brechta. Przyrównanie życia do wznoszenia, względem sztuki trwającej w oddaleniu. Są relacje względem mitologii greckiej oraz Starego Testamentu. Pasja wiersza jak „lot w nadprzestrzeń”. Przywołania Madrytu, Luksemburga, czy Nowego Yorku. Tęsknota za córką w Danii. Lęk opadania „w lodową szczelinę”. Obawa skostnienia, kiedy Ona wciąż podziwia abstrakcjonistów. „Ostry bój w pustce drgającego ekranu”. Gorzki mariaż z obrazem Krzyk Edvarda Muncha w wierszu Słowa, ponieważ „Nie nauczono nas mówić prawdy o sobie”.

Autorka nam te prawdę naświetli ubolewając nad losem. Opisuje jak przestajemy sobie radzić, ze sobą i otaczającym nas wypaczeniem. Wygięciem życia względem kosztów. Zawsze coś kosztem czegoś. Nieuniknione kompromisy zgodne ze światem idącym na skróty. Na zamieszczonych w tomiku zdjęciach, samodzielnie zrobionych przez autorkę, widać cienie. Jakby coraz mniej człowieka w skali człowieczeństwa. Tylko jego wspomnienie. A mogło być tak pięknie… Pod jaworem… – wiersz odwołujący się do bukoliki Franciszka Karpińskiego, w którym „mocny zapach prawdy” rozsiany przez maciejkę zdewaluował się wobec dnia dzisiejszego, „gdzie sielanka tam browar i mdławy zapach moczu”. Błogość potraktowana tragicznie. To nie schadzka pod jaworem, to Piknik pod Wiszącą Skałą Petera Weira. Jedynie Górska oszczędziła nam zakończenia. Współczesny świat, jak widać, wystawił na próbę wstrzemięźliwość poetki. Jakby zachlapał jej serce fluorescencyjną farbą wzbogaconą radioaktywnymi opiłkami żelaza, po czym z przekąsem oświadczył ex cathedra, że to właśnie sztuka wysoka. Wspomniany wiersz jest bardzo mocnym punktem na mapie tomiku torującym drogę rozczarowaniu. Gdyż „niewiele nauczyliśmy się dobroci i pokory przez ponad dwa tysiące lat przykładów” – wiersz Świątki i anioły. Można odnieść wrażenie, że utknęliśmy w matni tego świata i nie ma jak czmychnąć „z wysypiska węzłów gordyjskich” – wiersz Bez wyjścia. Pani Zdzisława znalazła sposób, jakże godny i prosty zarazem – „na moment podaj mi rękę”.

Zdzisława Górska baner

Wszystkim zdaje się rządzić przypadek, a rynsztunek też czasem należy zostawić w domu. „Trudno iść w kolcach na bal w operze” – wiersz Nieprzypadkowy przypadek. Doświadczenie całego życia pozwala na nie spojrzeć bez obaw, „stąd uśmiech jak parabola”. Ból przemijania jakby słabnie skonfrontowany z „tęsknotą za jutrem” – wiersz Powidok ze słów – „bez życzliwości słów bylibyśmy echem ka nio nów”. Pozostaje rozciągnięte podźwiękiem oczekiwanie. Starość dziwiąca się światu. Zagubienie. Wiersz Skagen:

„Głodem uczuć przymieramy
nawet po ostatnim dzwonku konwalii

Wróciłam. Z etiudą kropli na liściach”

Ciągłe oddalenia i powroty, bezpowrotność drogi, bezsenność i nieustanne kołysanie „pod bzem rozczarowań”. Zwątpienie podczas wchodzenia w cień i przygasanie. Ulotność pokory „i zawodzenie sowy”. Wieczne niespełnienie na danym nam dystansie, „na drgających niecierpliwie ekranach”. Co z tego, że mądrość, skoro ma „oczy zranionej sarny”. Przemijanie obojętnie dopasowane jako „ostatnia faza milczenia”. Jak na ironię „utknęłam w sobie”, drwiąc z homonimów „rąbnęłam głową o inny pułap myśli”. Powypadkowo bystra refleksja w optyce poetki.

Zdzisława Górska podejmuje wiele tematów ostatecznych, ale bez dramatycznego rwania szmat, łykania tabletek uspokajających, tudzież wyjmowania Rozalki z pieca, zawczasu. Jest przy tym błyskotliwa i nowoczesna. Karpińskiemu, który nieopatrznie zaparkował pod jaworem, rysuje po karoserii zardzewiałym gwoździem – widać nie było to miejsce o przeznaczeniu postojowym. Jej myśli są precyzyjne, wyrażone słowami na miarę ludzkiej przenikliwości. Emocje ma prolongowane w czasie, przez co są odporne na bodźce i opanowane niczym oko snajpera. Nawet jeśli drgają całym sercem, to tylko dlatego, że prowokuje je niestabilność kursora lub wypalony monitor. Kogo nie wkurza kursor, kiedy zwróci się na niego uwagę i zastanowi nad faktem upierdliwości jego mrugania(?). Jednak to „czas patrzy na zegar słoneczny”. Pani Zdzisława zerka do przodu z nadzieją, do tyłu z nostalgią. Jest jak każdy z nas tu i teraz, czyli w swoim najlepszym momencie. Skondensowana myślą i absolutnie piękna słowem – zdecydowanie nie jednym. Otacza ją niestety kurewska rzeczywistość, na szczęście Ona epikurejska.

 

Recenzja została opublikowana w Kurierze Błażowskim oraz miesięczniku literackim Akant.

Opakowania środków – wiersz multimedialny

LINK DO WIERSZA
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Słowa niezbędne jako nośnik negacji

Czy Kasprowicz neguje wszystko? Słusznie rozczarowany bytem, teraźniejszością, błędami człowieka, czy tajemniczego fatum wrodzonego genetycznie /wypędzenie z raju/ i do tego raju dążącego przez setki pokoleń nieustannie, na przekór wojnom, głupocie, polityce, chorobom i setkom poślizgów życiowych. Kasperowicz pyta, czy człowiek jest „kowalem swojego losu” czy rządzi nami przypadek i zła wola /nasza zła wola/.

A wiersze skomplikowane, odbiegające od norm przyjętych, być może to forma poezji przyszłości. Autor sypie piaskiem słów prosto w oczy, to boli i piecze, z początku niewiele widać, ale po chwili trzeba autorowi przyznać rację, oceniając zawartość tomiku. Zadziwia skondensowany język, w którym są słowa niezbędne jako nośnik negacji, drgające szybkim rytmem niecierpliwości współczesnych przekaźników informacji i niespotykanych dawniej wydarzeń. /Może jest to kontynuacja stylu Rafała Wojaczka, Edwarda Stachury czy Kazimierza Ratonia?/.

Autor nie usiłuje udawać, że nie podoba mu się w tej prowincjonalnej galaktyce, w lewym ramieniu Oriona, na planecie Ziemia. Zauważam też, że nie podoba się autorowi odległa przeszłość, znajoma teraźniejszość jak i przyszłość do której nieustannie podążamy. Autor z uporem prząśniczki /kto dziś wie, co to znaczy/ snuje nić niedobrych przepowiedni, które o wiele wcześniej przedstawił mistrzowską techniką olejną /na płycie laminowanej/ znakomity artysta – Zdzisław Beksiński /z bliskiego mi Sanoka/. Nie stosował upiększeń dla swoich wizji. Uszkodzone wieże uniesione ponad Ziemią, tajemnicze tablice /jakby Dekalog/ zawieszone w przestrzeni, idealnie oddane anatomicznie ciała splecione w nieskończoność – pozbawione skóry, włosów, oczu, w pozycji embrionalnej mogą sugerować, że zanim się zaczniemy – mamy gwarancję końca.

Wizje te są przerażające i już się stają, kiedy popieleje w kłamstwie i przemocy świat. Możemy się obudzić /oby nie!/ jak w starożytnych Pompejach w antycznym bezruchu /wiersz Mieczysława. A. Łypa/, chociaż przyczyna bezruchu zupełnie inna, ale obraz może być identyczny. Smutne konkluzje i prawie przerażające. Katastrofizm? To też podkreśla słowem Kasperowicz, ale jeszcze walczy o ten świat i o idealnego człowieka, który potrafi zmienić siebie i nas teraźniejszych i nas przyszłych! Czy Kasperowicz chce nam dać zadanie ulepszenia tej rzeczywistości, której jest uczestnikiem i bacznym obserwatorem? Kasperowicz kpi, ale z goryczą piołunu. Świat jakby krępował mocne ego poety. Widać to po niecierpliwym drganiu słów. Skąd u młodego, wykształconego człowieka aż taki zmysł obserwacji negatywnych, czy żalu za „rozlanym mlekiem zdarzeń”? Może i to i to, pewności nie ma. I dobrze! Jest oczekiwanie – co dalej z twórczością Piotra Kasperowicza i przyszłością świata, naszej maleńkiej planety pełnej życia, jednak na obrzeżach pędzących /dokądś/ galaktyk. Czy zrozumiemy tę trudną poezję, splot myśli wykraczający poza wyobraźnię i lokujący się na wyżynach podświadomości?

Tomik zdobią i jednocześnie łagodzą artystyczne ujęcia wielu drzwi /doliczyłam się dwudziestu/. Autor jest wybrednym koneserem sztuki. Z licznych podróży przywiózł wiele mówiące, fotografie drzwi zabytkowych meczetów, czy synagog. Drzwi to przejście, wejście lub wyjście i tajemnica. Tylko jedne drzwi są uchylone z widokiem na przyjazną zieleń ogrodu i prześwity słońca. Wszystkie drzwi urokliwe, osadzone w grubych, wiekowych murach, z delikatną, przedwieczną ornamentyką, szczelnie zamknięte. Czy sugerują tajemniczą osobowość autora, czy przesłanie, że mimo naszej wiedzy, wiele drzwi poznania prawd o świecie i człowieku jest jeszcze zamkniętych. Szczególnie do dobra w człowieku, a co za tym idzie do dobrego świata dla nas wszystkich. Minie wiele pokoleń zanim niektóre drzwi zostaną uchylone. Drzwi – to piękna, klasyczna symbolika mądrości, cierpliwości, nagrody. I pewno w tym celu uporczywie i z radością żyjemy i jesteśmy, nie mając wyboru światów, inteligencji i odległych galaktyk, gdzie niekoniecznie musi być lepiej.

Recenzja autorstwa Zdzisławy Górskiej, aby przeczytać więcej kliknij tutaj.

POEZJA PĘKŁA (w zamrażarce) – tomik

Tomik poezji współczesnej z nowatorskimi w formie wierszami bez żadnych zbędnych kompromisów dla świeżej treści. Zadziorna, buńczuczna i obrazoburcza wrażliwość świeżo wyjęta z lodówki. Człowieczeństwo zamiecione pod dywan wrzuca w bieg cykliczności. Wekuje zabobony. Przeklina cykl serca i świata. Walcząc z ludzką materią i przyciskając głowę do ziemi, motyle zdechły w gazie musztardowym na wewnętrznym placu boju.
Okładaka mała

 

”Poezja pękła (w zamrażarce)”
ISBN 978-83-7606-631-8
Fotografie: Piotr Kasperowicz
Wydawnictwo Miniatura
ul. Barska 13/1
30-307 Kraków
tel. 12 267-10-39
Kraków, 2015
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Obszerne, kolorowe wydawnictwo z dużą ilością zdjęć. Ręcznie robione egzemplarze w starym, dobrym stylu. Twarda oprawa obleczona klasycznym materiałem. Ilość stron: 80. Książka do zamówienia pocztą lub telefonicznie w Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa, także dostępna u wydawcy: miniatura[at]autograf.pl ewentualnie u autora: kasperl[at]tlen.pl

PP ban1

PP ban3

PP ban4a

PP ban2a


Recenzje/impresje:

Najnowszy tom wierszy Piotr Kasperowicza pt. „Poezja pękła” wyrasta z grzęzawisk miejskich ulic, cieni rzucanych przez bloki mieszkalne; trzyma się jego fraza blisko ziemi i ludzi, albo inaczej, po prostu, blisko stworzenia wszelkiego i idei niesionych przez sztandary tego świata. Opowieść snuje się dokoła człowieczej kondycji, dociera do trzewi istnienia, ale nie chce być opiniotwórcza, raczej dyskretnie zagląda do okien, uchyla zamknięte drzwi (drzwi właśnie, są motywem przewodnim świetnych fotografii w środku książki), nasłuchuje, notuje, przygląda się, kiwa głową (czasami ze zdumienia), ale przede wszystkim zdaje relacje z istnienia, unaocznia mankamenty i daje do myślenia. Jakie płyną wnioski z tej opowieści? Raczej niewesołe, oto: „Wrak człowieka doholowano do ostatniego portu jeźni / zacumowano obojętnie przy brzegu…”. Piotr dostrzega to, czym wciąż jesteśmy epatowani przez środki masowego przekazu, przetwarza przez pryzmat swojej jaźni, a więc: rozkład, zmęczenie formą, znużenie i, coraz częściej niestety, brak treści, albo w najlepszym wypadku, jej miałkość, bezsensowna powtarzalność.

Tom wierszy „Poezja pękła”, można traktować tylko jako całość, konceptualną jedność, gdyż mówi o tym samym, czasem językiem buntu, sprzeciwu wobec takiej jakości świata i egzystencji pozbawionej cech, coraz bardziej dla nas egzotycznych, jak: wrażliwość, delikatność, bezinteresowność. I nie ma w tym za grosz przesady.

Niezwykła jest u Piotra intuicja z której bierze się diagnoza, tak bezceremonialna i trafna. To dzięki intuicji i zmysłowi przenikliwej obserwacji można odkryć rzeczy, niby tak proste jak, na przykład:
Na tej samej stronie wojna i reklamy
próby szczęścia w pewnym sensie
.

Sztuka mówienia o rzeczywistości zawsze jest naznaczona naszą subiektywną sumą doświadczeń. W przypadku tych wierszy, czuję podskórnie, że autor wznosi się wyżej, ponad tzw. oczywistość, dając nam do zrozumienia, iż z wysokości widać lepiej i zwiększa się szansa na szeroko rozumianą obiektywność. Piotr Kasperowicz podróżuje już nie w sferze kosmicznej, czy astralnej, jak to było w przypadku poprzedniego tomu wierszy, lecz wbiega pomiędzy nas, zagląda tu i ówdzie i metodą starą jak świat, próbuje objąć to co widzi i czuje, klamrą liryki.

Amerykański pisarz i eksperymentator Aldous Huxley, pisał ponad pół wieku temu: „Są rzeczy znane i nieznane, a pomiędzy nimi wyrastają drzwi„. Brzmi to jak sentencja i doskonale pasuje do wierszy Piotra. Dodajmy – nad wyraz ciekawych wierszy.

Jacek Masłowski

 

Kolejny tomik poezji Piotra Kasprowicza zatytułowany podwójnie „Poezja pękła w zamrażarce”, albo „Poezja piękna w zamrażarce” jest równie dowcipny co przewrotny /myślę o tytule/. Można Piotra Kasperowicza nazwać poetą jednego, pospiesznego zdania, ale nie zdania prostego, przeciwnie, poetą mocno skomplikowanego zdania złożonego, nasyconego naukową wprost nomenklaturą, które dla czytelnika jest podane jakby w biegu po stromych schodach, do góry lub w dół, w zależności od nastroju wiersza. Słowa zachodzą jedno na drugie jak idealne zębatki w szwajcarskim zegarku, połączone uściskiem treści, bez przerw i łączników. Brak wyraźnego podmiotu lirycznego, poglądy wyrażone są jakby obok autora, wypływają z kosmicznej pamięci doświadczeń pokoleń /w większości z doświadczeń złych i bolesnych/.

Duża intensywność” – wybrany wiersz stanowi jedno zdanie, które zaczyna się dużą literą i kończy kropką. Wypowiedziane jednym tchem. Trzeba wyobraźni, aby wszystkie zawarte procesy, obrazy prześledzić i dojść do symboliki węża zjadającego ogon, który jest mi znajomy od dzieciństwa z wizerunku w byłej synagodze /obecnie biblioteka/ i z przesłania, które niesie. A później już fizjologiczna nicość? Proces fermentacji? To my? Przedtem, teraz i potem? Zjada nas czas i rozkład?

Czy Kasprowicz neguje wszystko? Słusznie rozczarowany bytem, teraźniejszością, błędami człowieka, czy tajemniczego fatum wrodzonego genetycznie /wypędzenie z raju/ i do tego raju dążącego przez setki pokoleń nieustannie, na przekór wojnom, głupocie, polityce, chorobom i setkom poślizgów życiowych. Kasperowicz pyta, czy człowiek jest „kowalem swojego losu” czy rządzi nami przypadek i zła wola /nasza zła wola/.

A wiersze skomplikowane, odbiegające od norm przyjętych, być może to forma poezji przyszłości. Autor sypie piaskiem słów prosto w oczy, to boli i piecze, z początku niewiele widać, ale po chwili trzeba autorowi przyznać rację, oceniając zawartość tomiku. Zadziwia skondensowany język, w którym są słowa niezbędne jako nośnik negacji, drgające szybkim rytmem niecierpliwości współczesnych przekaźników informacji i niespotykanych dawniej wydarzeń. /Może jest to kontynuacja stylu Rafała Wojaczka, Edwarda Stachury czy Kazimierza Ratonia?/.

Komórka pamięci

Rozniecasz płomienia
krocząc aleją wiszących gaśnic
zorganizowany jak terrorysta
z poprawką na szaleństwo
zaniedbujesz komórki pamięci/…/

Połowa wiersza, połowa zdania. W tych krótkich utworach należy cytować całość, inaczej tracimy sens wypowiedzi, jakże ironicznej do bólu i skondensowanej jak tłok na naszych drogach i przesyt informacji na łączach wszystkowiedzących światłowodów, które oplatają świat uściskiem zbyt mocnym i nigdy nas z niego nie uwolnią. Jesteśmy w sieci, spętani, poddani i nie wiemy co dalej…

Szum tła” – autor nie usiłuje udawać, że nie podoba mu się w tej prowincjonalnej galaktyce, w lewym ramieniu Oriona, na planecie Ziemia. Zauważam też, że nie podoba się autorowi odległa przeszłość, znajoma teraźniejszość jak i przyszłość do której nieustannie podążamy. Autor z uporem prząśniczki /kto dziś wie, co to znaczy/ snuje nić niedobrych przepowiedni, które o wiele wcześniej przedstawił mistrzowską techniką olejną /na płycie laminowanej/ znakomity artysta – Zdzisław Beksiński /z bliskiego mi Sanoka/. Nie stosował upiększeń dla swoich wizji. Uszkodzone wieże uniesione ponad Ziemią, tajemnicze tablice /jakby Dekalog/ zawieszone w przestrzeni, idealnie oddane anatomicznie ciała splecione w nieskończoność – pozbawione skóry, włosów, oczu, w pozycji embrionalnej mogą sugerować, że zanim się zaczniemy – mamy gwarancję końca.

Wizje te są przerażające i już się stają, kiedy popieleje w kłamstwie i przemocy świat. Możemy się obudzić /oby nie!/ jak w starożytnych Pompejach w antycznym bezruchu /wiersz Mieczysława. A. Łypa/, chociaż przyczyna bezruchu zupełnie inna, ale obraz może być identyczny. Smutne konkluzje i prawie przerażające. Katastrofizm? To też podkreśla słowem Kasperowicz, ale jeszcze walczy o ten świat i o idealnego człowieka, który potrafi zmienić siebie i nas teraźniejszych i nas przyszłych! Czy Kasperowicz chce nam dać zadanie ulepszenia tej rzeczywistości, której jest uczestnikiem i bacznym obserwatorem? Kasperowicz kpi, ale z goryczą piołunu. Świat jakby krępował mocne ego poety. Widać to po niecierpliwym drganiu słów. Skąd u młodego, wykształconego człowieka aż taki zmysł obserwacji negatywnych, czy żalu za „rozlanym mlekiem zdarzeń”? Może i to i to, pewności nie ma. I dobrze! Jest oczekiwanie – co dalej z twórczością Piotra Kasperowicza i przyszłością świata, naszej maleńkiej planety pełnej życia, jednak na obrzeżach pędzących /dokądś/ galaktyk.

Czy zrozumiemy tę trudną poezję, splot myśli wykraczający poza wyobraźnię i lokujący się na wyżynach podświadomości? Więcej tu pytań niż odpowiedzi. Nie ma nic pewnego na tej planecie. Piszę te słowa po poważnym trzęsieniu Ziemi we Włoszech /24.08.2016/. Wokół bezsensowne wojny, terrorystyczne zamachy i różnego rodzaju tragedie pojedyncze, śmierć dzieci etc. Największą tragedią jest niepotrzebna śmierć choćby jednego człowieka. Poeta Wilhelm Przeczek z Zaolzia pisał: Kiedy umiera poeta, umiera świat. Nie ma odpowiedzi jak temu zapobiec, jak uniknąć. I po co cały trud życia?

Jednak mamy w sobie mocny pierwiastek /boski?/ chęci życia i nikt i nic nie może go zniweczyć. Chcemy żyć mimo lat, starości, chorób i przeciwności losu, które codziennie stają przed nami jak „kosy na sztorc”. Jest jednak maleńki dodatek niezbędnego i w życiu i w poezji. Wzmianka o miłości, bez której świat nie znaczyłby nic. Otóż w wierszu „Dominus iesus” pośród wymienionych wielu wad i nazw reżimów znajduję: /…/ nie wolno kochać inaczej, nie wolno kochać tak samo/…/, ale już w wierszu „Fundacje pomocy miłości” mamy zniewalające stwierdzenie: /…/ fundacje pomocy miłości wysyłające transporty humanitarne z bronią /…/. Nic dodać, nic ująć patrząc na wojny, które toczą się tu i teraz! „Okazy gniewu” – czy jest droga wyjścia? Którymi drzwiami? Kogo wybrać na przewodnika?

Tomik zdobią i jednocześnie łagodzą artystyczne ujęcia wielu drzwi /doliczyłam się dwudziestu/. Autor jest wybrednym koneserem sztuki. Z licznych podróży przywiózł wiele mówiące, fotografie drzwi zabytkowych meczetów, czy synagog. Drzwi to przejście, wejście lub wyjście i tajemnica. Tylko jedne drzwi są uchylone z widokiem na przyjazną zieleń ogrodu i prześwity słońca. Wszystkie drzwi urokliwe, osadzone w grubych, wiekowych murach, z delikatną, przedwieczną ornamentyką, szczelnie zamknięte. Czy sugerują tajemniczą osobowość autora, czy przesłanie, że mimo naszej wiedzy, wiele drzwi poznania prawd o świecie i człowieku jest jeszcze zamkniętych. Szczególnie do dobra w człowieku, a co za tym idzie do dobrego świata dla nas wszystkich. Minie wiele pokoleń zanim niektóre drzwi zostaną uchylone. Drzwi – to piękna, klasyczna symbolika mądrości, cierpliwości, nagrody. I pewno w tym celu uporczywie i z radością żyjemy i jesteśmy, nie mając wyboru światów, inteligencji i odległych galaktyk, gdzie niekoniecznie musi być lepiej.

W całości cytuję wiersz, który odbieram jako podsumowanie tomiku:

„Na wypadek skutków”

Za progiem ignorancji
za niezbyt urodziwymi drzwiami fałszu
moglibyśmy trwać w scenografii walki
na festyn uzbrojenia zaprosić duchownego
i szlachetne organizacje społeczne
na wypadek skutków
pogardy wobec człowieczeństwa.

Trudna to twórczość i jednocześnie prawdziwie i mocno akcentująca wszystko co powinno się w nas poprawić, naprawić, zmienić, aby świat nie uwierał nikogo i pozwolił żyć pełnią życia a jednocześnie zapewniał rozwój i bezpieczeństwo. Daleka droga…

Zdzisława Górska

 

Wiersze zawarte w tomiku „Poezja pękła” nie głaszczą, nie śpiewają kołysanek, a grzmią wszerz i wzdłuż jak trąby jerychońskie przed murem z betonu.

Podmiot liryczny, nie prosi, nie kadzi, nie przymila się uniżenie, ale wali pałą pomiędzy oczy, aby w oborze trzoda przestała: „…muczeć i stać…”  bezwolnie w gnojówce po pachy, po szyję, po łeb zakuty.

Niezwykła wrażliwość poety, wytoczyła oręż pióra przed szczątkową wrażliwość, aby ożywić świat na pół martwy, aby zazielenić drzewa. W mniejszości wierzy, że moc słowa ocali ludzkość od błędów wynikających z braku świadomego istnienia, a paradoksalnie wątpi w oręż poezji, o czym pisze w jednym z wierszy: „ubito pegaza„. Kolejna prawda, która kłuje w oczy smutną refleksją, że obecnie mniej są rozpowszechniane pieśni poezji, a bardziej popularne jest disco polo.

Moda na soczystą wołowinę w czekoladzie , w ślepym zaułku utkwiło zdziwienie – to płacz dziecka, który prosi o prosty chleb życia, zgodnie z ideologią człowieczeństwa.

Poeta w poczuciu misji ocalenia ludzkości, słowami manifestuje niezgodę na rzeczywisty stan rzeczy, w którym brak jest mądrości, miłości – podmiotu naszej drogi.

Zawdzięczając takim poetom, świat jeszcze istnieje, choć kolibie się na skalnej krawędzi. Czy zdoła Piotr zatrzymać czerwoną chorągiewką owczy pęd ku przepaści, gdy wieki nie zapobiegły, nie sprostały?

Małgorzata Ortmann

 

Poezja… o ludzkiej materii.

Lektura wierszy skłania do przemyśleń. Czytając poszczególne wiersze ma się wrażenie, jakby człowiek „pękał” od środka, podobnie zresztą, jak momentami, „pęka” język wierszy. Życie – człowiek – świat – dobro walczy ze złem. Zło z dobrem. Przy całej swojej buntowniczości, przy całej swojej jaskrawości, jest to poezja nie pozbawiona liryzmu.

Elżbieta Anna Podleśna

 

Tomik jest nieziemski. Trudny i zmusza do myślenia – jak zawsze odkąd poznaję twórczość autora. Nie jest łatwy w odbiorze. Szokuje i każe dostrzegać głębiny ludzkich zachowań i przekonań. Wywołuje uczucia w nieregularnej skali odczuwania. Prawda naszych zachowań wydaje się słuszna, aż do momentu przeczytania słów poety. Przychodzą takie chwile, które krzyczą jego widzeniem, stając się dramatem dnia codziennego wielu. To, w jaki sposób autor podaje nam swój punkt widzenia i odczuwania, można albo podziwiać albo odrzucić w pierwszym czytaniu. Kasperowicz będzie wielki! Może jeszcze nie dziś, ale będzie!

Alicja Cyran

 

To, co jest pewne odnośnie do autora i zawartości tomu, to język, którym się Piotr Kasperowicz posługuje i charakterystyczny dla niego zabieg tworzenia własnych związków frazeologicznych (jak chociażby: „mróz po pachy”, „elektrociepłownia absurdu”, „pierwiastki rozczarowania”, „maszynka do miękkości”, „gościnny pokój człowieczeństwa”, „mątwy usposobienia”, „sucha frakcja wyrazowa”, „sreberka cykliczności”) oraz słów, które kodują zupełnie inne obrazy, łącząc ze sobą różne rzeczywistości/perspektywy. A świat przedstawiany w „Poezja pękła w zamrażarce” jest światem pozornie spokojnym, rozleniwionym, pięknym. Pod powierzchnią lukru i różnokolorowych farb, uśmiechów i deklaracji uczuć, wiary, dobra i równie dobrych intencji mieszka odraza, ohyda, okrucieństwo i produkty przemiany materii. Piękno kontra piekło. I właśnie w tym momencie widzę, że to „krzesiwo uśmiechu” warto zachować, bo prawdopodobnie na finiszu będzie nam potrzebne.

SOR, czyli szpitalny oddział ratunkowy – odczytywany na nowo jako system ograniczonej radości jest wręcz sztandarowym sposobem pokazującym, jak Piotr Kasperowicz gubi stare znaczenia i na ich podstawie buduje nowe. Wszędzie tam, gdzie pojawia się znany obraz, zostaje on wzbogacony o nowy przekaz. Można czytać go łącznie lub rozłącznie. Autor zawsze pozostawia ten wybór odbiorcy.

Radość jest ograniczona, chociaż mamy podróże, gotowanie i przyrodę. Jednak okazuje się, że wszystkie te przyjemności, człowiek potrafi zniszczyć i obrócić wniwecz. Podróże – zarówno te dalekie, jak i te bliskie, te do wnętrza, i te poza siebie – kształcą i kształtują. Pozwalają nam na zmianę punktu odniesienia, poszerzenie horyzontu widzenia świata. W wersji idealnej w podróży lokuje się potencjał poznawczy, to narzędzie zwiększania tolerancji. Narzędzie przeceniane, bo zamiast transgresji, zamiast chwilowej mitygacji, zamiast negocjowania pozycji „ja” we wszechświecie uwzględniającym różnorodność, ludzie zaczęli podróżować zaraźliwie i zarażająco. Jadą „tam”, by zasiewać siebie i przemieniać „tam” w „tu”. Przy czym na tę chwilę wyjazdu, odpoczynku, oderwania od normy i zwyczaju, zamiast zdejmować maski i oddychać prawdziwą skórą, nakładają ich jeszcze więcej. Oszukują jeszcze bardziej. Ci spragnieni wiedzy, którzy nie wierzą już w bajki okazują się zwykłymi terrorystami, którzy niszczą, wojują i dokonują zmiany. Na gorsze, bo uśmiercającej.

Inne ograniczenia radości wynikają z połączenia gotowania i przyrody w tym specyficznym świecie za drzwiami – to, co wyraźnie wyłania się dla mnie z treści, odczytuję jako głos ekologiczny, rodzaj tęsknoty za… Weganizmem. I chociaż wiem, że Piotr nie jest „wyznawcą kuchni roślinnej”, nadal czytam jego wiersze poprzez pryzmat głosu obrońcy zwierząt. Te odniesienia do szlachtowania, krojenia na żywo bez walenia obuchem wizualizuję w przemyśle mięsnym. Analogie ze światem zwierząt hodowlanych zastanawiają. Czy dochodzi do antropomorfizacji zwierząt, czy autor zauważa pierwiastek człowieka w zwierzęciu? A może zdaje sobie sprawę z tego, że tylko norma kulturowa i tabu stoją na drodze do powtórnego uczynienia jednych ludzi podległych innym ludziom, bo przecież wszyscy jesteśmy zwierzętami – różni nas jedynie gatunek?

Zapiekanie, pieczenie, panierowanie, blanszowanie, gotowanie do miękkości, smażenie, krojenie, wekowanie – każda z tych czynności nie prowadzi do przygotowania czegoś smacznego, czegoś pożywnego. Łączy się natomiast z obrazami mordowania, szlachtowania, znęcania się. Autor pokazuje, że w tym świecie każda znana czynność prowadzi do zaskakującego odkrycia, że wszystko jest zawodem, rozczarowaniem, aż zacina żyły do ścięgien i serca otwiera przez żyły.

Ograniczeniem radości jest także przyroda, którą niszczymy (chronione gatunki roślin ciężko to znoszą). A niszczymy ją wojnami i postępem, a także brakiem refleksji nad wspólnym dobrem, brakiem wyciągania wniosków z przeszłości. Jednak to w pradziejach byli drapieżcy, dziś są tylko senne byty martwo ciągnione, które nie widzą i nie czują. Przyroda i natura konfrontuje się z technologią i uśpieniem – „sztuczne spulchnianie matki natury” i „bierność oddana na śmietnik”. Jednocześnie w przeciwieństwie do tomu „Łoskot drogi mlecznej” nie mamy tu wizji przyszłości. Świat jest leniwym, zawieszonym pomiędzy przeszłością a przyszłością biegiem wydarzeń lub bardziej powolnym marszem, spacerem bez celu. Świat jest przepełniony śmiercią, która jest jedyną prawdą i jedyną nicią, której nie potrafimy wypruć z podszewki natury. To nas łączy i jednoczy: „idea wiecznego powrotu”.

Ludzie udają miłych, uczynnych, chętnych do pomocy. Kłamią jednak, by stworzyć krystaliczny obraz siebie dla innych i dla własnego lepszego samopoczucia. Dziurawe dusze łatają tak, by nikt nie zauważył dziur i przerzedzonej osnowy. Toczą wojny, są nietolerancyjni, nie akceptują siebie, a co dopiero marzyć, by akceptowali jakąkolwiek inność. Zakłamanie i obłuda – tego możesz spodziewać się po otwarciu pięknych drzwi. Tym są drzwi – fasadą, która oddziela cię od „p r a w d y” o drugim człowieku.

Najgorsza jednak i najbardziej nieznośna jest pogarda. Im jej więcej, tym świat staje się oślizgły. Tym bardziej się stacza w otchłań piekła – z piękna do piekła, bo piękno jest kłamstwem powtarzanym, podmalowywanym dla niepoznaki. Czy piękna faktycznie nie ma?

Myśli rozkładają się – tak jak fundamentalne prawdy, wiedza, mądrość i objawienia. Wszystko to dla kogoś innego, nie dla tego, kto poszukuje w życiu czegoś więcej. Pozostaje odór – wiersze Piotra mają potężny potencjał olfaktoryczny. Nie wiem jednak, czy gdyby przedstawione zapachy były nam dostępne, dalibyśmy radę przez treść przebrnąć bez masek gazowych. Wiersze Piotra mimo pojawiania się markowych perfum i „spa” po prostu śmierdzą: wilgocią, śmietniskiem, obornikiem, „gnojówką do komór pompowaną”krwawiącymi truskawkami”, mięsem, wojną, przemocą i rozkładem, wreszcie śmiercią.

Tym razem autor nie przebiera w słowach: „jestem radością – jestem kurwa radością” – powtarza. Bez skrępowania korzysta ze słów powszechnie uważanych za obelżywe. Nie kryguje się, bo poruszane tematy wymagają mocnych określeń, ale wynikają one z niemocy. Jesteśmy o krok od rewolucji, o krok od przebudzenia. „Powstrzymaj rozczarowanie dnia powszedniego w nieheroicznym świecie, który wymaga dużych nakładów na produkcję magii”. Wymaga też pozbywania się części przeszłości. To, co z niej zostaje, to pomówienia. Dlaczego pozbywamy się tej lepszej i bardziej rozumnej części siebie? Skąd gotowość do wsłuchiwania się w „pokojową propagandę kału”?

Ufamy maszynom do produkcji splendoru. Wsłuchujemy się w ich dźwięki. A dźwięki te możemy w wierszach Piotra Kasperowicza usłyszeć. Jesteśmy pomiędzy hukiem a ciszą. Raz świst kul i bomb rozrywa powietrze, innym razem subtelne dźwięki natury napełniają nas spokojem. Znowu huk młotów i pił, a następnie szum morza pozornie obojętnego na człowiecze działania. Znowu krzyki, wrzaski, po czym ciche zawodzenia i śpiewy, modlitwy, wreszcie cisza.

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autorki:
Łucja Lange


Żadnych gwałtownych ruchów – wiersz multimedialny

LINK DO WIERSZA
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Najmniej możliwości w portalu – wiersz multimedialny

LINK DO WIERSZA
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ – tomik

Kosmiczna w formie książka poetycka, przy czym absolutnie ludzka
w uczuciach. O ogromnej miąższości sarkazmu dla przestrzennych odzwierciedleń symptomów życia. Obnaża mechanizmy tworzonych
w wyobraźni budowli, na gzymsie zmysłów. Wszystko w atmosferze wiecznego łoskotu Drogi Mlecznej, na przekór potocznie toczonym słowom, które są tylko pyłem na wietrze, a pył wyklucza kontrast.

 

„Łoskot Drogi Mlecznej”
ISBN 978-83-7606-552-6
Ilustracje: Adam Fiala
Wydawnictwo Miniatura
ul. Barska 13/1
30-307 Kraków
tel. 12 267-10-39
Kraków, 2013
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Ręcznie robione, błyszczące jak kombinezon astronauty, oryginalne wydanie w twardej, odpornej na czynniki zewnętrze oprawie. Ilość stron: 48. Ilustracje bardzo kolorowe. Do zamówienia pocztowo lub telefonicznie w Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa, u wydawcy: miniatura[at]autograf.pl, lub bezpośrednio u autora: kasperl[at]tlen.pl

Łoskot ban1

Łoskot ban2

Łoskot ban3

Łoskot ban4


Recenzje/impresje:

„Pozwolę sobie przenieść zainteresowanych poezją, w nurt młodej poezji polskiej, ściślej krakowskiej. Lubię w poezji wiersze, o nowoczesnej strukturze, skonstruowane jakby jednym tchem, na wdechu, nad którymi trzeba pomyśleć dłuższą chwilę, aby odkryć sedno skondensowanych wersów. Tomik Piotra Kasperowicza zatrzymał mnie w czasie mocno napiętym i niezbyt łatwym. Zafrapował jednak zupełnie czymś nowym, w strukturze wiersza i postrzeganiu współczesności. Lektura wierszy przypomina wspinanie się po tatrzańskim szlaku, mimo, że wymaga wysiłku i uwagi –  sprawia niezwykłą przyjemność. A jaki szeroki horyzont!

Po lekturze wierszy o zaskakującym tytule „Łoskot drogi mlecznej” poczułam pewną bezradność słysząc w tym tytule nieodkryte dźwięki z oddali świetlnych lat. Niektóre do nas żyjących nie dotrą w tym bycie, a mogą być mocno hałaśliwe, porażać lub zachwycać kosmicznym pięknem. Może to być również droga mleczna naszych przeładowanych „dróg szybkiego ruchu” i mocno skomplikowanych scenariuszy życia. Jedno i drugie poważnie zapętlone w czasie.

Niełatwo jest przejść przez gęsto zabudowane nośnym słowem wersy. Żadnych przerw, wyjaśnień, łączników. W mocno metalicznym i skondensowanym konstrukcyjnie świecie szukam pointy i mocnych przeżyć. Są. Znajduję. Ale jakże ukryte w misternej tkaninie wyobraźni. Wiersze przypominają konstrukcję wieży Eiffela, unoszącą się ponad. To „ponad” brzmi jak w tomiku J. Przybosia „sponad”. Z góry widać więcej i większy lęk /Zdzisława Górska/. Pełne celnych obserwacji  spojrzenie na ten dół. Splątany. Niezbyt uczciwy. Do bólu wykreowany. I co tu dużo mówić – od dawna – wrogi i nieludzki.

Psychologiczny rozbiór wnętrza człowieka nie wychodzi nam zbyt pozytywnie, przez swoją słabość, chwiejność, brak kierunku i konsekwencji w działaniu. Obserwacja poety przeraża swoją dokładnością, ironią i dosadnym cięciem. Podzielam – człowiek – istota niedoskonała, a we wnętrzu…?!

Autor szuka doskonałości, ale jakże inaczej, dokładniej.  Uczy, wskazując wady. Każdy wiersz ma ukryty podmiot liryczny. U Piotra Kasperowicza ukryty za szczelnymi żaluzjami wersów wypełnionych mocnym słowem. Ale za murem słów ktoś wrażliwy szuka stale sensu i tej zwyczajnie ludzkiej miłości. Ujawnia się pod koniec tomiku i ja oddycham z ulgą. Autor jest wrażliwy, opanowany /i erudyta i bojownik/, którego rozpiera młodość i nęci zmiana świata, myślę, że na lepsze. „Milczące obrazy trwania” to jakby jedyne odsłonięcie siebie. Całe to ożebrowanie, ostre żaluzje nie dopuszczające światła do wewnątrz, zmuszają do wędrówki labiryntami pojęć, zwątpień, irytacji. Ale „Milczące obrazy trwania” odsłaniają sens tej poezji. To jakby w klatce Bretona /azbestowej zresztą/ płonęło serce. Bystre obserwacje świata rozwichrzonego, bez kierunku, gdzie wszystko wolno i niczego się nie musi – przed tym przestrzega autor w bardzo dokładnie skomponowanych wierszach.

Grafiki Adama Fiali doskonale korespondują z poezją Kasperowicza. Kolorowe, dynamiczne postaci – jeszcze ludzie, już roboty, czy kosmiczni goście/?/ walczą, bronią się czy radują. Zmagają się z rzeczywistością, podobnie jak my.

Proponuję wiersz /Droga Mleczna/, który nieco wyjaśnia mocny tytuł tomiku.

Cytuję kilka wysublimowanych wersów, które mogą być aforyzmami:
„[…] pamięć nie obraca się wniwecz
a niwecz lubi powracać ze złością ” /Otwory/,
albo
„[…] terytoria pozostaną nienaruszone ponownie ” /Terytoria uczuć/
„ […] niewysłuchane prośby targają dogmat nieba ” /Wyczekuję chwili/

Na koniec w całości, krótki, aktualny wiersz „Wielka opozycja” .

Nie ma nic niepojętego. Myśl jest równie przejrzysta jak kryształ” /Comte de Lautréamont/ – I chyba to chce nam przekazać autor „Łoskotu drogi mlecznej”. Zmienimy siebie, zmieni się świat? Zapewne taką prawdę mana myśli autor operujący słowem w naszym umyśle jak rzeźbiarz dłutem.

Z przyjemnością prezentuję Państwu tę młodą, zaangażowaną we współczesność i losy świata – poezję. Młodość jest jej atutem, ale wiedza, erudycja i wrażliwość zdecydowanie przeważa. Cieszę się, że mogę o tym napisać, życząc młodemu, krakowskiemu poecie wielu doznań w podróżach nie tylko kosmicznych, ale drążących umiejętnie skomplikowaną współczesność w dość trudnych, ale prawie matematycznie dopracowanych wierszach. Czy to nowy kierunek poezji? /…/ w świecie zapędzonum do utraty tchu? /Zdzisława Górska/.”

Zdzisława Górska

Recenzja została opublikowana w Miesięczniku Samorządu i Towarzystwa Miłośników Ziemi Strzyżowskiej „Waga i Miecz” na stronach 25/26
oraz w Czasopiśmie Samorządu Gminy Błażowa „Kurier Błażowski” na stronach 68/69

 

„Ten tomik nie jest łatwy w odbiorze. Uwiera. Mami ekscentrycznością, która na nim błyszczy jak folia aluminiowa. Jest trudny do oswojenia. Kosmiczny. Jak przybysz z obcej planety. Zjawia się nagle w żaroodpornym skafandrze i w swoim własnym języku zaczyna wysyłać sygnały dźwiękowe. W tym jego komunikacie jest sporo zakłóceń, szumów i trzasków, toteż trzeba się dobrze wsłuchać, żeby usłyszeć przekaz. Ale to tylko kwestia słuchu odbiorcy.
Uprasza się wyregulować odbiorniki!

Te wszystkie zakłócenia, ten cały arsenał środków, ten „łoskot” te „lasery”, „intersekcje punktów centralnych”, „trolle internetowe” i „reklamówki” to tylko kostium! Tylko zasunięty pod szyję skafander kosmity. Na szczęście nie dość szczelnie, aby nie można było pod nim zobaczyć (dotknąć??) żywej tkanki. W każdym wierszu jest klucz, jest wskazówka, która tłumaczy sygnały. Na przykład:
– ,,wzory wyobraźni zdradzające dziecko” ( str. 7)
– ,,jątrząca się rana z tych które zadaje się tylko raz” ( str.15)
– ,,w perspektywie nowe źródło bólu” ( str. 16)
– ,,samotność zadawana tłumem” ( str. 17)
– ,,czasem jesteśmy narzędziem działania najwyższej siły a czasem tylko narzędziem jedynie naczyniem na krew” ( str. 19)
– ,,ból łamie mój głos” ( str. 23)
– ,,nie wysłuchane prośby targają dogmat nieba” ( str. 23)
– ,,odwołano uzdrawiającą moc umysłu” ( str. 30)

To wszystko są tropy, tematy i pytania, które poezja zadaje od wieków i będzie je zadawać w złudnej nadziei na odpowiedź. Będzie je zadawać nawet bez nadziei. Spod aluminiowego skafandra kosmity wygląda człowiek uwikłany w odwieczną zagadkę bytu i własną biologię. Skazany na inność mówi o bólu, samotności i przemijaniu. O utracie i nieuchronności.

W pewnym wymiarze przekaz tomiku jest tragiczny, jednak – co mnie bardzo cieszy! – odkryłam światełko w tunelu: ostatni wiersz, który jest dla mnie zawsze ostatecznym rozstrzygnięciem, w którym kierunku mam dalej iść. Kosmita w nim mówi: ,,Pozbieraj odpady światła… I tego mam zamiar się trzymać.”

 Emma Ernst

 

„Osobliwa lektura, autor pisze bardzo inaczej niż inni. To oczywiście plus. Bez wątpienia z takim językiem i tonacją poezji jeszcze się nie spotkałem. Są to wiersze całkowicie „odliryzowane”, a więc niepodobne do tych wszystkich, z jakimi na ogół mamy do czynienia. Dużo tu dyskursu i myślenia. W gruncie rzeczy autor buduje socjo-aksjologiczną wizję naszego czasu i jego zdehumanizowania. To są takie traktaciki definiujące świat coraz bardziej kłócący się z tradycyjną koncepcją ludzkiego ładu, tożsamości i spełnienia. Dosyć ponury obraz, ale znakomicie oddający zawieruchę naszej epoki i rozmaite wynaturzenia. W tej mierze jest to poezja mówiąca o sprawach ważnych i stanowiąca jakiś protest. Tak więc ogromny plus dla poety.

Mam jednak także obawy… To poezja pisana tak nietypowym i „gęstym” językiem, że mało kto się w niej połapie. Sam miałem kłopoty ze zrozumieniem niektórych jej partii, ponieważ nie przez wszystkie fragmenty „kodu językowego” umiałem się ze zrozumieniem przebić. Sądzę, że ten język autor powinien jednak bardziej uprościć, rozjaśnić, bowiem jego komunikatywność bywa w wielu momentach nieodgadniona.

Jaki morał? Taki, że poeta mówi sprawy ważne i istotne. I że do bardzo niewielkiej grupy one się przebiją, ponieważ „narracja poetycka” jest na tyle trudna, że jej komunikatywność ograniczona. Więc autor może ugrzęznąć w swojej niszy na amen. Ale niech robi swoje, bo na pewno jest inny i o wiele bardziej oryginalny niż cała ta „poezja stadna”, która nas zalewa.”

Leszek Żuliński

 

„Każdy wiersz jest inną historią, w której znajdziemy sporą dawkę cynizmu, ironii, smutku, bywa też brutalnie, gdyż prawda ukazana przez autora ma to do siebie, że potrafi ranić. Każdy z wierszy to także wyprawa na nieznane lądy, kosmiczne planety, to też groźna cela naszej uwagi, pochłaniacz czasu na długie godziny intensywnego, acz nie wymuszonego, a pobudzonego myślenia. To wzdychanie i łezka w oku. Momentami szok i oszołomienie – nie raz autor uderzył mnie bejsbolową pałką prosto w potylicę. Liczne metafory, które początkowo wydają się formami niezrozumiałymi, po jakimś czasie dają się pogłaskać, zaczynają uśmiechać się do nas z zaufaniem, tak abyśmy mogli spokojnie dojść do naszej interpretacji. Jest to operacja długa, jednakże bardzo owocna.

Poeta poprzez “Łoskot drogi mlecznej” pokazuje nam, jak dobrym jest obserwatorem szarej codzienności tłumu, jednostki zagubionej w dzisiejszym świecie owczego pędu po trupach. Poznając wiersze zamieszczone w tej książce czułam ograniczenia ciasnych schematów, w których przychodzi nam się dusić, a nawet umierać z niedotlenienia, gdyż sami nawet nie zauważamy, jak bardzo wąska jest przestrzeń naszych uczuć. Praktycznie jej brak.

Wierszom nie brakuje melodyjności, abstrakcja wynurza się z kolejnych wersów, omotana niekiedy prostotą wyrazu. Za każdym razem podmiot liryczny kwaśno się do nas uśmiecha, wskazując na z pozoru najprostsze błędy jakie popełniamy w życiu. Zamiast być ludźmi zachłannymi na uczucia, doznania i poznanie tego co nas otacza, gubimy swój dziecięcy zapał odkrywcy, co czyni nas zimną częścią struktury szybkiego świata. Robotami z trybikami nastawionymi na produkcję kolejnych ofiar walki o bytowanie, nie zaś dzielenie się emocjami.

Każdy odnajdzie w “Łoskocie drogi mlecznej” kawałek siebie, może nie tak drastyczny, jak wyprane z życia roboty, ale chociaż mały pierwiastek z pewnością ukrywa się pomiędzy wersami. Każdy też na chwilę przystopuje, zastanowi się, przez krótki moment zapatrzy niewidzącym wzrokiem w okno. Może przekaz poety zostanie w nim na dłużej? Obudzi z letargu nijakiej egzystencji? Wtedy zapewne książka poetycka Piotra Kasperowicza spełni swe zadanie.”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autorki:
Monika Gała

Nieustający kurs kolizyjny” […]. Piotr Kasperowicz wie co pisze. Konstruując zawiłe kompozycje słowne może nieco odstraszać egzaltacją, powszechnie stosowaną hiperbolą, ale jednak przykuwa uwagę. Moją rzecz jasna, bo Waszej wcale nie muszą. Ale gdybym nie chciał, nie sugerowałbym byście po nie sięgnęli, nie pisał bym o nich.

Pod enigmatycznym tytułem „Łoskot Drogi Mlecznej” ukrywa się bunt. Poeta kontestuje rzeczywistość.
„Projekt cynika” znajdujący się na stronie szóstej, dobitnie o tym świadczy.

Na pierwszy rzut oka dostajemy do ręki bełkot. Choć dość często forma przerasta treść, która tonie w hermetycznym zalewie metafor, da się tu i tam wytrącić sens. Rzecz jasna nie wszędzie, bo co rusz rozbijamy się o mur. Jednak znaleźć można w nim wyłomy, przez które podejrzeć można to i owo. I dla tych smaczków, kilkunastu/kilkudziesięciu dziesięciu perełek semantycznych warto się przy nich zatrzymać.

Otworach autor poddaje krytyce postawy obywatelskie, współczesny model myślenia, zagubienie w świecie, nielogiczność działań. Z jednej strony szaleństwo, z drugiej – kompletna stagnacja i ignorancja. Wygoda. Żadnych gwałtownych ruchów, czegoś, co zburzy fikcyjny ład.

Świat w tej poezji jest papierowy, niepełny, wybrakowany. To próżnia, którą ktoś zapełnił znakami o wątpliwej jakości. Zafałszowany obraz należy czym prędzej urealnić, pokazać, że w istocie król jest nagi. Ludzie z drugiego sortu Boga, bohater zbiorowy Łoskotu i jego odbiorcy, z pełną świadomością oddają się zatracie. Brak nadziei jest wszechogarniający, nihilizm tylko go karmi.”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autora:
Krzysztof Chmielewski

 

„Wzięłam do ręki srebrny tomik – teleport do świata równoległego. Wiem, co zastanę jednak chcę po raz kolejny tam pójść.

Stoję na wielkiej górze usypanych pośrodku zgniecionych papierzysk, zapisanych kartek, pożółkłych brulionów, pomarszczonych okładek niebieskich zeszytów. Szeleszczą niczym zaschnięte liście, kiedy z wysiłkiem odgarniam je, by otworzyć drzwi kolejnego wiersza.

Niezmierzona, szara, przerażająca przestrzeń niepokoju poszatkowana żeliwnymi słupami wartości naczelnych. Od odrapanych ścian odbija się głuche echo buntu prowokująco wrzeszczące. Wiatr nieoczywistości świszcze w wielkich oknach pomiędzy zardzewiałymi ramami bez szyb.

Trudne. Początkowo spore wyzwanie dla mnie, jako czytelnika nieprzyzwyczajonego do potraktowania poezji słowami kanciastymi, jakby nie do wiersza. Niemiękkie, czasem bardzo ponure metafory to wędrówka przez kręte ścieżki i strome urwiska rzeczy ujętej wprost lecz nie wprost. Szczęśliwie przestrzeń pomiędzy wersami duża, a w niej zaułki w których można na chwilę przysiąść i odnaleźć własne odcienie kolorów jakimi Autor pomalował swoją krainę.

Wiersze niebanalne, interesujące, szorstkie, wyzywające. Wymagające. Czasu, przestrzeni, cierpliwości. Otulenia i ciepła.”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autorki:
Pani Szalo

 

„Pięknie wydana, elegancka książka pełna poezji z innego wymiaru. To wiersze, do których wraca się wiele razy. Innowacyjna, twórcza, niebanalna forma powoduje, że każdy wiersz jest wyjątkowo ciekawy. Wielość interpretacji, mnogość parafraz użytych w tekstach jest nieprawdopodobna. To poezja inna od tych, które dotąd czytałam. Zadziwia gra słów i wielorakość znaczeń, a także prostota połączeń językowych. Czytasz a za każdym razem, gdy wracasz do danego wiersza, wciąż odkrywasz w nim coś nowego.

Wydanie jest przepiękne, okładka w fakturowanym srebrze, papier bardzo dobrej jakości oraz efektowne, niecodzienne, niebanalne ilustracje. Polecam książkę – autor młody, bardzo wrażliwy i twórczy, z ogromnym dystansem do świata i zjawisk w nim zachodzących, a także wnikliwy obserwator. Zadziwia poczuciem humoru umiejętnie wplecionym w misternie uwite wersy. Zachęcam serdecznie, w sam raz na jesienne wieczory, świetna na niebanalny prezent.”

Renata Świeściak

 

„Ta poezja jest dla mnie naprawdę szczególna, tak wyróżniająca się swoją oryginalnością. Jakby na przekór „technicznym” słowom odnajduję w niej coś z mistyki. Stanowi bowiem wyjątkowe połączenie materii i ulotności. Mam też wrażenie, że jej miejscami „metalowy” język jest świadomą prowokacją w kierunku swoistej filozofii. I nie jest to bynajmniej, jak to nazywam, „zimna i twarda” filozofia, ponieważ pojawiają się w niej struktury bardziej subtelne, wypływające z uczuć. Krótko pisząc – wielce interesujący miraż. I naprawdę niewielu twórców potrafi tak wyraźnie odcisnąć na słowie swój znak firmowy. To jest poezja jedyna w swoim rodzaju!”

Katarzyna Kowalewska

 

„Poezja ma do to siebie, że ciężko ją zdefiniować i zamknąć w jakiekolwiek ramy. Poezją może być wszystko co ma wersy, strofy, czy chociażby pojedyncze słowa. I za każdym razem, gdy czytam poezję, staram się – po pierwsze, zrozumieć czytany tekst, po drugie, odnieść go do swoich przeżyć, po trzecie, czerpać z niego przyjemność i po czwarte, ma wyrażać emocje. Niestety, czasem tak jest, że trzy pierwsze elementy nie występują i wtedy całą sytuacje ratuje czwarty element. A jak już zabraknie ostatniego, to nie ma przebacz. Skreślam dany utwór i już do niego nie wracam.

Więc jaki jest tomik wierszy „Łoskot drogi mlecznej”? To nie jest poezja dla każdego. Ba! Śmiem stwierdzić, że jest to poezja dla wąskiego grona wielbicieli takiej formy sztuki. Wiersze wydają się być pozbawione sensu, a każdy wers jakby był wycięty i przypadkowo wstawiony w inne miejsce. Jednakże po kolejnym „wczytaniu się” można ujrzeć, to co autor miał na myśli. Bardzo długo zajęło mi to, bo po prostu nie da się usiąść i w ciągu jednego wieczoru połknąć tego tomiku. To nie jest kolejny teleturniej, który brzmi znajomo, ani żaden taniec z idolami.

Bardzo się męczyłem przy czytaniu, choćby najkrótszego utworu, jednak industrialno-fantastyczne obrazy człowieka wciśniętego w ramy tego świata nie pozwoliły tak szybko odejść. Niechęć i podziw dla autora mieszały się ze sobą tak skutecznie, że zwątpiłem w swoje kryterium w pierwszym akapicie. Ciężko było zrozumieć wiersze, trudno mi było odnieść się do swoich przeżyć i nie czerpałem z tego przyjemności. A jednak czytałem je i patrzyłem na obraz człowieka, pełnego automatycznych odruchów, zaprogramowanych uczuć, łaknącego tę papkę, która jest nam ciągle wciskana w prasie, telewizji i radio. Również człowieka kreatora, który tworząc mitologiczne, sakralne, kulturowe dziedzictwo sam się na nie skazał, podnosząc wysoko poprzeczkę. I autor ukazuje te różnice.

I również ta poezja ma minusy. Jak już napisałem wcześniej, jest trudna w odbiorze i potrafi zniechęcić na samym początku. Kilka razy miałem ochotę odstawić w kąt i nie wracać do niej. Kolejnym minusem jest trudna interpretacja danego utworu. Czasem jakby autor przekombinował i chciał za dużo zamieścić w jednej chwili.

Podsumowując, w tym tomiku zachował się ostatni element mojego zestawienia czyli emocje. Wachlarz emocji od negatywnych do pozytywnych, czasem miesza się ze sobą powodując specyficzną mieszankę. Czasem ciężkostrawną, ale w głębszym odczuciu pożywną dla umysłu.”

Emil Śmistek

 

„W tomiku zauważyłam myśli szerokie, wędrujące daleko, bez ograniczeń przestrzeni. Poczułam krzyk niezgody człowieka wrażliwego niczym dziecko, na zlodowaciały klimat czasu obecnego. Czy kiedyś, na przestrzeni wieków, było inaczej?
Autor dociekliwie walczy mocą słowa o porządek rzeczy pierwszych na planecie Ziemia. Don Kichot z La Manchy?
Niezgodę na chorą rzeczywistość jaskrawo widać w każdym słowie, wersie, wierszu, ale zauważyłam, że dar bogatego wnętrza jest przekleństwem. Chłód wszechświata potrafi ozionąć, pozbawiając radości życia. Bezpieczniej, spokojniej patrzeć jest na świat jednym okiem.”

 Małgorzata Ortmann

 

„Pierwszy raz z poezją Piotra spotkałam się z piętnaście lat temu. Wysłał mi wybór swoich tekstów do publikacji. Przyzwyczajona do prostych (czy typowych dla moich kręgów) metafor odpadłam chyba w drugim wersie. Najprościej było rzucić cholerstwo w kąt i zrzucić na autora bombę pt. „zmanierowany grafoman, co pisze kiczowate, hermetyczne bzdety”, ale jakoś na drugi dzień poczułam, że te dwa przeczytane wersy zaczęły kiełkować. Zrobiłam więc kolejne podejście: hermetyczny, obco brzmiący obraz rozwarstwił się i stworzył pryzmat. Kolorowy pejzaż, który za każdym zamknięciem powiek zmieniał się. Wiersze połknęłam koniec końców, jak wąż – swoim bogactwem cieszyły mnie przez długi czas. Wreszcie były czymś sycącym, czymś dalekim od typowości. Myślę, że właśnie to było jedną z przyczyn utrzymania znajomości z Piotrem. Jego poezja zawsze była (i jest!) dla mnie niezwykłym przeżyciem. Chociaż nie jest to doświadczenie proste i niewymagające.

Język, którym posługuje się Piotr Kasperowicz zbudowany się z dość specyficznych metafor, alegorii, eufonii, obrazowych ekwiwalentów emocji, onomatopei, echolalii, neologizmów, paraboli, elips i asonansów przefiltrowanych przez osobowość autora. On nie tylko pisze tak poezję, on tak mówi. To nie jest maniera, tylko cecha specyficzna dla tego osobnika. Fleksja i dziwna typografia tekstów ma na celu wzmocnienie ikonicznych funkcji słowa. Autor prowadzi monolog wewnętrzny, nie tylko mówi o życiu, ale chce je odtworzyć. Splątany i niejasny na pierwszy rzut oka zapis wizji jest znakiem przeżyć indywidualnych o podobnej strukturze. Nastrój zostaje zaszyfrowany w ciągu obrazów przypominających widzenie senne. Dotarcie do sfery podświadomości i spotkanie z uwolnioną energią psychiczną ma na celu przezwyciężenie duchowej i społecznej alienacji. Jeżeli komuś teksty Piotra „nie leżą w uchu” – musi albo przywyknąć, albo sobie odpuścić. To nie są i nigdy nie były teksty dla każdego (mało kto takie pisze, o ile ktokolwiek). Wyrastają poza swój czas i poza akceptowalną normę – są szczere, autentyczne, intrygujące i głębokie emocjonalnie… Dla mnie. Jak już wspominałam, osoba odbiorcy tekstu ma tutaj równie duże znaczenie, co osoba twórcy.

Autor (…) posiada ciekawą umiejętność zastawiania słów i tworzenia nowych znaczeń. Nie spotkałam się z podobną umiejętnością (może poza twórczością futurystów). Igra dwuznacznościami (zwoje izolacji – jako zwinięta izolacja, jako zwoje mózgowe pokryte izolacją, jako izolacja w sensie odosobnienia zwiniętego w kłębek, a to tylko trzy możliwości, które przychodzą mi na myśl). Wymusza czujność czytelnika. To poezja-łamigłówka, ale jeżeli poszukam uważnie, znajdę swoje magiczne sentencje, które zapiszę w pamięci, a później będę sobie z tych słów czarować obrazy i emocje.

Po przeczytaniu „Łoskotu drogi mlecznej” stworzyłam dla siebie model świata, po którym mogę się poruszać, by odkrywać kolejne znaczenia poezji Piotra. Jest on konstrukcją przypominającą obraz z filmu „Matrix” – jedna wersja dla wszystkich, inna dla tych, którzy się wyłamali. Widzę więc przestrzeń czystą, niemal sterylną – ta sterylność jest nienaturalna, stworzyła ją chemia i detergenty, którymi myjemy się także od środka (chociaż woda do chrztu jest akurat bez detergentów). Mieszkańców tego świata pochłania konsumpcjonizm („kupowanie sprytem”), pustosłowie i industrialność. Nie radzą sobie z pojedynczymi emocjami, czyszczą więc swoje umysły. Później chłoną plastikowe surogaty emocji i defekują. Pustka jest bezpieczna – nie boli, nie wymaga. Wysokie budynki, skrzące się w słońcu („żyletkowe wieże z betonu i stali z widokiem na świat”). A w budynkach ludzie, trybiki, korporat, praca, technika, mechanizacja.

(…) Ludzie tutaj pozbawieni są umiejętności rozmawiania, wyrażania siebie i swoich emocji. Także dlatego, że już się ich pozbyli, przyjmują zastępniki. Ci ludzie są jak istoty po kataklizmie („ludzkie produkty”, „ciało gorejące chemią”) lub wojnie nuklearnej – zdeformowani od środka i od zewnątrz („garbata modelka z agencji Hades ma kosi trawnik”). Walczą o swoje piękno i zdrowie – tak siebie widzą. Chcą pozostać wiecznie młodzi. Wiedzą jednak, że przemijają – chociaż „wiedza może nic nie znaczyć”. „Duchowy głód miażdży”, więc uprawiają „filozofię dla ubogich”. Starają się walczyć o swoje szczęście, chociaż nie mają pojęcia, czym ono jest. Czy szczęściem są opisywane w kolorowych magazynach rzeczy, czy może brak cierpienia, czy może pustka, do której dążą od dzieciństwa hodowani w bez emocji, podlewani toksycznymi relacjami?

Mówimy o świecie, w którym mistyka pozostaje już tylko słowem, bo nie ma wiary ani nadziei, ani miłości. Są za to „ortodoksyjne wyznawczynie wiary w nic wielkiego” i „panny drugiego sortu”. Bóg spogląda z góry („anachroniczny Bóg domu starców”), z oddalenia i chyba czuje ulgę, że nie uczestniczy w życiu tych zdegradowanych istot – „gołodupców na cmentarnym polu minowym”. Cieszy go pokazywanie nam „boskiego podszycia”, bo zdaje sobie sprawę z poziomu naszego okrucieństwa, zna nasze podłe sztuczki, tę „ludzką płyciznę” i wszelkie „wzniosłe wątłości”. Człowiek jest tu raz narzędziem, raz naczyniem. Nie ma mocy sprawczych.

Na poszczególnych poziomach pojawiają się bardziej szczegółowe obrazy rzeczywistości. Praca w tym świecie, podobnie jak w naszym, ma duże znaczenie. Każda jest tak samo ważna lub nieważna – przeliczana na roboczogodziny, oczekiwania, sukces, fachowość, dresscode i „ambicje zwinięte w kłębek”. Ludzie pracując, nieustannie podlegają „strategiom manipulacji” muszą przynależeć, inaczej znajdą się w niebezpiecznym dla siebie miejscu, poza społeczeństwem. Nieprzystosowanym grozi właśnie wyłączenie i „bezrobocie”, nie grożą im już baraki, obozy i magazyny, raczej bezosobowy karton („kartony pustki”, „karton radości”), samotnia na ul. Chłodnej, tymczasem na ulicy Szczęśliwej warte zauważenia są jedynie psie kupy. Z jednej strony pracować należy, z drugiej brak pracy w powszechnym rozumieniu pozwala na dostrzeganie czegoś do tej pory niezauważalnego.

Ten świat jest bardzo techniczny – dużo w nim fizyki, chemii (niebieski laser, załamane światło, nieodwracalne reakcje, trwałość wiązań warunkowana przez czas) oraz informatyki (ochrona hasłem, łamacz kodów). Są też ślady „okrężnych wiaduktów”, „rozjazdów obłudy” czy „kursów kolizyjnych”. Wszystko spowija otulina, która spowalnia poślizg. A poruszać można się tutaj jedynie w dół. Wszystkich czeka spadanie, upadek i wreszcie izolacja.

Hipochondryczny jest ten świat i bolesny. Kult młodości prowadzi do „kaleczenia chemią”, bo starość jest nieatrakcyjna. Odmrożenia, przymarznięcia, cysty, zatrucia, jątrzące się rany, zgorzele, wykwity, sińce, gruczoły, wylinka i wydzieliny, do tego ból fantomowy, zaćma, „grzybiejące stopy”, czy „połamane ramiona” mogą zostać uleczone „pastylkami z czaszką”. Umęczone, udręczone ciała, obarczone wadliwym materiałem genetycznym „spacerują w spalinach”. Ludzie są ślepi. Różne problemy narządu wzroku sprawiają, że ostatecznie „oczodoły chronią wnętrze”. To samo, które wcześniej chemicznie oczyszczono, by nie tworzyły się „przerzuty bliskości”.

Tak bardzo ludzie tutaj pragną szczęścia. Poszukują go wszędzie. Po latach doświadczania życia dochodzą do wniosku, że coś z nami jest nie tak. Palą mosty, nie oglądają się za siebie – zapominając, że to w przeszłości może znajdować się klucz do przyszłości i upragnionego szczęścia. Bez zrozumienia siebie, mogą nie osiągnąć celu. Gdzieś podświadomie rozumieją, że droga liczy się od punktu A do Z i wykasowanie jakiegoś jej etapu tylko gubi, mimo to nie pracują ze sobą ani tym bardziej nad sobą.

Tkwią w przeświadczeniu, że trzeba się dobrze urodzić, by coś osiągnąć. Do tego  dochodzą „presja wychowania” i uszczęśliwianie innych, narzucony brak emocji, „bierność łamiąca wolę”. Wiedzą, że „młodość nie przychodzi łatwo”, więc ją przeczekują i „praktykują autoagresję traumy”, krzywdząc siebie i innych. „Rozcieńczeni w czasie” dokonują „higieny intymnej u psychoterapeuty” skarżąc się na relacje rodzinne i „cięcie piórami przeszłości”, tej samej, której się pozbyli. Te „wyiskane z czułości dzieci” nie radzą sobie w życiu – kupują „szczęście na kredyt”, jako obietnicę lepszego jutra, kuszone iluzją plastiku.

(…) czytaj dalej pod filmem

Nie sposób żyć bez świadomości – jeśli już raz zobaczy ktoś „sedno własnego mroku” i „szczeliny światłego umysłu”, świat zmieni się. Mądrość nie ma w tym świecie wartości, powstają „almanachy pierdół” z może jednym ważnym słowem. Być może jest to słowo z tych, które podczas odpływów leżą na brzegu morza? Powierzchnia słów jest spierzchnięta, bo to „słowa posuchy”. „Zębowiny pamięci” zapuszczają korzenie i dostrzegalny zaczyna być „oślepiający mrok w pełnym słońcu”. Zalążek świadomości. Można wreszcie zauważyć „niepoliczalne plany głębi” i „fuzję przeznaczeń”. Ten „międzybyt” nie trwa jednak długo. Na chwilę można powstrzymać oddech, ale i tak zasili się „plantację zniczy”. Niby nic odkrywczego a zawsze zaskakuje, w pół słowa – po wieki, powieki.

Nie. Tomik Piotra nie jest słodki. Guziczki cukrowane są tu wabikiem, tak samo jak grafiki Adama Fiala. Bez nich tomik pozostałby „błyszczącym uzewnętrznieniem” – dla tych, którzy nie widzieli na żywo tego wydawnictwa, napiszę, że okładka jest srebrna, metaliczna, fakturowana, chłodna wizualnie. Na okładce bliżej prawej krawędzi przytwierdzony jest czarny, wypukły prostokąt z danymi dotyczącymi tomu oraz abstrakcyjną grafiką Fiala. Świat w jego oczach jest tworzony przez postaci przypominających roboty, o trójkątnych, trapezowatych lub kwadratowych głowach i równie geometrycznych ciałach. Prace te są kolorowe, poniekąd infantylne w sposobie prezentowania tej nierzeczywistości, stąd zapewne moje skojarzenie ich z cukrowanymi guziczkami. Sam tomik jest dostojnie chłodny, błyszczący… Forma dopełnia więc całość – piszę to na wszelki wypadek, gdyby komuś wydawało się, że nie ważne jak wyglądają tomiki poezji, ważna jest ich zawartość. Zdecydowanie, ale tutaj wizualność i sensoryczność (okładka) dają dodatkowe bodźce. Jak dla mnie nie bez znaczenia, szczególnie jeżeli ktoś posiada dużą wyobraźnię, w której ma zachowane w specjalnych skrzynkach obrazy, zapachy i smaki – a te odtwarza podczas czytania konkretnych słów-kluczy.

„Łoskot drogi mlecznej” Piotra Kasperowicza to nie jeden wewnętrznie sprzeczny obraz, a sekwencja obrazów, których celem jest wytworzenie sugestii prawd i stanów psychicznych. Ten tomik to swoisty dziennik istoty spoza Ziemi. Poezja jako przestroga – poezja na przebudzenie do…”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autorki:
Łucja Lange

 

„Książka jest piękna a to co w środku – niepospolite, niesamowite i wyjątkowe. Trudne w odbiorze. Nie wystarczy tu sama wrażliwość, ale wskazana jest duża dawka wiedzy technicznej, biologicznej i innej. Czytam kierunkowana swoją potrzebą na wrażliwość codzienną. Ta twórczość jest wyjątkiem.”

Alicja Cyran


O JEDNO NIEBO WIĘCEJ – tomik

Unikatowe, limitowane wydanie zbioru eklektycznych wierszy. Prekursor „Łoskotu Drogi Mlecznej”. Podniebny, ale dopiero zmierzający w stronę kosmosu. Umorusany emocjami, utytłany brudem przy gruncie. Po części i prekursor tomiku „Poezja pękła” ze względu na rozdarcia wewnętrzne jako skutek człowieczej natury. Pełen wątpliwości i niedowierzania w podłą konstrukcję świata wobec nieskazitelnego użebrowania nieba. Poszukujący ukojenia, dążący do równowagi.

 

„O jedno niebo więcej”
Wydawnictwo Domowe
Kraków, 2003
Ilość egzemplarzy ograniczona
Bez możliwości dodruku
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Ręcznie robione, intrygujące wydanie. 24 utwory wierszowe. Ilość stron: 52. Okładka sztywna, laminowana, utrzymana w formie kolażu z charakterystycznym, transparentnym rozdarciem w prawym, górnym rogu. Niewielka książeczka formatu A6. Oryginalnie oprawiona za pomocą autentycznych nitów zaciskowych. Mały biały kruczek rozdartego nieba.

2 baner Feblik

3 baner Patrz

4 baner O jedno niebo więcej

5 baner 11 000


Wiersz multimedialny:

Biogram i bibliografia

Piotr Kasperowicz, rocznik 1978. Debiutował pod koniec lat 90. ub. wieku. Zamieszkuje w Krakowie. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Poeta, prozaik, aforysta, czasem krytyk oraz felietonista. Od 2012 roku redaktor działu poezji wydawnictwa Mega*Zine Lost And Found prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej.

Nonkonformista, nieustająco w opozycji do braku wartości. Odrywa lukier z poezji. Słowa zmienia w amunicje. Rozkłada na czynniki emocje. Brzuchem do góry odwraca hipokryzje. Proklamuje zachowanie pozycji oddalenia, bo po użyciu szkiełka i oka w zderzaczu opinii, wierzeń, przekonań i ograniczeń, szkło z pewnością znajdzie się w oku.

 

Bibliografia:

1998: cykl zeszytów poetyckich „Virus” – Wydawnictwo Domowe

2001: tomik wierszy „Nienawiść / perforacja gwałtu” – Wydawnictwo Domowe (w komplecie z płytą „Synthetic tracks: 11” zawierającą elektroniczne remixy)

2002: tomik wierszy „Oczy ery techno” – Wydawnictwo Domowe

2003: tomik wierszy „O jedno niebo więcej” – Wydawnictwo Domowe

2013: tomik wierszy „Łoskot Drogi Mlecznej” – Wydawnictwo Miniatura

2015: tomik wierszy „Poezja pękła (w zamrażarce)” – Wydawnictwo Miniatura

2018: tomik wierszy „Buldożery elokwencji” – Wydawnictwo Obraz Dnia

2020: tomik wierszy „Terytorium rozpadu sekwencji” – Wydawnictwo Domowe

2021: tomik wierszy „Ssaki leżą na boku” – Wydawnictwo Neopoemiksowe (wspólny projekt z Piotrem Szreniawskim)

 

Napisali o nim:

Osobliwa lektura, autor pisze bardzo inaczej niż inni. Bez wątpienia z takim językiem i tonacją poezji jeszcze się nie spotkałem. Są to wiersze całkowicie „odliryzowane”, a więc niepodobne do tych wszystkich, z jakimi na ogół mamy do czynienia. Dużo tu dyskursu i myślenia. Leszek Żuliński

Sztuka mówienia o rzeczywistości zawsze jest naznaczona naszą subiektywną sumą doświadczeń. W przypadku tych wierszy, czuję podskórnie, że autor wznosi się wyżej, ponad tzw. oczywistość, dając nam do zrozumienia, iż z wysokości widać lepiej i zwiększa się szansa na szeroko rozumianą obiektywność. Jacek Masłowski

„Nieustający kurs kolizyjny” […]. Piotr Kasperowicz wie co pisze. Konstruując zawiłe kompozycje słowne może nieco odstraszać egzaltacją, powszechnie stosowaną hiperbolą, ale jednak przykuwa uwagę. Literacka Kanciapa

Gdy sięgałam po wiersze Piotra Kasperowicza przełączałam się na tryb matematyczno – duchowy, mażąc tu i ówdzie ołówkowe uwagi na marginesach. Każdy wiersz jest inną historią, w której znajdziemy  sporą dawkę cynizmu, ironii, smutku, bywa też brutalnie, gdyż prawda ukazana przez autora ma to do siebie, że potrafi ranić. Każdy z wierszy to także wyprawa na nieznane lądy, kosmiczne planety, to też groźna cela naszej uwagi, pochłaniacz czasu na długie godziny intensywnego, acz nie wymuszonego, a pobudzonego myślenia. Wyrażone Słowami

Język, którym posługuje się Piotr Kasperowicz zbudowany się z dość specyficznych metafor, alegorii, eufonii, obrazowych ekwiwalentów emocji, onomatopei, echolalii, neologizmów, paraboli, elips i asonansów przefiltrowanych przez osobowość autora. Łucja Lange

Niełatwo jest przejść przez gęsto zabudowane nośnym słowem wersy. Żadnych przerw, wyjaśnień, łączników. W mocno metalicznym i skondensowanym konstrukcyjnie świecie szukam pointy i mocnych przeżyć. Są. Znajduję. Ale jakże ukryte w misternej tkaninie wyobraźni. Zdzisława Górska

Prezentowany w audycji radiowej Tyskiego Radia Literamuz oraz w Polskim Radiu Koszalin

 

Wybrane publikacje:

1998: cykl zeszytów poetyckich „Virus” – Wydawnictwo Domowe

2001: tomik wierszy „Nienawiść / perforacja gwałtu” – Wydawnictwo Domowe (zawierało płytę z autorskimi remixami elektronicznymi „Synthetic tracks: 11”)

2002: tomik wierszy „Oczy ery techno” – Wydawnictwo Domowe

2002: druk poezji w łódzkich Zeszytach Poetyckich Dike w numerze 6, wersja cyfrowa do pobrania tutaj

2003: I miejsce w internetowym konkursie witryny Tawerna na wiersz roku za utwór „Boczny obserwator”

2003: publikacja w internetowym miesięczniku kultury popularnej ze wskazaniem na fantastykę Esensja opowiadania „O jedno niebo więcej”

2003: druk poezji w łódzkich Zeszytach Poetyckich Dike w numerze 7, wersja cyfrowa do pobrania tutaj

2003: tomik wierszy „O jedno niebo więcej” – Wydawnictwo Domowe

2003: druk poezji w magazynie artystycznym Konstelacja Cienia w numerze 13, wersja cyfrowa do pobrania tutaj

2006: członek łódzkiego „Stowarzyszenia Promocji Kultury Alchemia”

2009: publikacja cyklu opowiadań emigracyjnych „W magazynie osób mniejszych” (tytuł pierwotny Ego) w dwujęzycznym portalu promującym polsko-amerykańską kulturę i styl życia – Polish News

2010: I miejsce w konkursie na wizualną reklamę bloga. Konkurs organizowany przez witrynę AdTaily (obecnie Yieldbird) dla użytkowników serwisu blog.pl.

2011: współpraca w temacie zdjęć i felietonów z portalem Fakty Turystyczne

2012: redaktor działu poezji wydawnictwa Mega*Zine Lost And Found prezentującego sztukę i kulturę, link do strony fanów na facebook’u

2013: tomik wierszy „Łoskot Drogi Mlecznej” – Wydawnictwo Miniatura

2014: recenzja tomiku: „Łoskot Drogi Mlecznej” pióra Krzysztofa Chmielewskiego na stronie Literacka Kanciapa

2014: publikacja opowiadania „Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego” w portalach Sztukater oraz Desperat-Zine

2014: publikacja poezji na stronie Desperat-Zine oraz opowiadań „O jedno niebo więcej” i „Narodziny”

2015: publikacja poezji na w pełni niezależnej stronie Się Myśli

2015: tomik wierszy „Poezja pękła (w zamrażarce)”, ilustrowany zdjęciami autora – Wydawnictwo Miniatura

2015: publikacja opowiadania „Noc żywych trupów” na stronie Desperat-Zine

2015: recenzja tomiku „Łoskot Drogi Mlecznej” pióra Zdzisławy Górskiej w miesięczniku Waga i Miecz oraz czasopiśmie Kurier Błażowski

2015: wywiad z Piotrem Kasperowiczem w Mega*Zine Lost And Found

2016: recenzja tomiku „Łoskot Drogi Mlecznej” pióra Łucji Lange na stronie magazynu Mega*Zine Lost And Found

2016: publikacja poezji w specjalnej, europejskiej edycji Our Poetry Archive

2017: publikacja poezji na stronie Democracy is OK

2017: publikacja poezji w regularnym wydaniu Our Poetry Archive

2017: recenzja tomiku wierszy Zdzisławy Górskiej „Pęknięcia” pióra Piotra Kasperowicza w Kurierze Błażowskim

2017: recenzja tomiku „Poezja pękła (w zamrażarce)” pióra Łucji Lange na stronie magazynu Mega*Zine Lost And Found

2017: publikacja poezji w miesięczniku literackim Akant

2017: publikacja poezji w magazynie literacko-emigracyjnym Obszary Przepisane

2017: relacja Piotra Kasperowicza z wystawy Katarzyny Bajdy-Rusztowicz w Galerii Sztuki A1 w Krakowie

2017: publikacja opowiadania „Temperatura metalu” na stronie Desperat-Zine

2017: publikacja poezji w magazynie Ośrodka Postaw Twórczych Helikopter

2018: publikacja poezji multimedialnej w magazynie Ośrodka Postaw Twórczych Helikopter

2018: tomik wierszy „Buldożery elokwencji”, ilustrowany zdjęciami autora – Wydawnictwo Obraz Dnia

2018: publikacja poezji w Kuźni Literackiej

2018: recenzja tomiku „Buldożery elokwencji” pióra Leszka Żulińskiego w Gazecie Kulturalnej

2018: wywiad z Piotrem Kasperowiczem na stronie Poezji Dźwiękowej

2018: publikacja poezji w Antologii wierszy do recytacji

2019: publikacja poezji na stronie Wydawnictwa J

2019: publikacja poezji na stronie Desperat-Zine

2019: recenzja tomiku wierszy Zdzisławy Górskiej „Pęknięcia” pióra Piotra Kasperowicza w miesięczniku literackim Akant

2019: publikacja poezji multimedialnej w magazynie Ośrodka Postaw Twórczych Helikopter

2019: publikacja poezji w magazynie literacko-emigracyjnym Obszary Przepisane

2019: III miejsce w XII Wojewódzkim Konkursie: Aneks Twórczości Artystycznej w kategorii Twórczość Literacka

2019: prezentacja autora oraz poezji w Polskim Radiu Koszalin w audycji Kulturalna Sobota

2019: publikacja poezji w magazynie Ośrodka Postaw Twórczych Helikopter

2019: recenzja tomiku „Buldożery elokwencji” pióra Kingi Młynarskiej na stronie Przeczytane. Napisane.

2019: publikacja poezji w Antologii Poetów Polskich 2018 – Wydawnictwo Pisarze.pl

2020: publikacja w Antologii metapoezji

2020: publikacja poezji na stronie Desperat-Zine

2020: publikacja poezji oraz poezji multimedialnej w magazynie artystyczno-kulturalnym Stoner Polski

2020: publikacja poezji na w pełni niezależnej stronie Się Myśli

2020: publikacja poezji w kwartalniku Wytrych – Wolna Inicjatywa Artystyczna, Wydanie Specjalne: Wierszem w czas pandemii

2020: tomik wierszy „Terytorium rozpadu sekwencji”, ilustrowany zdjęciami Łucji Lange – Wydawnictwo Domowe

2020: publikacja poezji w piśmie literacko-artystycznym Bezkres

2020: recenzja tomiku „Terytorium rozpadu sekwencji” pióra Kingi Młynarskiej na stronie Przeczytane. Napisane.

2020: podwójna publikacja poezji na w pełni niezależnej stronie Się Myśli

2020: publikacja poezji w magazynie artystyczno-literackim Malkontenty

2021: publikacja poezji w kwartalniku artystycznym Śląska Strefa Gender

2021: wzmianka o tomiku „Terytorium rozpadu sekwencji” pióra Leszka Żulińskiego na stronie pomorskiego magazynu artystyczno-literackiego Latarnia Morska

2021: publikacja prozy na w pełni niezależnej stronie Się Myśli 1 2 3

2021: publikacja poezji w miesięczniku literackim Akant

2021: publikacja koncepcji powstania tomiku „Ssaki leżą na boku” w magazynie Ośrodka Postaw Twórczych Helikopter

2021: tomik wierszy „Ssaki leżą na boku”, napisany wspólnie z Piotrem Szreniawskim – Wydawnictwo Neopoemiksowe

 

Kontakt do autora:

k a s p e r l [at] t l e n . p l

OCZY ERY TECHNO – tomik

Limitowany w ilości tomik wierszy na miarę czasów, w których powstał. Techniczny i dyskursywny, przesycony emocjonalnie, wręcz deliryczny. Wiersze absolutnie wolne w formie artystycznej. Kanciaste jak muzyka techno. Z niedoskonale widocznym, lecz zdecydowanie odczuwalnym wynaturzeniem postrzegania. Precyzyjna wiwisekcja jeszcze żywego organizmu. Podana bez jakichkolwiek środków znieczulających. Do żywego odurza nadwrażliwością.
I nie zawiera wąglika!

 

„Oczy ery techno”
Wydawnictwo Domowe
Kraków, 2002
Ilość egzemplarzy ograniczona
Bez możliwości dodruku
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Ręcznie robiona książeczka spojona drutem. Zawiera 29 wierszy. Ilość stron: 60. Format: A6. Półsztywna okładka, oklejona folią odblaskową przeznaczoną do oznaczania elementów niebezpiecznych lub wymagających zwiększonej uwagi, używaną między innymi do produkcji znaków drogowych. Integralną część okładki stanowi przeźroczyste okienko w kształcie trójkąta. Niczym wziernik do triangulacji.