Czemuś winny

Podobno widziano któregoś boga w bezzałogowym samolocie
musiał mieć spore przeciążenie sumienia
był to bojowy dron jak się okazało
służący do unicestwiania grzeszników na odległość
nie wiadomo czyj był to bóg
oraz czy ofiary zawiniły zasadom
panującym akurat na obszarze objętym jego jurysdykcją
jedna bomba zagłuszyła wszystkie zbiorowe modlitwy
głównie te nieuczynione werbalnie
na miejsce tragedii spadła kolejna rakieta nacelowana laserem
tak oducza się ludzi ratowania potępieńców
w myśl zasady o nieszczęściach spadających parami
wyparowała grupa czemuś winnych
tych co przeżyli pozostawił okaleczonych
dokładnie wtedy zawładnęła nimi najgorliwsza żądza zemsty.

W chwili decydującej

Każda religia chce być kochana wyłącznie
pozwoli na dialog z innymi
lecz ukształtuje oralnie twe usta
władza nad duszy moralnym bytem
rękami parafian zrzeszonych przy kurii
z łatwością zatrzyma ci serce
w chwili decydującej
zmumifikujesz uczucia w gotyckim gmachu
lub szmatą zasłonisz kobiecie oczy
w imię boga zabijesz bliźniego
jako męczennik twierdzenia wiary
z paciorkiem obłaskawionym w dłoni
obrócisz w proch pojednanie
jednym ruchem zawleczki
eksplodujesz na szczątki.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Prążkowanie mięśniaka

Trwam w pyle zawieszonym
bez intelektualnego przyczepu
błędny ognik utracony z zasięgu
w okolicznościach gwałtu leczniczego
niewykrzesany nigdy wcześniej
śmiem palić źrenice w Oku Sahary
linearną oczywistością otwieram ogień
ku wykrzyczanej przez samca etyce
kamienującej klauzulą sumienia
zupełnie nie swoją końcówkę jajowodu
też kiedyś byłem kimś innym
kto pragnął być uratowany
komu odstąpiono od serca w pobliżu boga
z bombą zegarową w środku
po latach przydeptywania
kanały sodowe sprawnie zadziałały
durne poprzeczne prążkowanie mięśniaka
na krok się nie wycofało.

Komórka pamięci

Komórka pamięci obrazek3

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Wiecznotrwałość

Wada życia w dolinie królów
rozkradziono wiekuistość
dla dóbr doczesnych lepszego gatunku
przeliczono namacalność skanując opuszki
ikony wymazano i nadpisano nieśmiertelniki
wymłotkowano dzieła historii
tej mniej pomyślnie boskiej
favicon wpisano w kartusz
bóg dawno abdykował
lecz nikt nie przyjął wymówienia.

Architekt wszechświata

napletek

Wszystkowidzący trójkąt lewitacji
wpisany w koło fortuny
a potem w kwadrat logiczny
traci swoje promieniotwórcze właściwości
staje się obiektem naukowym Leonarda da Vinci
niemą relikwią świętego napletka
czasem jest człowiekiem kwadratowym
a czasem pierścieniem Saturna
architekt w rozkroku wszechświata
gdzieś poza glorią opatrzności
zapewne w wielkim pęku atmosferycznym.

Ziarno

Zgniłe kamienie wymierzone w życiową mądrość
łzy bogów
pod które podłożono ogień
najszlachetniejszy z domowych opałów
rozniecony zacieranymi dłońmi trolli internetowych
masaż płonącymi kamieniami
na ciele zarazy
hejtującej fundamentalny rozwój
szkło w oku łypiące na ziarno
z którego mogą wyrosnąć bursztyny.

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Ropa

Milczące bryły słów
wytrwale tropią
zderzenia teraźniejszości wiedzy
z watahami krzyczących masywów
dryfują profesjonalnie
do żerowiska wiary
nieskończona obojętność
bezmyślnie kochająca boga
prawda komplikowana zderzeniami
antagonistyczne argumenty
i trwałe wiązania przekory
prostota uczuć
podejrzana w prostej linii
szczerość bliska rezygnacji
ropą zalepia oczy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Luźno wiszące troczki oczu

Luźno wiszące troczki oczu
sufler z rozsypanym scenopisem
spokój jednego aktora
po odcięciu prądu
i wszystkie inne banały serca
na większym planie
bardziej rozbudowana choreografia sceny biegnącej na widownie
skomplikowana konstrukcja postrzegania poprzez wzorzyste kostiumy aktorów
diorama maskująca rutynę dekoracji
epitafium żalu z dobrem w tle
i głosami publiczności:
co nas obchodzi twój zeźlony bóg.

 

MYŚL PIERWOTNA

Ostatnia próbka młodości

Obserwuję niebo
na połoninie własnego bytu dziko rosnąca młodość
która nie przychodzi łatwo
bo to już ostatnia próbka młodości
zaśniedziała amnezją chryzografia
w magazynie domu starców dla anachronicznych bogów
co odzyskują miłość z obozów
składowaną bezbożnie płótnem do dołu
i transportują barkami wzdłuż styksu
rozciągłości biegu zazdrości matka natura
jednokolorowe zdjęcia wielu zapomnianych miejsc
gliną zlepione matryce skaz
krwawe strzępy całunu szarpane zrywem ognia
wypalone ziarna pszenicy i srebra
nektar życia miażdżony duchowym głodem nie rozciągnie warg
podniebne wojaże w błękicie niweczy ziemski plan
i czas przebywający krótsze dystanse
przeszłość uwikłana w pamięci okruchy
żeby tylko starczyło siły do jutra.

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Enancjomeryczny

Słowotoki szeptu
w strumieniach choreografii enancjomeru ciała
to łatwiej zrozumieć niż milczące kwiaty starości
szykowane za życia
albo śmierć cichcem igrającą z moim poczuciem humoru
dość agresywny taniec z bogiem
zsyłającym ciągłe skurcze pęcherzyków płucnych
moje beztlenowe serce bez ciebie
wierzę że nie zechcesz i nie zdołasz tego zrozumieć.

Oddech mimozy

Oddechem mimozy życie podchodzę
na rozstajach serca zawracam
migają jupitery ostrzeżeń co do siebie
nie wymyślę jutra skrawanego religią
przed sobą nie ochroniłeś mnie boże
zostałem sobą ale nadal z tym walczę
sto lat samotności co do sekundy
niewytworzonej wiary poza słowem
nie ważę się myśleć o mądrości jeśli
nigdy nie powiem.

Oda do młodości XXI

Tracimy kontakt
choć procent połączeń raptownie wzrasta
społecznie bezużyteczni
żyjemy w czasie rzeczywistym sieci
o życiach otwartych bezterminowo
na podstawce myszy
nie wiemy kiedy wrócimy
ekwilibrystycznie giętko przerzucamy szczęście
między złączkami oprzyrządowania serca
wciąż bez wyjść na dżeki
nielegalnie oprogramowani
samotnością z sobą
igramy milczeniem
i z bogiem.

Dominus Iesus

Rozgrywki
manipulacje
zbrodnie dla ludu
dla twojego własnego dobra
źle rozegrane
brak reakcji po głębokim nawilżaniu
akomodacja społeczeństwa
zbiorowa aberracja
narkolepsja narodu wybranego
estywacja świata
ekstrawertyzm czystej rasy
faryzeuszowski fatalizm
hipertrofia hipokryzji
syjonizm
fundamentalizm
nacjonalizm
rasizm
reżim satrapów
adaptacja przemocy
antynegroidalna magia
dominus iesus
dewocjonalia zbrodnii
skanseny hitleryzmu
dzieci wojny
pośmiertna nostryfikacja
imigrantów nie przyjmujemy
święty antysemityzm
ksenofobia na rzecz wspólnoty

nie wolno kochać inaczej
nie wolno kochać tak samo
dominacja nie zna miłości
spróbuj zachować swą dłoń otwartą
od wewnętrznej strony dziergana
swastyka na znak jedności z bogiem
lepiej uderz pasterza
owoce niechaj będą rozproszone.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ
WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Terytoria uczuć

Pomostowanie mądrości pomiędzy terytoriami uczuć
poprzez zacietrzewienie złuszczonych linii papilarnych
położnice o wypartych łożyskach nie chroniących dostatecznie
podle się czują jako dobrze ubrane panny z drugiego sortu boga
ich wyiskane z czułości dzieci dadzą sobie radę
niekoniecznie ze sobą
terytoria pozostaną nienaruszone
ponownie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE