Los w chowie klatkowym

Skubana destrukcja we wsobnym chowie klatkowym
jednako w starym jak i w nowym budownictwie
rozliczne wyskubywanie wiecznych piór do żywego
do konającej bezustanności pozbawionej przypisów

kiedyś byliśmy ludźmi gotującymi losy do czasu
zapeklowania własnego zbyt długo trzymanego
na wolnym gazie – wbrew przepisom na Thermomix.

Syndrom ucieczki

Ile kosztuje wychodzenie na prostą w życiu
które nie przekonuje
cierpiąc na syndrom ucieczki
niepewność
za twardą granicą i inne długie krętki
opacznych neuronów lustrzanych
cierpliwość wisielca
mającego na ekranie klepsydrę.

wisior

WIERSZ OPUBLIKOWANO NA ŁAMACH MIESIĘCZNIKA LITERACKIEGO AKANT

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”

Rzeczywistość do spraw kolonoskopii

Perlator marzeń połączony korbowodem losu
z nienasmarowaną wazeliną rzeczywistością
powszechnie znaną uzurpatorką praw doodbytniczych
rzeczoznawczyni profilaktyki w świetle jelita
o bardzo ograniczonej zdolności postrzegania
z jej domostwa możesz na chwilę wystawić główkę
zarobiona po łokcie ekspertka w dziedzinie odchodów
niezależnie od potrzeb kalania macierzystego gniazda
z najwyższą umiejętnością zrobi cię na perłowo.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Kontyngent

Wrzucona w mechanizmy hipokryzji
odbijasz się od wyższej poprzeczki
w poszukiwaniu dobrego słowa
rykoszetem tuż ponad ziemią
w bębnie maszyny losującej
znaczysz grubo swą trajektorię
jak jeden do czternastu milionów
szarpiesz się między nawiewem a grawitacją
płoniesz zignorowana na wejściu do atmosfery
czekasz na obrót fortuny za życia
masz ją wiecznie na muszce
bo ona w powolnym dryfie
ostatecznie zniecierpliwiona dziwaczna głupota
wyśle cię kulko w wojenną ekspedycje.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Przedstawiciele własnej osoby

Nam
przedstawicielom handlowym własnej osoby
biegania po kanałach nie wlicza się bezpośrednio na konta
nie wpływa ono także na linię życia kredytowego
staż nienormowanej pracy trwonimy w rozjazdach
wypadki losu ubezpieczamy dość kuriozalnie
jedynie na skutek podszeptów maczanych w empatii
polubownie łykamy żelazo dla umocnienia swych postanowień
brzemiennych w nadzieję aktów puszczania się w totka
wbijając gwoździe do naszych trumien uważni jesteśmy
by gwoździe nie wbijały się pod paznokcie końcówką z łebkiem
poza tym nie stwierdza się przeciwwskazań
partnerom może zależeć na estetycznych zakończeniach dłoni
w razie czego konsultujemy się z branżą rzeźniczą.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Rezystancja zluzowana jak kaczka

Miły starszy pan przed czterdziestką
miły jak śmierć we śnie
nocą przezwaja silnik
by starczyło prądu na drugą połowę
i trochę przewinęło zaszłości
przy tym mruczy hymn wszechświata
w tonacji anarchii zadławionej w próżni
mormorando szeptem dryfujących wizji
kupuje na loterii tylko pełne losy
zgodnie ze schematem zastępczym
niestawiania na sobie krzyżyka
w dni powszednie lutuje oporniki
również w soboty i święta
jako element bierny w obwodzie
zluzowany jak kaczka
o lekkiej pojemności pasożytniczej
luźny w trawieniu i w mowie
wprowadza środki zaradcze do organizmu
węgiel na jęczybuły z makiem egzaltacji
radosnego pokroju elastyka języka
bez kostnienia o podłożu zaparcia
sygnałów nadawczych do bazy matki
wymruczanych przyziemnie w penthousie
nieudacznictwa z tarasem poklasku
tam zajebiste nenufary wolniutko pływają
ale tylko dupą po piasku.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Kriogeniczna tożsamość

Dwa kriogeniczne serca z ekwipunkiem
wyznaczą horyzont zdarzeń w jedności
rozwieszą aureolę smutku w lunaparku
podniebne toasty na diabelskim młynie
zatrwożą wyrażeniem formy industrialnej
zabłąkane myśli o niskim cieple spalania
poświęcenie przygaszą własnym zastojem
techniczny krzyk w mechanicznym zamęcie
trybów fortuny pastwiących się na miąższu
los znużony kołowaniem dopełni pozwoleń
wyciskania karmy z tożsamości natury
podczas kolizji prawilnych debilizmów.

Aforyzm do walca

W magazynie osób mniejszych 9

Nigdy bym się nie spodziewał takiej szybkości w obrotach fortuny, gdybym nie znał własnego buńczucznego charakteru. Zazwyczaj to właśnie on przyśpieszał bieg wydarzeń. Zaogniał, ranił i porzucał, na zawsze. Czasem jednak los robi to za mnie i wtedy trzeba chwileczkę przystanąć i pomyśleć:
– Co właściwie dzieje się teraz ze mną? Wyjątkowo jakoś lubię te momenty, kiedy moje ego jest u steru i rozdaje karty, bo przecież ta partia, zwana życie, jest moja. Powinna być tylko i wyłącznie moja. Jakieś parę miesięcy temu wyszedłem o północy, jak kopciuszek z pierwszego i zarazem ostatniego dnia próbnego w niezmiernie ekskluzywnym hotelu, gdzie miałem zostać kelnerem bankietowym. Posada sługusa, jakby powiedziała większość. Nie ważne, to nie był pierwszy raz w takiej konfiguracji zawodowej. Istotne, że dla marki wiodącej prym w świecie hotelarstwa. Prestiż powinien był mnie zmotywować a ja byłem kompletnie „zdemotywowany”, jak mawiała jedna moja szefowa przy kolejnym opóźnieniu wypłaty i tak zaległej pensji. Całe sześciogodzinne przedstawienie, wyjątkowo nie w smak moim prywatnym wyobrażeniom rautu pod każdym względem, zakończyłem, o ironio po angielsku, wychodząc cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. Cały bankiet przypominał folwark zwierzęcy, jeżeli chodzi o konsumpcję, natomiast kelnerzy tam pracujący zachowywali się jak beznamiętni podawacze. Generalnie pasowali do ucztujących, głodzonych zapewne na długo wcześniej. Choć wątpię, aby uprzednio podróżowali z Gdańska do Krakowa pociągiem intercity o jednym maciupkim wafelku w pokaźnej cenie biletu, kiedy akurat zapomnieli doczepić swoistego wagonika z Warsem. Najwyraźniej do wagonów bydlęcych nie dołączają. Wymsknąłem się więc jakbym uciekał z balu, na którym byłem co najwyżej jednym z kocmołuchów. Niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się zbiec od nieopuszczającego mnie przeświadczenia, że nie powinienem skoro była szansa…
– Może nie z każdej szansy należy korzystać? Albo może z każdej, aby tylko sprawdzić, iż nie każda jest dla każdego stworzona? – pomyślałem. Cieszyłem się jak dziecko.
– Udało się, udało mi się uciec! Nikt mnie tam nie przetrzymywał, ale uciekłem. Umknąłem przed sobą. Od tamtego czasu rzadko czułem się taki wolny, a raczej wyzwolony spod własnego jarzma, które pod wpływem rzeczywistości, w jakiej żyć mi przyszło, nakazuje łapać każdy ochłap zsyłany przez wątpliwą opatrzność. Na łaskę losu również muszę zapracować własnoręcznie. Niekiedy nie mamy na tyle pewności co do wybryków naszej drogi lub wystarczającej siły w gąszczu zawahań, aby obalać świat plastikową łopatką bez mrugnięcia okiem. Wtedy gwiazdy tak się obracają dla nas swoim światłem, by bez naszej świadomej ingerencji odmienić pewne koleje losu na dość inne dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, kiedy sami boimy się odbłądzić własne życie zgodnie z tym, co nam wpojono, że wszystkim rządzi ktoś większy. Że nie mamy powodu się miotać, bo rzeczy i tak nie zależą od nas. Niezależnie co w tym wszystkim jest iluzją, jeśli ten większy mądrze rządzi i do tego zgodnie z moją bardzo wolną wolą, to ja nie mam przeciwwskazań.

Tym sposobem albo jakimś zbliżonym do tego, z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami, opuściłem mój dom na wyspie. Zmieniłem wyspę i przebywam obecnie w mieszkaniu. Dom na wyspie był w Antrim, koło Belfastu w Irlandii Północnej. Teraz od pięciu dni mieszkam prawie w absolutnym centrum Manchesteru. Na zakupy mam bliżej niż do pracy, a to nie jest dobra kombinacja biorąc pod uwagę, że jestem tu po to, po co zdecydowana większość. Gromadzić zaskórniaki na zaś, taki jest priorytet. Nie planuję się tu osiedlać póki co, więc nie ma czasu na zabajerowanie. Trzeba jednak brać poprawkę na przeskoki linii życia. Ponadto, mam za mało miejsca w walizce na wszystko, co mógłbym tu kupić w korzystnej cenie, więc nie mogę zostać zbyt długo. Okazja czyni konsumenta. Bardzo dobrze, nie można przecież mieć wszystkiego! To zupełnie tak, jak z jedną klientką, w czasie mojej pierwszej pracy w restauracji, która zadała mi standardowe pytanie:
– Co Pan poleca?
A ja jej na to zachowawczo i z wrodzoną przekorą:
– Wszystko, wszystko polecam tylko z różnym natężeniem.
Na to równie swawolna pani odpowiedziała mi z przekąsem:
– Wszystko choćbym niezmiernie chciała, to mi się nie zmieści.
Całkiem pomyślnie dla jej wątroby.

LINK DO CZĘŚCI 10

W magazynie osób mniejszych 8

Może się dowiem, a może przyjdzie mi odszczekać, ale jestem tu dopiero miesiąc. Skąd mogę wiedzieć, jak wygląda życie wewnętrzne Irlandczyka Północnika? Jedynie opisuje, co widzę. A widzę tylko to, co jest dane zobaczyć ludzkiemu dodatkowi do pomarańczowego wózka. Perspektywę mam ograniczoną do subkultury magazynowej i okolic po drodze. Na rozmyślania mam wolną głowę, bo to najgłupsze z zajęć, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność wykonywać, ale za najlepsze pieniądze z dotychczasowo zarabianych. Totalna nuda nieustannie powtarzanych czynności. A po pracy głównie siedzę i czekam, aż życie zaproponuje mi jakieś ciekawsze rozwiązanie – nawet nie w kwestii ceny tutejszego produktu zbliżonego do chleba. W tym cały problem. Nie ma na co czekać. Trzeba działać! Czynić jakąkolwiek powinność w sobie, jeśli nie ma sprzyjających warunków na zewnątrz. Wiem, że każdy puszkowany produkt myśli podobnie, bo – na podstawie filmów o policjantach i psychopatycznych seryjnych mordercach – rozkminiłem, że pracując w magazynie, muszę zacząć myśleć na sposób produktu. Życie towaru stawało mi się coraz bliższe, co miało zaowocować niebawem dziwnymi zjawiskami.

LINK DO CZĘŚCI 9

Agresywność względem betonu

Zwietrzelina promieni szukających błysku
natężeniem emisji próbująca nagryźć beton permutacji
według parametrów losu stwardniałe klepisko
matowy połysk lakieru na karoserii
lub jak mówią fachowcy od zimnego łokcia
tuż po analizie widma
brak połysku
agresywność względem betonu wiązki światła
szukającej kontaktu w snopach i odbicia
szara breja impulsów fotonowych utwardzona dechą
na drodze kół fortuny z monster truck’a
dwuwymiarowa zależność ciągła
śladów bieżnika
pochłaniacz refleksów o częstotliwości blasku
ciało doskonale czarne
niczego nie wypuszcza.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Koktajl Mołotowa

Wypluwki zlepionego losu i fortuny
toczone po dziwacznej linii życia
przebiegającej
bez spacerowania
wypreparowane z mieszaniny
niczym krwawiące w lodówce truskawki
nierozumiejące prostych kątów ramion
szczerości niepołączonej w związki
uwikłanej w tajny układ szczęśliwości
niepodchodzący zbyt blisko nieba
niebo to obecnie banał
wypełniony wodorem i helem
pierwiastki rozczarowania dnia powszedniego
o systemie emocjonalnym rutyny
sączące drinki pod nazwą Koktajl Mołotowa.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Wektory

Pęd wokół nici losu
wyścig z przeznaczeniem
po równi pochyłej
światło z którym się mija
połączenia szeregowe punktów zbornych
między liniami papilarnymi
metafizyka wystawiona na grawitacje
wektory przyłożone do serca
z siłą dośrodkową
dryf w krwiobiegu
przyśpieszenie w zestawieniu
coraz słabszy opornik
coraz większe tarcie
coś ponad rekombinacje atomów.

Iniekcje fotobłysków

Pewność siebie w pewnym załamaniu
żadnych iluzji życia według wzoru
w nadchodzącej rzeczywistości sfera
kosmicznego niedopatrzenia losu
przeświadczenie o lepszych sposobach trwania
wewnętrzne rozsypki wyobrażeń
rozsypane na uroczysku człowieczeństwa
posypane saletrą hamują procesy gnilne
na klepisku możliwości ludzkich uczuć
codziennie umiera coś nowego
na zaciśniętej twarzy nienasmarowanej botuliną
po iskrach zapalnych zamiast wybuchów
na ciele świata iniekcje fotobłysków.

 

LINK DO ILUSTRACJI