Znaki plus

Podświetlając od dołu zapis linii życia
pozostają tylko znaki
bez mitomanów udających przyjaciół
w dziale akcesoriów lateksowych
codzienność zanika
światło spłaszcza bilans
wyborów poczynionych w marketach
w zestawieniu istotny jest plus
wyskoki charakteru
pomimo czerwonych świateł i kartek na buty
wyścigi szczurów przez lasy deszczowe
stany podgorączkowe nadwrażliwości
wszystkie dodane znaki
dające sens ogólny
bycia sobą na plusie.

Przedstawiciele własnej osoby

Nam
przedstawicielom handlowym własnej osoby
biegania po kanałach nie wlicza się bezpośrednio na konta
nie wpływa ono także na linię życia kredytowego
staż nienormowanej pracy trwonimy w rozjazdach
wypadki losu ubezpieczamy dość kuriozalnie
jedynie na skutek podszeptów maczanych w empatii
polubownie łykamy żelazo dla umocnienia swych postanowień
brzemiennych w nadzieję aktów puszczania się w totka
wbijając gwoździe do naszych trumien uważni jesteśmy
by gwoździe nie wbijały się pod paznokcie końcówką z łebkiem
poza tym nie stwierdza się przeciwwskazań
partnerom może zależeć na estetycznych zakończeniach dłoni
w razie czego konsultujemy się z branżą rzeźniczą.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „BULDOŻERY ELOKWENCJI”

Nadawcy wielkich wijów

Poszukuję we śnie adresatów między nadawcami wielkich wijów
po czterdzieści metrów każdy w grząskim gruncie
o imionach: plotka, blaga, wymysł, paszkwil i stokrotka
senne organelle nie ogarniają tylu alternatywnych wątków
boli mnie linia papilarna odgórnie objęta przebudową trasy
omijanie mokradeł wymaga wielu formalnych zabiegów słownych
roboty ziemne i głębokie wykopy nie sięgają zacnej słowności
przywalonej błotem w myśl osmozy według krótkowzrocznych.

Wieczność w obozie oczekiwań

Wieczność w zbiorze oczekiwań
bezkształt przedmiotów uczuć
umiarkowany zdarzeń odległością
niepoliczony krąg nagłych płomieni
chwilowym paleniskiem obrócony ku środku
kolczasta linia gasząca fragmenty
wieczności w obozie oczekiwań
kiedy ja nie mam tyle czasu.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Ropa

Milczące bryły słów
wytrwale tropią
zderzenia teraźniejszości wiedzy
z watahami krzyczących masywów
dryfują profesjonalnie
do żerowiska wiary
nieskończona obojętność
bezmyślnie kochająca boga
prawda komplikowana zderzeniami
antagonistyczne argumenty
i trwałe wiązania przekory
prostota uczuć
podejrzana w prostej linii
szczerość bliska rezygnacji
ropą zalepia oczy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Koktajl Mołotowa

Wypluwki zlepionego losu i fortuny
toczone po dziwacznej linii życia
przebiegającej
bez spacerowania
wypreparowane z mieszaniny
niczym krwawiące w lodówce truskawki
nierozumiejące prostych kątów ramion
szczerości niepołączonej w związki
uwikłanej w tajny układ szczęśliwości
niepodchodzący zbyt blisko nieba
niebo to obecnie banał
wypełniony wodorem i helem
pierwiastki rozczarowania dnia powszedniego
o systemie emocjonalnym rutyny
sączące drinki pod nazwą Koktajl Mołotowa.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Wektory

Pęd wokół nici losu
wyścig z przeznaczeniem
po równi pochyłej
światło z którym się mija
połączenia szeregowe punktów zbornych
między liniami papilarnymi
metafizyka wystawiona na grawitacje
wektory przyłożone do serca
z siłą dośrodkową
dryf w krwiobiegu
przyśpieszenie w zestawieniu
coraz słabszy opornik
coraz większe tarcie
coś ponad rekombinacje atomów.

Umiejętność życia motyla

Czas przeczekiwania siebie
wymagań rozzłoszczonego serca
w kwiecistej nadziei
że ocknie się z rankoru
nieprzystępność małych znaków
pomijanie prostych linii
ostateczna próba iskrzących reakcji

uczynki słownych gestów
przymilnie nie zaczarowały
adoracja równa ignorancji
rozczarowanie zaokrąglające oczy
wobec paradnej proweniencji
umiejętność życia motyla
długością niepokwitowanej emocji.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Linia serca

Rozsądek zatrzymał zbyt spragniony by czekać
brakiem bycia kochanym
zaczął kosztować wieczności             wyjątkowo
wieczności bez ciebie                        od wczoraj
miał serce na dłoni
na twojej nie było widać jego linii
był przystawką do braku
rozrusznikiem któremu serce wysiadło
brakiem bycia
kochanym.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „TERYTORIUM ROZPADU SEKWENCJI”

Układ typu jedno

Tabuny wolnych marzeń
w ubojni wyizolowanego osierdzia
przerabiane na łatwiej strawną papkę
kiedy schylam łeb
łatwiejsza do zapodania
i zwrotu

alternatywne rozwiązanie
w układzie: wszystko mi jedno
plugastwo kłamstwa
zapomniałem na to przystać

łatwe rozwiązania
angażowane do punktu
na którym i tak ci nie zależy

w konfiguracji miłości i rzeźni
strefa trwałości serca
tuż przed linią zasieków
krew potoczy bajpasem.

Niebo (mój feblik 7)

Serce
jak prosta linia
prostota
którą nazywasz kiczem
starsze pokłady patyny
jak kurz
w sterylnych warunkach
hodujesz uczucia
pozbawione odporności
na rewanż
igrasz na linie
bez asekuracji
na wysokości obłędu
nad separacją
nie podchodzisz zbyt blisko nieba
niebo to jakiś banał.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Ciągotki______ __

Nieciągłość
linii

z przerwą

między punktami odniesienia
nieoznaczoność
____ to chyba dobrze ____
ciągła
jak ciągutki rozpuszczone amylazą.

Terytoria uczuć

Pomostowanie mądrości pomiędzy terytoriami uczuć
poprzez zacietrzewienie złuszczonych linii papilarnych
położnice o wypartych łożyskach nie chroniących dostatecznie
podle się czują jako dobrze ubrane panny z drugiego sortu boga
ich wyiskane z czułości dzieci dadzą sobie radę
niekoniecznie ze sobą
terytoria pozostaną nienaruszone
ponownie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE