Wielkopowierzchniowe pomniejszanie

Raczej nie ma w Polsce ludzi, którzy przynajmniej od czasu do czasu nie pielgrzymowaliby do któregoś z wielkopowierzchniowych obiektów handlowych. Wszystko w jednym miejscu, ogromny wybór, swoboda oglądania, dotykania, macania, ugniatania, a nawet kosztowania. Pominę potężne galerie handlowe, gdzie samo przejście wzdłuż wszystkich wystaw potrafi czasem zająć nawet godzinę. Skupię się jedynie na marketach ogólnospożywczych, nazwanych przez jednego z polityków „sklepami dla biedoty”. Tak uwłaczająca forma potraktowania szarej masy ludzkiej powinna była spowodować ogólnonarodowy bojkot osobnika, ale nic takiego się nie wydarzyło. Hasło: taniej jest dla nas święte. Jak na biedotę przystało – nie ma co ukrywać oczywistego.

Te duże sklepy z pokarmem kuszą nas na niezliczoną ilość sposobów i stosują na nas wyszukane sztuczki psychologiczne oraz przekazy podprogowe, wszystko w myśl jednego, prostego założenia – kup więcej! A my wcale nie jesteśmy lepsi. Rzucamy się na każdy przeceniony ochłap, nawet jeśli niby potaniał, bo tydzień wcześniej bez powodu podrożał. Z uporem maniaka ugniatamy warzywa, sprawdzając ich jakość. Czasem widać na półkach takie blade, powypadkowe pomidory, które zostały tak potwornie wydotykane i jakby od tego spuchły, że nadają się jedynie na przecenę, a docelowo do zupy lub sosu. Sam widziałem jedną wytrwałą panią, która przebrała cały karton bananów w poszukiwaniu okazu idealnego. Nie omieszkała przy tym rozrywać kiści na mniejsze, aby żaden z owoców jej się nie schował i nie umknął jej uwadze. Po czym w jej koszyku wylądował jeden banan, do tego zapakowany w dwa woreczki. Reszta kartonu zapewne nabrała świeżych rumieńców, zwiastujących niechybne zasinienie. Tym sposobem już jutro, już pojutrze część tych nieszczęśników trafi do działu z obniżkami. To wszystko wygląda na długoterminową, z góry zaplanowaną strategię klientów, którzy wytrwale polują na niskie ceny. Towar popsuty dwa dni temu, dzisiaj będzie jak znalazł. Może nawet znajdziemy na nim nasze odciski palców i fragmenty DNA – mniam!

Sklepy nie mogą być dłużne tak niszczycielskiej szarańczy i muszą działać. Z tego powodu mamy choćby sprzedaż wiązaną. Drugi produkt gratis. Trzeci produkt za pół ceny. Kup dwa, kup trzy i cztery, a będzie taniej. Ostatnio widziałem nawet ofertę kupna dziesięciu. Może od razu zgrzewkę, karton, multipack, skrzynkę, paletę, kontener, tira, lub kontenerowiec? Wtedy dopiero będzie taniej. Klasykiem Internetu jest zdjęcie dwóch identycznych produktów, ale na jednym dorysowano procentową wartość gratisu, o który niby powiększono opakowanie, a są one identyczne. Cena tego „powiększonego” oczywiście jest wyższa. Żebyśmy jednak nie mogli tak łatwo porównywać opakowań, każdy producent stosuje własny kształt opakowania oraz różne zawartości produktu, niezależnie od opakowania. A opakowanie jest tak zaprojektowane, aby optycznie wyglądało na pojemniejsze. Kolory są tak dobrane, aby przyciągały oczy. Zdjęcia na etykietach specjalnie wyselekcjonowane, abyśmy mieli wrażenie zakupu luksusowego produktu. Dodatkowo umieszczono złote naklejki, jako oznaczenia certyfikatów. Produkty ustawiono na odpowiedniej dla kupującego wysokości, stosując wszystkie znane sztuczki psychologiczne, że lewe oko leci nam tam, a prawe gdzieś indziej. A w sklepie specjalnie przyciemniono światło, abyśmy nie wczytywali się w etykiety, tylko kupowali, skoro już wpuszczono nas do tego ekskluzywnego sklepu bez jarzeniówek. Do tego zapach świeżo pieczonych bułeczek, a nawet maślanych słodkości, nadziewanych kolorową marmoladką. Jakże byśmy mogli w takim otoczeniu mieć świadomość, że jesteśmy oszukiwani i wciska się nam mniej wartościowe produkty? Rzucono nam perły przed wieprze, a my jeszcze te kuleczki bezczelnie oglądamy.

Wystarczy spojrzeć na ceny jednostkowe, czyli cenę produktu za kilogram i od razu robi się w głowie jaśniej. Przez lata zostaliśmy przyzwyczajeni do dużych, rodzinnych opakowań, oznaczających oszczędność poprzez tańszą zawartość oraz generujących myśl, jakobyśmy mniej śmieci przez taki zakup produkowali, dbając tym samym o środowisko. To szczytne tak myśleć, ale cena jednostkowa bardzo często wskazuje na coś zupełnie przeciwnego do owej teorii. Wynika to z nieustannego downsizingu opakowań. Zwyczajnie są nieustannie zmniejszane, aby teoretycznie ceny za sztukę nie wzrastały, kiedy wszystko drożeje. Patrzysz na produkt i nie widzisz różnicy, bo tak opakowanie zaprojektowali przemysłowi architekci. A im mniejsze, tym uporczywiej próbuje wyglądać na większe. Ze świeczką szukać opakowań o okrągłej zawartości litra lub kilograma. To by było zbyt proste do porównania lub szybkiego obliczenia w pamięci. Serek ma niecały kilogram i nawet nie jest to dziewięćset gramów, mamy tam osiemdziesiąt osiem deko. A napój nie ma dwóch litrów, a tysiąc siedemset pięćdziesiąt mililitrów. Nic sobie, dziadu już naprędce nie obliczysz chyba, że jesteś matematycznym geniuszem. A nawet jeśli sobie policzysz, to mamy nową niespodziankę. Czytniki marketowe, gdzie sprawdzamy ceny w razie dziwnego zaginięcia etykietki, niekoniecznie wskazują ceny jednostkowe za kilogram. Nawet niekoniecznie wskazują ceny za dane produkty. Raz wskazują cenę za kilogram, raz cenę za opakowanie, a raz cenę za 100 gramów. Tak więc, inteligentny, super szybki obliczeniowo dziadu, pamiętaj, jeszcze musisz być spostrzegawczy i dobry w tę grę na orientacje. Inaczej wcale nie będzie tak tanio, jak zachęcano na billboardach.

Dobrze by było także skończyć jakiś, przynajmniej podstawowy kurs małego chemika, aby wiedzieć, że E330 to jedynie kwasek cytrynowy. A E123 i E151 to syntetyczne barwniki, często podejrzewane o działanie rakotwórcze. W zasadzie wszystko dosmaczone jest albo solą, albo cukrem, albo zagęszczone mąką. Choć najczęściej stosuje się najtańsze zamienniki, takie jak syrop glukozowy, soję, oleje utwardzone. Czyli najskuteczniejsze zapychacze, nie tylko brzucha, ale na przykład również żył. My chcemy tanio, a oni chcą nas zapchać, niby oczywiste przełożenie, ale jakoś czuję się co najmniej oszukany, kiedy ktoś dybie na moje zdrowie. Gdyby chociaż te droższe produkty były pozbawione takich dodatków, to człowiek jeszcze miałby wybór, a z tym bywa różnie. Trudno studiować skład każdego produktu podczas zakupów. Nikt nie ma na to ani czasu, ani wystarczającej wiedzy. Pasuje także mieć świetne okulary do czytania, ponieważ etykietki na pomniejszonych opakowaniach też są pomniejszone, razem z literkami na nich. Dodatkowe oświetlenie również wskazane – przecież jesteśmy w ekskluzywnym sklepie, a nie w szpitalu u chirurga. Taka lampa czołówka będzie najbardziej wskazana, bo rąk nie absorbuje.

Jedynym polepszaczem, którego tak naprawdę potrzebujemy podczas zakupów jest solidny zastrzyk gotówki. Zamiast nastrzykiwać dla nas mięso, co by było go więcej, a przede wszystkim dużo zaważyło, wystarczy wpompować pieniądze w kieszenie konsumentów. Ludzie od razu zaczną zachowywać się racjonalniej, przynajmniej ci, którzy jeszcze nie wchłonęli zbyt dużo metali ciężkich na przykład z łososia norweskiego. Bo ów, hodowany na szybko, nigdy nawet nie widział Morza Norweskiego, ale całe życie zajadał się soją, tłuszczem z kurczaka oraz barwnikiem, dzięki któremu jego mięsko jest różowe. To przecież jego naturalny pokarm, występujący w morzu od zarania dziejów. To znaczy od zalania dziejów hormonami wzrostu, pestycydami i zwykłymi polepszaczami smaku dla Kowalskiego. Przy tym wszystkim chińska witaminka – nazwa potoczna, wynikająca z dodawania jej do każdej potrawy w tych restauracjach o dziwnych nazwach – czyli glutaminian sodu, to niegroźne ziarnko w silosie pełnym chemicznego granulatu. Patrząc na to mamy jasność – jesteśmy robieni na szaro już od poczęcia naszego jedzenia, a sukcesywnie pomniejszane opakowanie jest tutaj najmniejszym problemem. I jedno jest pewne, ten akurat problem będzie dalej malał. Będziemy mieć coraz mniejsze porcje, ale będziemy coraz bardziej otyli. Czyli, jak z tego wynika, dążymy do dobrobytu. No, prawie. Jak mawia zbiorowy klasyk, na coś trzeba umrzeć. A wybór mamy coraz większy.

Dowiedziałem się ostatnio z mniej lub bardziej pewnych źródeł, że mówienie do gości słowa: smacznego, stało się już niekulturalne. Bo skoro sami przygotowaliśmy dania, to już nie ma co zaklinać rzeczywistości, albo się udało, albo Raphacholin. Osobiście się z tym nie zgadzam, bo idąc tym tropem, niebawem inne magiczne słowa zostaną wyparte przez językozmyłków. Ale dziś, pod powyższym tekstem, bardzo mi wypada wszystkim producentom żywności życzyć – smacznego! Jest to wyjątkowo niekulturalne z mojej strony, bo nawet sam tych produktów nie przygotowałem. Jednak właśnie dlatego, pomimo mojej grubiańskiej natury, sumienie mam… niedosmaczone.

 
TEKST OPUBLIKOWANY NA STRONIE SIĘ MYŚLI

Turcja – sprzeczności w kontrastach

Z czym kojarzy nam się Turcja? Z orientem, z Konstantynopolem, z najazdem Turków na Polskę, z kebabem, czy może z lękiem przed islamem? Sam pamiętam opowieść mojej mamy, która była w Turcji pod koniec lat 80. Wtedy jeździło się tam po ubrania z dżinsu oraz stroje, upstrzone błyszczącymi naszywkami, od bluzeczek, przez sukienki, a na rajstopach wyszywanych cekinami kończąc. U nas był wtedy schyłek epoki szarości, koloru charakterystycznego dla życia za żelazną kurtyną. Opowiadała, jak na targu musiała dwa razy zapłacić za winogron, raz w trakcie zakupu, a drugi raz po. Inaczej pewnie nie opuściłaby placu, bo została otoczona przez dużą grupę rozkrzyczanych Turków w strojach tradycyjnych. To był pokaz, ile znaczy w Turcji kobieta bez męskiej asysty, skrojony jak na tamte czasy. Nie była tam sama, zakupy robiła z koleżanką, ale to niczego nie zmieniło. Obecnie dwie spacerujące kobiety nikogo nie dziwią – chyba, że są pięknymi blondynkami. Jeśli jesteś samotną i piękną blondynką, natychmiast zorganizuj sobie przewodnika, inaczej jakiś przypadkowy sam nachalnie się napatoczy.

Turcja jest krajem kontrastów i akurat w tym stwierdzeniu nie ma nic odkrywczego. Dzieje się tak zapewne z wielu powodów, ale jest jeden, bardzo prozaiczny. Jej zachodnią część oblegają turyści, przez co rozwija się prężnie i żyje bardziej bogato. Natomiast na lekko zapomnianym wschodzie, mniej podatnym na przyjezdnych, widać oznaki biedy oraz zdecydowanie mocniej zaznacza się konserwatywne podejście do wyznawanej religii. W przypadku Turcji istotniej odkrywczy jest fakt, że turystyka została tu zorganizowana całkiem niedawno. Jednak błyskawicznie stała się odrębną i dominującą dziedziną gospodarki. Na szeroką skalę turystyka przyjazdowa rozwija się w tym kraju dopiero od połowy lat 90, zresztą przy ogromnym wsparciu ze strony rządu, który próbuje mądrze wykorzystywać turystyczną żyłę złota, na przykład inwestując w komunikację i ochronę zabytków.

Zgodnie z prawem Turcja jest krajem laickim od początku istnienia jako republika, czyli od 1923 roku. Widząc jednak mnogość minaretów górujących nad miastami, które hucznie obwieszczają wezwania do modlitw, można odnieść zgoła inne wrażenie. Tym bardziej, iż meczety spotyka się wszędzie, w górach, na stacjach benzynowych, na dworcach autobusowych i na lotniskach. Aż 99,64% mieszkańców kraju deklaruje jedną wiarę – muzułmańską. Jest to mylące, gdyż nie ma tam czegoś takiego jak ateizm. Jeśli ktoś się nie deklaruje, jest automatycznie kwalifikowany jako wyznawca islamu. Ciekawostką jest, że Turcja ma największy odsetek obywateli bezwyznaniowych – biorąc pod uwagę wszystkie kraje muzułmańskie. Statystyki kontra ciekawostki, to też – jak widać – nie lada kontrast. Na ulicach rzadko widzi się ludzi modlących o wskazanej przez głośnik meczetu porze – co jest częstym obrazkiem chociażby w Egipcie. Nie powinien też dziwić turystów fakt sąsiadowania ich hotelu, ściana w ścianę, ze świętym budynkiem, ani wczesnoporanne pobudki, dokonywane na nich przez zawodzący głos muezina.

W odzwierciedlaniu wiary strojem bywa różnie. Wschód kraju jest jak najbardziej ubrany w imię tradycji. Natomiast zachód, to styl zdecydowanie bliższy Europie. Fakt zakrywania twarzy przez kobiety wcale nie oznacza dosłownego przywiązania do rodzinnego domu, ani oddania swojego życia w ręce męża, jak bywa w krajach arabskich. Dla przykładu, tureckie kobiety uzyskały prawa wyborcze już w 1934 roku. A w – jakby nie było – wysoce cywilizowanej Szwajcarii, dopiero w 1971 roku. W jednym ze szwajcarskich kantonów kobiety były „bezgłośne” nawet do 1990 roku. Tak więc pod pewnymi względami Turcji bliżej do Europy niż innym krajom. To dzięki pewnemu politykowi o otwartym umyśle.

Jedna kwestia w Turcji zdecydowanie nie podlega kontrastom – oddanie do Ataturka, czyli „Ojca Turków”, który zrewolucjonizował rząd, światopogląd i myślenie tego kraju. A dokładnie Mustafa Kemal Atatürk, to on popchnął konserwatywny wyznaniowo kraj w stronę Zachodu. Jasno oddzielił władze świecką od praw muzułmańskich za pomocą wojska i uchwalonej konstytucji. Zakazano nawet noszenia fezu, kiedyś tradycyjnego nakrycia głowy. To dzięki temu politykowi Turcy zaczęli wierzyć w swój kraj. Jeszcze na początku XX wieku pogardliwym mianem Turka określano nieokrzesanych chłopów. Był to synonim prostaka i grubianina. Godność wspomnianemu określeniu nadał dopiero Ataturk. Zjednoczył oraz uniezależnił politycznie i gospodarczo swój naród. Po dziś dzień w każdym tureckim mieście stoją jego pomniki i popiersia, a portrety zdobią urzędy, ulice i sklepy. Są jego domy pamięci i muzea mu poświęcone. Osoba Ataturka została poddana absolutnej gloryfikacji. Nikt nie może powiedzieć o ich „ojcu” złego słowa, a tureckie flagi wiszą dosłownie wszędzie – i to nie od święta, i nie tylko na budynkach administracji. Uwagi wymaga kwestia, że jeszcze do niedawna do żadnego z budynków instytucji państwowych nie można było wejść, okazując strojem lub symbolem przynależność do islamu. Chodzi głównie o chusty na głowach u kobiet i długie brody u mężczyzn. Radykalne kobiety podobno używały peruk, zakładanych na chusty. Niestety nie wiem, co z brodami robili mężczyźni. Obecnie Turcja wykonała duży krok w stronę konserwatyzmu, więc ten zakaz może nie być już ściśle przestrzegany.

Ceny w Turcji, do tego w walucie euro, również są bardzo kontrastujące. Europejczyków przyzwyczajonych do metek i stałych cen, ewentualnie promocji, przede wszystkim zdziwi różnica między ceną proponowaną, a ceną końcową. Ceny wyjściowe po negocjacjach mogą się skurczyć nawet o 75% wartości. Można by pomyśleć, iż traktują przyjezdnych jak głupców, ale zapewne nie całkiem. Taka po prostu jest ich mentalność handlu. Przy czym, Turcy ponoć szanują turystów niełatwych w negocjacjach. Brak negocjacji jest źle widziany, choć niewątpliwie opłacalny.

Turcja generalnie nie jest krajem bogatym, pomijając oczywiście rejony turystyczne. Nie przeszkadza to w usytuowaniu rozległego, błyszczącego sklepu z dywanami lub wyrobami jedwabnymi tuż obok biednej lepianki, w której ludzie żyją w sposób prawie niezmieniony od kilku pokoleń. Ilość ekskluzywnych samochodów, zaparkowanych przed tymi jednotowarowymi marketami może przyprawić o zawrót głowy. Należą do właścicieli, zatrudnionej rodziny i kilku szczęściarzy, którym udało się nauczyć języków obcych i poznać kilka technik sprzedażowych. Dziwi ten kontrast z biedą zza miedzy. Natomiast ceny produktów tłumaczą całą resztę. Jedwabny, ręcznie tkany dywan kosztuje mniej więcej 6 tysięcy euro. W cenę wliczony jest pokaz pozyskiwania jedwabiu oraz tkania. A sam dywan wygląda jak mroczne wspomnienie poprzedniego ustroju, wiszące na ścianie w domu naszej babci, ale 30 lat temu. Kurtki skórzane tuż po zaprezentowaniu ich podczas mini pokazu mody, z modelkami na wybiegu, muzyką i światłami, można nabyć za około tysiąc euro. Zwiedzić można także supermarkety z jedwabnymi wyrobami oraz kilkupiętrowe sklepy jubilerskie z bajkowymi wyrobami z każdego możliwego kruszcu, w tym z diamentami jak piłki do tenisa. Ceny oczywiście światowe, plus 75% narzutu do ewentualnej negocjacji. Nie bez powodu tylko zwiedzamy…

Jednak najpiękniejszy turecki kontrast można spotkać na plaży. Śmiało należy powiedzieć – jest to idealny kraj dla tych, którzy nie mogą się zdecydować, czy chcą jechać nad morze, czy w góry. W niektórych miejscach Turcji będziemy bowiem mieli dwa w jednym. Piękną plażę i morze, z których wyrastają bogato warstwowane i wymyślnie pofałdowane skały. Widoki niezapomniane, nawet po negocjacjach. Za to plaże nie są ani złociste, ani wysypane drobnymi ziarenkami piasku, jak przykładowo w Bułgarii. Są żwirkowe, a zejścia do wody kamieniste. To przez pobliskie góry i materiał skalny, którego woda nie zdążyła jeszcze odpowiednio rozdrobnić. Góry sprawiają, że w Turcji można znaleźć miejsca oddalone od turystycznego hałasu, gdzie poza osiedlami hoteli i mnogością apartamentowców, oczywiście do nabycia, widać jeszcze prawdziwe ludzkie życie. Ale to jest już nasz kontrast, Europejczyka. Kontrast, dostrzeżony przez człowieka żyjącego stadnie z wygodami, który na urlopie odczuwa niepohamowaną chęć ucieczki od cywilizacji, dokładnie tam, gdzie autobus turystyczny łatwo nie dojedzie. Uwaga, lokalni kierowcy autobusów mogą zaskoczyć umiejętnościami, obwożąc po krętych, wąskich dróżkach, kołując tuż nad przepaściami. Za co, swoją drogą, warto zostawić napiwek.

Napiwki oczywiście są mile widziane, a wręcz wymagane. Niektórzy są nawet namolni w ich egzekwowaniu i potrafią obrazić się nie na żarty za ich brak. Pod tym względem są niemiłosiernie rozpuszczeni przez turystów. Jakby nie było, po to są wakacje, aby to siebie rozpuszczać, co do reszty, polecam według zasług, zgodnie z uznaniem. A jeśli chodzi o rozpuszczanie własne, koniecznie należy zabezpieczyć się po całości mocnym kremem z filtrem. Wtedy powakacyjne kontrasty skórne, objawiające się warstwowo, nie znajdą się w sprzeczności do oczekiwań kolorystycznych względem opalenizny. Nie ma sensu rozpuszczać się przez rozkruszanie naskórka. Zdecydowanie więcej sensu jest w zwiedzaniu, kosztowaniu potraw i obcowaniu z kulturą, tak różną od naszej.

 

TEKST OPUBLIKOWANY NA STRONIE SIĘ MYŚLI

Podróżowanie z dystansem

Z racji niekończącej się izolacji, zwiększania jeszcze bardziej dystansu społecznego i ryzyka uderzenia którejś z wielkich fal pandemii w moją niedużą osobę, siedzę w domu. Mam na myśli, że nie jeżdżę po świecie, ani nawet po kraju i nie doznaję nowego w sposób tradycyjny. Dlatego, na sposób jakże współczesny, oglądam ostatnio wiele relacji z podróży, poczynionych przez innych. Wyjechać na słońce niby i można, ale wybór obecnie jest dość ograniczony, większość wylotów jedynie z lotniska w Warszawie, a powrót obarczony ryzykiem kwarantanny. Jest przy tym obawa, że to przymusowe odosobnienie będzie dłuższe niż sam wyjazd.

Oglądam więc mniej lub bardziej wyszukane nagrania z dalekich krain i zauważam, iż nawet wśród podróżujących obowiązują te same standardy podziału, które mamy w kraju. Zawsze ktoś musi być lepszy od kogoś innego. Nawet, jeśli jesteśmy jedynie turystami z dystansem ledwo tysiąc kilometrów odległości od domu i wyjechaliśmy tylko na kilka dni. Chodzi o to, że jeśli styrany życiem człowiek jedzie na wczasy, to przecież nie może leżeć tydzień nad basenem, toż to niegodne ziemi, na którą zajechał. Wczasowicz musi dużo zwiedzać! Taka jest niepisana zasada relacjonujących w 4K. I nawet trudno dyskutować z taką jakością, której nie jestem w stanie odróżnić od zwykłego, prostackiego HD. Tym sposobem myślenia zwiedzać nie tyle należy, co zwyczajnie jest wymagane. Najlepiej zobaczyć wszystko lub chociaż takie obiekty, których nie widzieli inni. Wtedy jest spektakularnie, z dużą dozą szansy na szacun. I oglądalność nam wzrasta. I mamy dużo małych, uniesionych kciuczków. Jest łapka w górę i życie jest znośniejsze, a my od razu jesteśmy lepszymi podróżnikami. Oczywiście lepszymi od innych.

Nasze wakacje wpisują się w codzienne współzawodnictwo. Mielibyśmy zostawić nasz szczebel kariery w miejscu pracy, nigdy! Nie możemy sobie odpuszczać na wakacjach. Kto odpuszcza, wiadomo, nie jest zwycięzcą. Musimy być zawsze najlepsi, mieć jasno sprecyzowane cele, określoną ścieżkę kariery i ogromny sukces, majaczący na jej końcu. Przydatny jest w tym zestawieniu również kredyt na pół miliona we frankach, wtedy nasza motywacja jest gwarantowana. A jeśli z jakichś powodów nie możemy być najlepsi, nawet po wielokrotnym opuszczeniu prywatnej strefy komfortu, wtedy bądźmy chociaż lepsi od innych. Zwiedzajmy więc na własną rękę i zdecydowanie nie te miejsca, gdzie przyjeżdżają wycieczki z biur podróży. Wycieczki zorganizowane, to zło! To mielonka wieprzowa z mięsa, oddzielanego mechanicznie, serwowana w basenie Morza Śródziemnego, zamiast owoców morza. Unikamy więc autokarów z turystami oraz komunikacji zbiorowej. Jeśli już musimy gdzieś udać się grupowo z pospólstwem, to jedyną dopuszczalną formą przemieszczania się w takich przypadkach jest droga morska. Katamaran lub prom, jedynie w ostateczności. Najlepiej kameralna łódź lub jacht, na pokładach których serwują lunch czy też brunch ze świeżo złowionych, szczęśliwych ryb o wyszukanym rodowodzie. Niechybnie okazuje się, że ze wszystkich turystów płynących z nami, tylko my umiemy odpowiednio profesjonalnie pływać. Dzięki temu jedynie nam jest dane należycie docenić piękno dna morskiego, oddając się nurkowaniu. Reszta tałatajstwa ledwo wejdzie do wody, od razu zniszczy pół atolu rafy koralowej. Zupełnie nie rozumiemy, jakim prawem tym naturszczykom sprzedano w Empiku ten sam przewodnik, co nam. Że też płetwy weszły im na opuchnięte, kostropate odnóża.

Jednak najbardziej wzgardzanym zachowaniem wczasowiczów jest coś innego. Otóż, rzeczą wybitnie karygodną jest rezerwowanie leżaków. O świcie, na długo przed serwowanym śniadaniem, wczasowicze biegną położyć swoje ręczniki na najlepiej usytuowanych leżakach. Nigdy tak nie rób, bo nie zostaniesz zwycięzcą! W głowę zachodzę, dlaczego akurat ten bieg szczurów jest zakazany… Skoro już wydajemy ostatnie pieniądze na wycieczkę zagraniczną i skoro mamy już zagwarantowane darmowe drinki przez cały tydzień, niby czemu mielibyśmy leżeć daleko od basenu, lub co gorsza w cieniu? Wtedy kiepsko będzie widać nasz dzióbek na selfiaczkach. W sumie to nasz dzióbek już wszyscy widzieli, ale o ten błękit basenu chodzi w kontraście do koloru drinka z palemką. Stworzenia morskie kiepsko znoszą nasze palemki, słomki a nawet mieszadełka, ale nie przejmujemy się miękiszonami, mamy je już na zdjęciach. „Alleluja i do przodu! …piorun nie uderza w byle co.”

Lepsi podróżnicy nie wiedzą, iż może tych gorszych nie stać na nic innego, że może nie znają obcego języka i zwyczajnie nie mają śmiałości swobodnie przemieszczać się po innym kraju. Lub może właśnie chcą spędzić caluśki urlop na nicnierobieniu. Choć mogli przecież siedzieć w domu, mniej by się spocili. Nas, prawdziwie podróżujących, interesują wyłącznie dobre ujęcia i aktywny wypoczynek, chyba iż akurat można się ponaśmiewać z walczących o leżaki, to wtedy korygujemy priorytety. Natrząsamy się publicznie, utrwalając marną gawiedź na filmie. Pozwalamy im na chwilę wyjść na pierwszy plan. Długo nie zaprząta nam to głowy, zaabsorbowani jesteśmy przecież aktywnym wypoczywaniem. Najaktywniejszym z właściwych. Tak aktywnym, jak należy właśnie spędzać urlop. Bieg z ręcznikami staje się kolejną ciekawostką z podróży, ale jako aktywność negatywna. Kolejna niekonsekwencja rozumowania, ale za to następny punkt dla nas, ludzi o perfekcyjnej opaleniźnie, wymuskanej morską pianą.

Gdyby to z założenia była prześmiewcza relacja, nawet bym się uśmiechnął na taki komentarz w trakcie oglądania – ręcznikowce tuż po wschodzie słońca rozpoczynają swoją aktywność ruchową. Ale nagrania, które widzę i opisuję, aspirują do miana poważnych relacji telewizyjnych, opartych wyłącznie na faktach w sposób wręcz dokumentalny. W tym miejscu dowcipny wtręt natury socjologicznej, na temat stadnych zachowań nad basenem, nie jest wnikliwą obserwacją. Jawi się bardziej jako niesmaczny brak dobrego wyczucia. Skoro jednak jeździ się po świecie, gdzie grasują innowiercy ze swoimi pasożytami i pierwotniakami, a nam udało się nie zarazić, dobitnie znaczy to, że swoje wiemy, a nasza postawa jest właściwa. Filmujemy przestrzenie z drona, którego nawet nie daliśmy sobie ukraść, czyli wiemy jak to robić. Opowiadamy historyczne fakty bez podania źródeł ani autorów i co nam zrobicie? Formułujemy okrągłe opinie o całych narodach po zakupie bananów na lokalnym bazarku, bo doskonale znamy lokalne nawyki mieszkańców. Wypowiadamy obce nazwy, jak nam się żywnie podoba, toż nikt nie zauważy różnicy. Mamy podstawowe braki w edukacji, ale przecież dużo mówimy.

Jedno jest pewne, jesteśmy najlepszymi turystami, niezależnie od przygotowania merytorycznego oraz zakupionego wyposażenia. Cała reszta, to pseudo turyści, uwłaczający naszemu pojęciu zwiedzania. Bardzo to megalomańskie, ale nam, zjawiskowym osobowościom o wyśmienitym przekonaniu własnym, musi być przecież można tak o sobie myśleć. Fragmenty niepasujące do opisu powyżej nie zostaną wmontowane w wersję finalną naszych pamiątek z wakacji. Pozwolimy nawet, by nasze nieskazitelne relacje z podróży powszechnie zastąpiły wasze nieostre foty znad basenu. W tym celu, wiadomo, wszystkie łapki w górę! Nieustannie komentujcie nasze posty! Nie zapomnijcie zasubskrybować kanału i zaznaczyć dzwoneczka powiadomień. Bez tego, my, wasi bożyszcze aktywnego wypoczynku, zostaniemy dezaktywowani przyczynowo. Nie moglibyśmy istnieć, mając świadomość, że nie ma nas w waszych wirtualiach. A tego byście nie znieśli. Byłoby wam nudno tak po próżnicy leżeć nad swoimi basenami pełnymi marzeń, które zostały skalane zbyt skromnym budżetem i przesadnie wymieszały się z chlorem dnia powszedniego. Stąd wasze blade twarze, a u nielicznych częściowa, lecz krzywa opalenizna. Temu skóra z czoła schodzi, a nos zaczyna świecić na czerwono. Dlatego tu jesteśmy, tacy zajebiści.

 

TEKST OPUBLIKOWANY NA STRONIE SIĘ MYŚLI

Temperatura metalu

Wszystko, o czym myślałem wcześniej, straciło znaczenie. Bezsilność odzierała egzystencje z jakiejkolwiek treści, a gniew narastał potwornie kształtnie wobec odniesionych strat. Jedna informacja zdeklasowała wszelkie dotychczasowe priorytety. Wewnętrzny ład wypracowany przez lata pracy nad sobą, nagle okazał się warty mniej niż gruba waluta po denominacji. Odczytałem zaistnienie faktu wcześniej niż inni. Nie chciano mówić o szczegółach przez telefon, ale ja wiedziałem już w momencie kiedy tylko padło pytanie:

– Co się stało?

Oczywiście wytłumaczyłem to sobie jako kolejne czarnowidztwo na motywach moich ulubionych skłonności, zazwyczaj polegających na szukaniu w mroku wszelkich prawdopodobnych rozwiązań. Uwielbiałem prorokowanie nad próżnym. Przewidywanie w możliwościach, które zazwyczaj nie mogły się wydarzyć. Niestety, tym razem wyobrażenia okazały się trafne. Tak absolutnie, idealnie i stuprocentowo w punkt. W sam środek podłości. Przebłysk świadomości szybszy niż impuls we wnętrzu światłowodu.

– Sąsiad nie żyje. Zginął. Na miejscu. W wypadku samochodowym. Wczoraj. Popołudniu.

Wczoraj, kiedy jako niezrealizowane medium przeżywałem kolejne nic nieznaczące załamanie. Chwilową zapaść w sobie opartą na bazie niemocy. Zwykłą nieciągłość stabilnego nastroju, niewartą wzmianki w katalogu zdarzeń. Była to jednak poważna, emocjonalna wyrwa, niczym przydomowa depresja w obejściu samotnej chatki posadowionej w Alpach, w strefie lodowców. Dokładnie wtedy, wczoraj popołudniu, w pewnym momencie ogarnęła mnie fala pozytywnych odczuć. Do tego stopnia optymistyczna, że zacząłem śmiać się w trakcie ślęczenia nad książką i czytania po raz setny jednego zdania, które wciąż przepadało w próżni pomiędzy kartką, a stanem mego umysłu. Jednocześnie pomyślałem, że wariuje, i że to jakaś wyższa moc oświetliła na moment moje utytłane w czerni myśli. Chociaż według osobistego pojmowania, oba te zjawiska na raz zdecydowanie się wykluczały. Nie odbierałem nigdy ciemności i światła jako zjawisk choćby zbliżonych do zborności w swym występowaniu. Teraz już wiedziałem. Połączyłem punkty w czasie. Jeszcze nie oszalałem. Odwiedził mnie sąsiad. Jako przepływające lśnienie. Stanowiłem bowiem drobny fragment życia zmarłego, a to akurat w tamtej chwili całe życie wyświetliło mu sie przed zamykanymi na wieki oczami. Umykająca z ciała energia, która po drodze do domu powraca wszystkimi kanałami, które kiedyś odwiedziła, lub które kiedykolwiek dały jej powód do zaistnienia. Przemknął obok mnie jak wiązka fotonów, widoczna jedynie dla serca. Jeden z tych bardziej lubianych przez mnie współmieszkańców. Jak na ironię. Wiadomo, chamów nie wzywają do nieba przed czasem. Mieszkał dwa pokoje dalej. Był taktowny i kulturalny. Inteligentny, szczupły, wysoki, przystojny. Dostał od życia pełen pakiet. Na krótko. Jakby tylko wypożyczono mu to wszystko bez możliwości prolongaty. Niewyobrażalne świństwo losu, darowane w ozdobnej szkatułce z bogato inkrustowanymi złotem detalami. Jak tort urodzinowy przełożony najmniej szlachetną z pleśni. Wczoraj martwił się o stan projektu jaki miał przygotować do pracy, a dziś osiągnął temperaturę metalu w przemysłowej lodówce. Jutro po nim zapłaczą. Pojutrze załamią ręce. Za tydzień uczczą chwilą milczenia. Za miesiąc zapomną. A ja to wszystko będę czuł.

Kilka dni później odbył się pogrzeb. Wiało i rzucało lodem jak w styczniu na tatrzańskiej Dziurawej Przełęczy. W kaplicy spotkałem jego brata. Wychodził z matką z zakrystii. Szli pod rękę. Choć w zasadzie to ona prowadziła jego. A raczej jego umęczone ciało pozbawione chęci życia i sensu ku temu. Identyczne z wyglądu i w szczegółach zachowania, jak to u bliźniaków. Wtedy już nie wytrzymałem.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALU DESPERAT-ZINE

W magazynie osób mniejszych 14

Obecnie najbardziej doskwiera mi inna, mała suwerenność tego kraju. Otóż, krany. Staram się ze wszystkich sił znaleźć szczwane rozwiązanie higieniczne dla problemu z moimi aktualnymi sanitariatami, w których jest bardzo dużo małych kraników. Podobno małe jest piękne, ale naprawdę zdecydowanie wolałbym jeden duży kran, jak w domu, niż dwa malusie – w jednym wrzątek; w drugim zimna woda. W przypadku zlewu daje jakoś radę, ale jeśli chodzi o wannę, to moja wyobraźnia (o której zawsze miałem mniemanie, że jest posunięta na drodze mlecznej, jak prom po eksplozji wszystkich zbiorników paliwa przy zachowaniu trzeciej prędkości kosmicznej) po prostu nie starcza. Bo jak do licha mam sobie umyć głowę jeśli nie ma tam nawet przenośnego prysznica ręcznego? Najpierw w zimnej wodzie, potem we wrzątku, czy na odwrót? Przecież tylko mordę mam niewyparzoną. Może powinienem najpierw napuścić całą wannę wody z obu malutkich kraników, a potem włożyć do niej głowę? Jeszcze będę nad tym myślał.

Póki co pracuję w czapce, głównie dlatego, że tutejszego magazynu, w tej malutkiej metropolii jakim jest Manchester nie stać na ogrzewanie. A magazyn jest ze trzy razy mniejszy niż ten w Antrim. Więc teoretycznie byłoby łatwiej go podgrzać. W Irlandii panowały ludzkie warunki pracy, przynajmniej pod względem temperatury. Nie bez powodu zapewne jestem właśnie tu na banicji, a nie na Karaibach pod palemką od drinka zwaną parasolką. Na razie czapką ogrzewam bezużyteczny w pracy mózg, do czasu aż sobie coś na głowie wyhoduję. Chyba przestanę zwalczać łupież, bo tak mi tu brakuje rozrywek… Będzie pełnił wielopłatową funkcję izolacyjną. Albo chociaż jakaś mała epidemia wszawicy? Są rzeczy, którymi mógłbym się dzielić nieprzerwanie. Tak się tylko zastanawiam, czy jakbym poprosił to ktoś by mi przysłał z Polski jedną, malutką gnidę? Okazałoby się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem!

Fakt, mamy tu parę gnid w pracy i pewnie w każdym zbiorczym domu też, ale ja bym chciał mieć taką osobistą z pierwszego tuczenia ze znanego źródła, żeby było wiadomo, co to wcześniej żarło i w kogo się wdało. Bo zawsze trzeba mieć coś swojego i na własność. Na obczyźnie dopiero zdałoby się. A tu tylko iluzje. Iluzja tego, że Anglicy są słowni. Iluzja, że pośrednik się o nas troszczy. Że zarząd magazynu chce abyśmy byli w pracy szczęśliwi. Iluzja normalnie wiedzionego życia. Nie żeby w Polsce było lepiej. Tam jedynie iluzje są bardziej zrozumiałe, bo w ojczystym języku. Wszystko w Polsce jest bardziej iluzoryczne niż prawdziwe. Gdy tu opowiadam Anglikom o realiach życia u nas, to się dziwią, czy to aby na pewno jest możliwe przeżyć za pieniądze, które tam zarabiamy? Lub nie zarabiamy wcale, jakoś żyjąc. Idyllicznie, jesteśmy uduchowionym narodem, pełnym wiary i nie potrzebujemy rzeczy materialnych do życia. Ciekawe, że w krajach wyżej sytuowanych raczej nie wierzą w cokolwiek ponad konsumpcję, a mają się lepiej. Przynajmniej taka jest iluzja, której wszyscy się trzymają. A w Polsce Bóg nadal musi wysłuchiwać koncertów życzeń i dmuchać w tę maszynkę lotto do unoszenia piłeczek. Wcale się nie dziwię, że jest przychylniejszy dla innych krajów… Złote rybki, kiedy się orientują w jakim kraju przyszło im pływać, od razu automatycznie wywracają się brzuchem do góry i symulują śmierć przez utopienie całego organizmu. Dajże mi kurdele też! Najlepiej sto milionów.

W magazynie osób mniejszych 13

Jeden z nas zesłańców z wyboru wracał do Polski tego samego tygodnia, w którym ja oczekiwałem na werdykt w sprawie kolejnego meandra na drodze życia. Tym sposobem, że jego naglił czas, a ja miałem go mnóstwo zwiedziliśmy Belfast oraz szczegółowo przeszukaliśmy większość okolicznych sklepów w poszukiwaniu redukcji cenowych. Belfast okazał się na tyle brzydki, aby każdemu przywołać na myśl Katowice. A raczej okolice dworca, bo więcej nie znaliśmy. Ostatnio słyszałem, że nie jest to najbrzydsze miasto na Śląsku. Podobno Zabrze wiedzie prym. Nie działa to jednak na mnie pocieszająco w żaden sposób. Zakupy to co innego… Polowanie na obniżki znów zakończyło się powodzeniem. No w czepku urodzony, jak nic. Co nie zmienia faktu, iż większość cen jakie widzieliśmy była absolutnie pozbawiona sensu dla przyjezdnych małych ludzi. Poza sklepowymi atrakcjami nie znaleźliśmy nic wartego choćby jednego zdjęcia. Nawet jeden samochód nie wyleciał w powietrze na znak niezadowolenia członków IRA, żadnych manifestacji, żadnych bojówek, żadnych łapanek, ale nudy. A tak mnie straszyli przed przyjazdem w te okolice… Wiedziałem, że to wszystko wroga propaganda!
Najdziwniejsza rzecz jaką zauważyłem to to, że niektóre przystanki mają obrócone w drugą stronę i nie chodzi mi o fakt, iż są nie po tej stronie ulicy co u nas, muszą więc być otwarte w druga stronę. One po prostu stoją plecami do ulicy. Takie przystanki bardzo dla przechodniów, bardziej niż gdzie indziej. Przynajmniej żaden samochód nie ochlapie wodą z kałuży czekających na przystanku. Właściwie nie powinno mieć to większego znaczenia zakładając prawdziwość opinii, jakie słyszałem na temat tutejszej komunikacji publicznej, która tak naprawdę nie jest wcale publiczna. Autobusy mianowicie zatrzymują się tylko na żądanie, albo kogoś z zewnątrz, albo wewnętrznego pasażera. To znaczy osobnicy z wewnątrz mają prawie absolutną szansę na zatrzymanie pojazdu, natomiast osobnicy z zewnątrz zdani są na łaskę kierowcy. Jeśli na poboczu stoi jeden człowieczek to niekoniecznie jest sens się zatrzymywać, a gdy stoi cała grupka ludzików, do tego nocną porą i wyglądają na przykład jak Polacy po pracy, czyli nie do końca zachęcająco, to zatrzymywać się nie trzeba przesadnie wcale. Szczęśliwie w Manchesterze nie zanotowałem jeszcze lęków wśród panów motorniczych. Opieszałość owszem. Kiedy autobus jest pełny to się nie zatrzymuje, nie jak w rodzimych busikach, gdzie nawet tlenu nie da się już wepchnąć, a społeczeństwo z oburzeniem kotłuje się pod sufitem emitując negatywną energie. Dziwić się, że w kraju tak łatwo o wypadek na drodze przy takiej skopanej aurze… Potem miliony są wydawane na akcje „stop wariatom drogowym”. A dług narodowy rośnie z każdą sekundą. Ciężko się w Polsce nie denerwować, nie tylko za kierownicą. Przecież tego się normalnie nie da znieść na trzeźwo!
Kolejna ciekawostka, w Belfaście nie mają czegoś takiego, jak zatoczki, aby autobus mógł się bezpiecznie zatrzymać nie tarasując całej jezdni. Oni mają wypustki, aby autobus tarasował dokładnie całą ulicę, a pasażerowie mieli jeszcze dalej niż zajmuje im droga niezbędna do okrążenia przystanku stojącego tyłem. Rozumiem, że Anglia stara się, jak tylko może, by być odmienną na tle reszty świata, ale nie powinna tego robić na tak szeroko zakrojoną skalę. I kto to mówi? Ja bez starań jestem najbardziej odstającym indywiduum wśród znanych mi pobratymców, tudzież innych ludzkich podajników.

 LINK DO CZĘŚCI 14

W magazynie osób mniejszych 12

Każdy z nas dzwonił do Polski lub wysyłał esemesy z pozdrowieniami z nad Atlantyku. Tak się rozpłynęliśmy pod wpływem tych przyjaznych warunków zapogodowania, że nie zwracaliśmy uwagi na upływający dzień o krótkim okresie nasłonecznienia, typowy dla przedostatniego miesiąca roku, a do naszego cudu mieliśmy jeszcze jakieś jedenaście kilometrów. Również na popas trzeba było zorganizować moment. Piknik był na skale, żeby nie było jak w filmie „Piknik pod wiszącą skałą”, gdyż straty w ludziach nie zostały przewidziane. Bankowo nie zdążylibyśmy przed zmrokiem, gdyby nie kolejny związek z mądrością ludową według której: głupi ma zawsze szczęście.
Szliśmy wzdłuż wybrzeża tak długo jak pozwalały na to klify. Później wdrapaliśmy się na nie, brnąc przez chaszcze czerwieniących się zarośli. Następnie wędrowaliśmy poboczem wzdłuż drogi na wschód od Portrush. Fotografowaliśmy dziwne twory skalne zawieszone nad urwiskami klifów, które równomiernie porastała soczyście zielona trawka. Dokładnie jak na irlandzkich pocztówkach. Przy pierwszych oznakach zachodzącego słońca minęliśmy ruiny zamku Dunluce. Rozognione słońce oświetliło stojące na sztorc i jakby zaostrzone zwieńczenia ścian, w których to widniały czarne oczodoły jako pozostałości po dawnych oknach. Zamek powstał w trzynastym wieku, a od stuleci uchodził za nawiedzony, od czasu kiedy jego część, łącznie z mieszkańcami, runęła do morza wraz z oberwanym pod nim klifem. Od tamtej pory mury pozostawiono same sobie, a raczej na łasce matki natury. I to chyba one jedynie mogły tam straszyć, gdyż duch zamku raczej był nam życzliwy, bo właśnie wtedy dopisało nam szczęście. Zatrzymał się samochód z bardzo miłym starszym panem, choć tu nie mają w zwyczaju praktykować łapania stopa. Oczywiście mnie przypadło udawanie fajnego i animowanie, reszta zasłaniała się brakami językowymi. Zazwyczaj wszyscy inni mają więcej do powiedzenia, ale w strategicznych chwilach, do walki wkraczają tajne siły milczących konfidentów. Cichociemni wszystkich krajów łączą się, aby dobyć ze swych trzewi myśl. Niektórzy do takich procesów używają mózgu, u mnie natomiast słowa niekoniecznie muszą współpracować z wcześniejszymi przemyśleniami. Syndrom telegrafistki, czyli byle duży słowotok. Na szczęście długo tak nie mogę. Pan kierowca stwierdził:
– Masz francuski akcent.
Jasne. I pewnie urodę Eskimosa oraz umaszczenie Indianina. To stuprocentowo przez tego ślimaka, którego zjadłem dwa lata temu całą gębą – jakby nie było we Francji. Natomiast kiedy byłem w Hiszpanii, dawno temu jako nastolatek, przypadkowe turystki zagadywały do mnie po ichniemu pytając o drogę… Mamo, kim ja jestem ?!
Po drodze pan kierowca opowiadał nam krótkie historyjki o mijanych miejscach a ja, nie bacząc na akcent, dzielnie opowiadałem mu, gdzie pracujemy i skąd jesteśmy. Na koniec zażartował, iż zawsze, gdy będzie otwierał puszkę fasolki będzie ciepło o nas myślał, jako o tych, którzy dźwigają ten angielski specjał. Ten niezastąpiony składnik tutejszych śniadań, zaraz obok tostów, sadzonych jaj, bekonu i wyjątkowo ohydnych kiełbasek. Z warzyw oszczędnie – zmiażdżone pomidory lub groszek, też zdruzgotany, oczywiście prościutko z puszeczki, absolutnie bez ociupinki soli, aby podnieść wielowymiarowość doznań. Bo sól jest nie wskazana. Zatrzymuje wodę w organizmie i potem człowiek lekko puchnie, następnie pulchnieje, by zrobić z siebie w ostateczności dorodnego pączusia z oponkami od stóp, przez wszystkie podbródki, do głów. Wszystko byłoby w porządku, nawet bez tej śmiercionośnej dla wyznawców zdrowia soli, gdyby którekolwiek z tu wymienionych dóbr smakowało należycie, ale niestety nie na tej wyspie. Tymczasem na wybrzeżu…
Niezależnie od wad mojej wymowy, dotarliśmy do samiutkiego celu, a to było najważniejsze. Udało się w ostatniej chwili, bo zachód słońca był kwestią jedynie kilkunastu minut. Pożegnaliśmy się z miłym panem kierowcą, dziękując wyjątkowo szczerze. I pognaliśmy do celu naszej wyprawy. Szkoda, bo ten jeden z siedmiu cudów natury chyba jest tym siódmym w kolejności. Albo na taką subiektywną ocenę wpływa moje wykształcenie geologa, który kamienie już widział wcześniej, albo wzburzony Atlantyk rozbijający się o strome klify oraz inne bogate w formy ostańce przyćmił u mnie swą nieobliczalną siłą żywiołu wrażenie cudu. Ładne miejsce. Warto zobaczyć przy dobrej pogodzie i braku pośpiechu. Szczególnie jeśli lubi się tłumy ludzi utrudniające życie fotografom. Piękne widoki. Oryginalne ukształtowanie terenu. Szalone morze. Ale „bez cudów”.
Cud jednak miał okazać się jeszcze niezmiernie pożądany na naszej dalszej drodze małego, domorosłego wędrowniczka. Wyprawa Drogą Gigantów okazała się trochę drogą szaleńców, ale żaden nie darł szat. Szkoda było drzeć. Zimno było. Problem pojawił się w trakcie powrotu. Słońce nam zaszło. Ostatni autobus do Portrush odjechał. Nikt na zabranie gapowicza nie dał się namówić po zmierzchu, tym bardziej dla czterech polsko wyglądających intruzów. Taksówki dawno przestały pracować o tej porze w niedzielę. Dzwonienie pod każdy z możliwych numerów z recepcji przydrożnej restauracji na nic się zdało. Maszerowaliśmy więc po ciemku nieoświetlonym poboczem, które o dziwo wyposażone było na całej długości jedenastu kilometrów w chodnik co nie zdarza się nawet w centrum dystrybucji, a co dopiero na takiej odludnej drodze z krowami rozstawionymi po bokach. Pomocne rozwiązanie i to bardzo. Trudno było nasz powrót nazwać marszem, były to raczej zawody w chodzeniu na czas, gdyż czas nie był po naszej stronie. Nie muszę nadmieniać, że innych wariatów na całej długości naszego marszu nie spotkaliśmy. Czułem się jak mały hobbit niosący wielki ciężar w ciemnej, mrocznej krainie. Droga nie miała końca. W ostatniej chwili zdążyliśmy na pociąg z Portrush do Antrim, na styk, po dwóch godzinach wyścigów. Humory mieliśmy przednie, jak i apetyty mimo zmęczenia narządów ruchu oraz napęcznienia ud, łydek i pośladków. Cóż takiego pracownicy fizyczni powinni robić w jedyny wolny dzień tygodnia? Umartwiać inne partie ciała niż na co dzień. Ale nie my… Za to dusze mieliśmy napojone pięknem, przynajmniej na jakiś czas dalszej pracy w Mordorze. Tak obrazowo nazwaliśmy nasz magazyn i nie była to na pewno inwencja własna. Dwa kolizyjne żywioły: potężny, wolny i wzburzony Atlantyk naprzeciw betonowego magazynu wykorzystującego ludzi, którzy się godzą na ten stan za najniższą stawkę. Najniższa stawka na rynku niestety odpowiada najwyższej stawce w życiu, rozłące. Dla mnie ta iluzja w pamięci miała starczyć na czas pozbawiony pracy. Okazał się nim być jeden bardzo długi tydzień, pełen świadomych iluzji.

LINK DO CZĘŚCI 13

W magazynie osób mniejszych 11

Cały tydzień obijałem się w tej małej irlandzkiej wiosce. Najprzyjemniejszy był fakt, że większość czasu obijałem się nieświadomie. Przypuszczałem, jak to się może skończyć, bo zawsze mam obcykane wszelkie możliwe opcje scenariusza, nie chciałem jednak rozwodzić się nad tym. Spędziłem ten czas bardzo miło, żeby nie powiedzieć błogo, wykorzystując możliwie najlepiej, w rozsądnej cenie, resztki czasu pozostawionego mi w Antrim. Jak wszyscy tubylcy oddałem się z pasją zakupom, choć w moim przypadku było to raczej polowanie na tanie ciuchy, a nie zakupy w ich rozumieniu. Zaopatrzyłem się na tyle, aby zaszczepić obawę o transport tego ciuchowego dobra. Cena dużo poniżej polskiej, była bezdyskusyjnie przekonywującym atutem. Tak łatwo dać się zwieść tej iluzji szczęścia. To dopiero inwestycja w szczęście na przyszłość, gdyż obecnie nawet nie mam gdzie chodzić w nowych rzeczach. Taka kwestia biznes planu z realizacją przewidzianą na kiedyś. Zastanawiam się, czemu ja się godzę na takie życie w zawieszeniu, do tego w niesprzyjających warunkach? Wiadomo, w ramach iluzji, że to poświęcenie własne pomoże mi odmienić przyszłość na lepsze. Bardziej jednak od zastanawiania się, czemu sobie na to pozwalam, przerażają mnie myśli, które przychodzą do głowy w tych raźniejszych momentach. Żeby może pomęczyć się tu zdecydowanie dłużej i przybliżyć w czasie tę domniemanie lepszą przyszłość zarobasa. To mnie napawa poważnym lękiem, bo z pewnością przeznaczenia świeżo wściekłej krowy na angielskiej farmie wiem, że mógłbym sobie zrobić i taką krzywdę. Nie mam jednak wewnętrznego pozwolenia na ponadplanowe straty życia. Te zaplanowane, to już nadmiar. Ponadto zdaję sobie doskonale sprawę, że przyszłość może być trudna do odmiany za pomocą pieniędzy. Na przykład w Polsce spętanej biurokratycznymi formularzami, każdy z zapotrzebowaniem na paletę znaczków skarbowych. Może nie udać mi się przebić. A jeśli już dorobię się willi z basenem, mercedesa i przybudówki z miejscem na kuca, co mi przyjdzie po bardziej komfortowym braku szczęścia?

Otumaniony beztroską, ewentualnie przeczuwający jakieś perturbacje w obszarze życia, zorganizowałem w najwcześniejszym możliwym terminie grupę szaleńców, która miała udać się nad północne wybrzeże by zobaczyć Atlantyk i jeden z siedmiu cudów natury, Drogę Gigantów. Jak na drwinę losu przystało, giganci także szukali alternatywnej drogi. Na ich plus działało, że byli duzi. Mieli ją zbudować z sześciobocznych kolumn bazaltowych wprost przez ocean. Niektóre źródła mówią o Grobli Giganta i jakoby był tylko jeden Gigant, budujący ową groblę do ukochanej. W każdym bądź razie kolumn jest ponoć trzydzieści siedem tysięcy, bo jakiś wariat, zapewne geolog, je policzył. Słupki chyba gigantom rozkradli, bo się nie udało.
– Skąd tam wtedy Polaków wzięli? – pomyślałem. Na szczęście, gdy sam szukam nowych dróg zazwyczaj tylko pakuje manatki do małego plecaczka. Pomijam kilkadziesiąt tysięcy słupeczków. Muszę popracować na większą spektakularnością działań.
Zgodnie z postanowieniem dopięliśmy celu. W cztery osoby udaliśmy się w nieznane na nieznanej ziemi w dążeniu zaznania jakichś wyższych emocji. Wznioślejszych niż te tradycyjnie spotykane w magazynie. Nie każdy urozmaica sobie życie, jak ja zderzając się z wózkami widłowymi. Już na początku nie wszystko poszło zgodnie z planem. Okazało się, że w niedzielę informacja na dworcu nie pracuje, z resztą prawie wszystko tutaj ma podobnie wolne. Jakby przynajmniej siódmy dzień tygodnia poświęcali na chadzanie do kościoła, co nie zdarza się przeciętnemu obywatelowi tego kraju. Na domiar nieciekawie złego wyszło na jaw, iż nie jesteśmy, tak inteligentni, jak Anglicy i nie umiemy czytać ich rozkładów jazdy, więc nie uda nam się pociągiem dostać w miejsce naszego chwilowego przeznaczenia. Dla chcącego nie ma jednak nic trudnego, tym bardziej dla szalonego chcącego. W związku z tą ludową mądrością, jako ludzie światowi – niekoniecznie wszyscy muszą wiedzieć, że wciąż na dorobku – wzięliśmy taksówkę, która to za troszkę kosmiczną cenę, jak dla przeciętnego Polaka, zawiozła nas do Portrush. Na szczęście koszty rozłożyły się na czterech i nie trzeba było oddawać się radykalnej ascezie po powrocie, ani sprzedawać organów zdatnych jeszcze do transplantacji. Przywitało nas zimne i wietrzne portowe miasteczko o niebo ładniejsze od jakiejkolwiek zabudowy w Antrim. Mnóstwo kolorowych, kilkupiętrowych, ciasno pozlepianych ze sobą domków i szeroka nadmorska promenada były upragnioną odmianą od żmudnej, towarowej codzienności. Do tego lekko wzburzony ocean przy słonecznej pogodzie stwarzający dogodne warunki do sesji zdjęciowej oraz surfingu. Nieodżałowana szkoda, bo zestawy małego surfera zostawiliśmy w domu. Normalnie zawsze je ze sobą wozimy, a tu nagle zapomnieliśmy i co? Od razu taka sposobność. Zazwyczaj właśnie surfuję w listopadzie razem z kolegami z klubu morsa. Chyba, że akurat są przerwy w dostawie internetu… No, ale trudno.

LINK DO CZĘŚCI 12

W magazynie osób mniejszych 10

Ostatecznie, nad podziw rachubom, wszystko zdołało się błyskawicznie zmienić w związku z drobnym faktem, że dwanaście dni temu mogłem przekierować moją linie życia na tamten świat, rozbijając się jedną z luzackich, pomarańczowych bryk, dosłownie i na dobre. Jadę sobie moim wózkiem pełen radości, co nie zdarzało się często i to nie ze względu na szpanersko wystawiony zimny łokieć. Jadę, a raczej mknę do bazy, bo koniec zmiany był bliski, a okazać się mogło, że mój. Pędzę niesiony wiatrem we włosach, obciążony zaledwie jedną skrzynką, do tego wypełnioną jedynie papierem toaletowym, tylko trochę ponad stan. Zasuwam, a tu mija mnie wózek widłowy, ni z tego ni z owego – pewnie też mu się śpieszyło do domu – zakręca tarasując mi całą alejkę i zaczyna podnosić paletę pełną dóbr na wysokość pierwszego piętra. Nie byłoby w tym nic niebezpiecznego, gdybym miał hamulce. Moja moralność nie ma nic do rzeczy. Wszyscy magazynierzy wiedzą, że o taki luksus jak hamulec, trudno nawet w wysoko uprzemysłowionym, stabilnym gospodarczo oraz finansowo Zjednoczonym Królestwie. Każdy również wiedział, które traki nie posiadają funkcji hamowania, ale co zrobić jeśli akurat nie ma do wyboru innego pojazdu? Tym sposobem siedem metrów stanowiło dla mnie zdecydowanie za mało przestrzeni życiowej na niezakłócenie przebiegu życia. Moje okrzyki ostrzegawcze i walenie nogą w hamulec nic nie pomogły. Dobrze, że zmieściłem się między ziemie, a podnoszącą się akurat na widłach wysięgnika paletę. To znaczy zmieściłem się, bo schyliłem czoła przed chordą produktów udających jedzenie. Bez tego zabiegu głowa by mi się nie zmieściła – podobnie jak jakość tych produktów nie mieści mi się w głowie – no i miałbym urwanie głowy większe niż w trakcie obcowania z pośrednikiem, który pośredniczy przede wszystkim w zabieraniu swojej doli z mojej krwawicy. Tak oto prześlizgnąłem mój marny żywot, bez hamulców, pod dużą presją odgórną. Niestety, wysokie oparcie wózka nie zmieściło się. Oparcie, czyli jedna wygięta rurka, która ma mnie chronić przed atakami ze strony skrzyń wożonych za sobą. Uległo presji i wygięło się do tyłu. Skrzynia z papierem toaletowym też miała problemy z własnym rozmiarem i się wywróciła. Zrobiła to jednak bez należytej celebracji. Jej zawartość nie roztrzaskała się z impetem o ziemię zaznaczając swój i mój, jak się miało okazać, upadek. Po prostu fizycznie nie była w stanie, ponieważ zawierał tylko papier toaletowy. Szkoda. Jak już wylecieć to z rozmachem. Zdziwionego wózkowego, który widocznie na co dzień nie obcuje z szaleńcami pozbawionymi hamulców, przeprosiłem od razu, a on co? Zapytał spokojnie:
– Czy nic ci się nie stało?
Czyli musi chyba jednak obcować na co dzień z takimi zjawiskami… Zaraz potem zawołał przechodzącego nieopodal menadżera i na nim się wyładował, krzycząc:
– Jaki nam dajecie sprzęt do pracy? Przecież mogło się coś stać poważnego?
I tym podobne zarzuty, ale bardziej okraszone potocznym słownictwem. Skruszony menadżer popluskał coś pod nosem i tyle. Powiedział, abym to zgłosił w wózkowni. No, i luzik. Całe zajście trwało trzy sekundy. Po czym zabrałem swoją kupę papieru toaletowego, nawet nie zdążył się wysypać ze skrzyni, zawiozłem gdzie trzeba, odstawiłem wózek do naprawy z notką o niezainstalowanej funkcji szybkiego spowalniania i poszedłem do domu. Na drugi dzień rozpoczęto szumnie nazwane dochodzenie, kto zawinił? Zajęło to tym matołom od myślenia cztery dni, w ciągu których nie mogłem pracować, bo taka jest procedura. Oczywiście śledztwo zakrojone zapewne na bardzo szeroką skalę wskazało moją winę, a po notce o stanie oprogramowania wózka ślad zaginął. Przecież to potężne centrum dystrybucji dóbr jest firmą wiodąca prym pod każdym względem, także bezpieczeństwa pracy. Tym trikiem zwyczajnie mnie wyautowali odstawiając za bramkę bez słowa wyjaśnienia. Już to przerabiałem, apeluję więc do wszystkich moich nadchodzących pracodawców, aby na przyszłość wysilili się na coś choć odrobinę oryginalnego, gdyż moja egzystencja traci na kolorycie ekscytacji. Za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby z góry dziękuję. Więcej atrakcji dostarczył mi jakieś dwa tygodnie temu AMT, czyli ten komputerek przytwierdzony w pracy do mojego przedramienia mówiący mi, co mam robić. Poinformował mnie mianowicie, iż powinienem właśnie udać się na lancz. Poszedłem posłusznie. Dla zdrowia oczywiście. Aby mieć siłę do dalszej pracy. Ja przecież kocham pracę. Każdy jej rodzaj i odmianę. Byle dużo. Byle tylko nie z mojej strony. W ten sposób kocham, rzeczywiście!

LINK DO CZĘŚCI 11

W magazynie osób mniejszych 9

Nigdy bym się nie spodziewał takiej szybkości w obrotach fortuny, gdybym nie znał własnego buńczucznego charakteru. Zazwyczaj to właśnie on przyśpieszał bieg wydarzeń. Zaogniał, ranił i porzucał, na zawsze. Czasem jednak los robi to za mnie i wtedy trzeba chwileczkę przystanąć i pomyśleć:
– Co właściwie dzieje się teraz ze mną? Wyjątkowo jakoś lubię te momenty, kiedy moje ego jest u steru i rozdaje karty, bo przecież ta partia, zwana życie, jest moja. Powinna być tylko i wyłącznie moja. Jakieś parę miesięcy temu wyszedłem o północy, jak kopciuszek z pierwszego i zarazem ostatniego dnia próbnego w niezmiernie ekskluzywnym hotelu, gdzie miałem zostać kelnerem bankietowym. Posada sługusa, jakby powiedziała większość. Nie ważne, to nie był pierwszy raz w takiej konfiguracji zawodowej. Istotne, że dla marki wiodącej prym w świecie hotelarstwa. Prestiż powinien był mnie zmotywować a ja byłem kompletnie „zdemotywowany”, jak mawiała jedna moja szefowa przy kolejnym opóźnieniu wypłaty i tak zaległej pensji. Całe sześciogodzinne przedstawienie, wyjątkowo nie w smak moim prywatnym wyobrażeniom rautu pod każdym względem, zakończyłem, o ironio po angielsku, wychodząc cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. Cały bankiet przypominał folwark zwierzęcy, jeżeli chodzi o konsumpcję, natomiast kelnerzy tam pracujący zachowywali się jak beznamiętni podawacze. Generalnie pasowali do ucztujących, głodzonych zapewne na długo wcześniej. Choć wątpię, aby uprzednio podróżowali z Gdańska do Krakowa pociągiem intercity o jednym maciupkim wafelku w pokaźnej cenie biletu, kiedy akurat zapomnieli doczepić swoistego wagonika z Warsem. Najwyraźniej do wagonów bydlęcych nie dołączają. Wymsknąłem się więc jakbym uciekał z balu, na którym byłem co najwyżej jednym z kocmołuchów. Niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się zbiec od nieopuszczającego mnie przeświadczenia, że nie powinienem skoro była szansa…
– Może nie z każdej szansy należy korzystać? Albo może z każdej, aby tylko sprawdzić, iż nie każda jest dla każdego stworzona? – pomyślałem. Cieszyłem się jak dziecko.
– Udało się, udało mi się uciec! Nikt mnie tam nie przetrzymywał, ale uciekłem. Umknąłem przed sobą. Od tamtego czasu rzadko czułem się taki wolny, a raczej wyzwolony spod własnego jarzma, które pod wpływem rzeczywistości, w jakiej żyć mi przyszło, nakazuje łapać każdy ochłap zsyłany przez wątpliwą opatrzność. Na łaskę losu również muszę zapracować własnoręcznie. Niekiedy nie mamy na tyle pewności co do wybryków naszej drogi lub wystarczającej siły w gąszczu zawahań, aby obalać świat plastikową łopatką bez mrugnięcia okiem. Wtedy gwiazdy tak się obracają dla nas swoim światłem, by bez naszej świadomej ingerencji odmienić pewne koleje losu na dość inne dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, kiedy sami boimy się odbłądzić własne życie zgodnie z tym, co nam wpojono, że wszystkim rządzi ktoś większy. Że nie mamy powodu się miotać, bo rzeczy i tak nie zależą od nas. Niezależnie co w tym wszystkim jest iluzją, jeśli ten większy mądrze rządzi i do tego zgodnie z moją bardzo wolną wolą, to ja nie mam przeciwwskazań.

Tym sposobem albo jakimś zbliżonym do tego, z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami, opuściłem mój dom na wyspie. Zmieniłem wyspę i przebywam obecnie w mieszkaniu. Dom na wyspie był w Antrim, koło Belfastu w Irlandii Północnej. Teraz od pięciu dni mieszkam prawie w absolutnym centrum Manchesteru. Na zakupy mam bliżej niż do pracy, a to nie jest dobra kombinacja biorąc pod uwagę, że jestem tu po to, po co zdecydowana większość. Gromadzić zaskórniaki na zaś, taki jest priorytet. Nie planuję się tu osiedlać póki co, więc nie ma czasu na zabajerowanie. Trzeba jednak brać poprawkę na przeskoki linii życia. Ponadto, mam za mało miejsca w walizce na wszystko, co mógłbym tu kupić w korzystnej cenie, więc nie mogę zostać zbyt długo. Okazja czyni konsumenta. Bardzo dobrze, nie można przecież mieć wszystkiego! To zupełnie tak, jak z jedną klientką, w czasie mojej pierwszej pracy w restauracji, która zadała mi standardowe pytanie:
– Co Pan poleca?
A ja jej na to zachowawczo i z wrodzoną przekorą:
– Wszystko, wszystko polecam tylko z różnym natężeniem.
Na to równie swawolna pani odpowiedziała mi z przekąsem:
– Wszystko choćbym niezmiernie chciała, to mi się nie zmieści.
Całkiem pomyślnie dla jej wątroby.

LINK DO CZĘŚCI 10

W magazynie osób mniejszych 8

Może się dowiem, a może przyjdzie mi odszczekać, ale jestem tu dopiero miesiąc. Skąd mogę wiedzieć, jak wygląda życie wewnętrzne Irlandczyka Północnika? Jedynie opisuje, co widzę. A widzę tylko to, co jest dane zobaczyć ludzkiemu dodatkowi do pomarańczowego wózka. Perspektywę mam ograniczoną do subkultury magazynowej i okolic po drodze. Na rozmyślania mam wolną głowę, bo to najgłupsze z zajęć, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność wykonywać, ale za najlepsze pieniądze z dotychczasowo zarabianych. Totalna nuda nieustannie powtarzanych czynności. A po pracy głównie siedzę i czekam, aż życie zaproponuje mi jakieś ciekawsze rozwiązanie – nawet nie w kwestii ceny tutejszego produktu zbliżonego do chleba. W tym cały problem. Nie ma na co czekać. Trzeba działać! Czynić jakąkolwiek powinność w sobie, jeśli nie ma sprzyjających warunków na zewnątrz. Wiem, że każdy puszkowany produkt myśli podobnie, bo – na podstawie filmów o policjantach i psychopatycznych seryjnych mordercach – rozkminiłem, że pracując w magazynie, muszę zacząć myśleć na sposób produktu. Życie towaru stawało mi się coraz bliższe, co miało zaowocować niebawem dziwnymi zjawiskami.

LINK DO CZĘŚCI 9

W magazynie osób mniejszych 7

Gdy pierwszy raz skosztowałem tutejszego jedzenia w kantynie pracowniczej doznałem szoku. Zaznaczę, że kantyna jest pokaźnych rozmiarów. Jest w pełni oblegana ludzko i to na kilka zmian, bo na raz wszystkich by nie wykarmiła. W zapachu jest typowa, jak bar szybkiej obsługi, gdzie smród oleju miesza się z oparami jedzenia. Pomalowano ją na żwawe kolory, które kontrastują z burymi ubraniami magazynierów. Obsługa jest nijaka, dopasowana do tego co serwują. Smaku poza cukrem nie stwierdzono. Trociny z cukrem smażone na głębokim oleju. Przypraw generalnie brak. Słodzą tu wszystko. A jak coś ciepłe i posłodzone – uznają to za nadające się do spożycia. Tylko czy podgrzane warzywa, zazwyczaj jednego gatunku, wylane z puszki razem z bezsolną zalewą można nazwać dodatkiem do obiadu? Pewnie by można, gdyby owe warzywa miały swój pierwotny smak. Albo chociaż połowiczny. Wszystko okazuje się tu mało smakowe. Ich produkty żywieniowe nie są pośredniej jakości, one są całkowicie poślednie. Nazwałbym je produktami połowicznego rozkładu. Radioaktywności niestety nie mam czym zmierzyć.
Ale Irlandia jest pełna sprzeczności, bo można dostać kuriozalnie tanie i wyjątkowo smaczne jogurty. Gdybym przyjechał tu pracować jako modelka, pewnie nie musiałbym jeść niczego innego, no ale jak długo fizyczny pociągnie na takiej diecie? W dodatku przy takiej ruchliwej pracy ciągle chce się pić, a przyzwoita woda mineralna jest tu droga. A każda szanująca się modelka pamięta o codziennym wypłukiwaniu z organizmu toksyn za pomocą takiej właśnie wody zaopatrzonej w listek mięty, który ma odświeżać. Skąd ja tu wezmę mięte? Znalezienie tak wyszukanych przypraw jak majeranek zakrawa o firmament. Niezależnie od wyszukiwarki i ceny produktu.
Szok mnie wzmocnił – postanowiłem, że choćby nie wiem co, nie zamierzam żywić się tak jak tubylcy i będę gotował na własną rękę. Dobrze, że mam w tym doświadczenie i trochę praktyki, mogłem więc sobie pozwolić na takie śmiałe rezolucje. No ale przecież piec samemu chleb to bez sensu – jak myślałem – próbowałem więc przyzwyczaić się do tutejszego. Bezskutecznie. Taki, co wygląda na dobry, kosztuje minimum trzy raz tyle, ile jest wart. Chleb w przystępnej cenie, zawsze jest chlebem tostowym. Ten natomiast najlepiej smakuje na ciepło i jest prawie całkowicie sztuczny co do składu.
Posiłek jednego z moich współmieszkańców wygląda tak: rozpuszczająca się polska konserwa na ciepłym tutejszym chlebku z tostera. Pod konserwą zdążył się już rozpuścić posmak produktu margarynowego. Posmak, bo oszczędzać trzeba, jest przecież wojna, głód, a my tu na robotach przymusowych. Całość tej potrawy na gorąco należy zalać obficie ketchupem, pewnie po to, żeby mniej śmierdziała. Gdy na to patrzę, czuje się jak niemowlę, któremu bułka przylgnęła do podniebienia akurat wtedy, kiedy zaczęło mu się ulewać. Tak wiem, nie powinno się karmić niemowląt bułkami. Tym bardziej miejscowymi.
Dlatego jednak chlebki piekę sobie sam, a dzieci nie planuję. Według jednego z naszych mądrych w rządzie, posiadanie dużej ilości dzieci jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie przyzwoitego bytu na emeryturze, bo na opłacany całe życie ZUS nie ma co liczyć. A pewnie, teraz nasze starzejące się społeczeństwo zacznie rodzić dzieci – niechby choć jedno z miotu dobrze ustawiło się w życiu, a reszta trzódki na emigrację. Niestety niezależnie od płodności narodu mój rocznik już jest ugotowany.
Właśnie, dlaczego napisałem „ugotowany”, a nie na przykład „załatwiony”? Wcale nie dlatego, że zwrot „mieć przejebane” byłby nie na miejscu. To z powodu tego, że wszystkie moje myśli krążą teraz wokół gotowania. Ostatnio w gazetce pracowniczej przeczytałem artykuł na temat objawień raka w Irlandii. Wynikało z niego, że planują u co trzeciej osoby stwierdzić jakiś rodzaj nowotworu w jakimś stadium. „Fantastycznie” – pomyślałem, przełykając na stołówce kawał obiadu. Tak, przyznaję, głód wygrał z moją niezłomnością i skusiłem się zjeść coś rakotwórczego. Jednak albo zmienili kucharza, albo po miesiącu już się zmutowałem i tutejsze specjały jakby nawet nieśmiało mi smakują bez specjalnych konwulsji podniebiennych. A może gdy pracownik fizyczny potrzebuje żreć, nic go nie powstrzyma. Już się boję, jaki drastyczny gwałt nastąpi na moich kubkach smakowych, gdy wrócę do Polski.
Ale wracając do raka. Jak ma nie być nowotworów, biorąc pod uwagę stopień przetworzenia tutejszych produktów. Mleko czuć plastikiem, jajka podśmierdują nie wiadomo czym, warzywa nieudolnie poszukują jakiegoś konkretniejszego wyrazu postaci smaku lub zapachu. Atrybuty typowe dla reprezentowanego gatunku straciły swoją indywidualność. Większość potraw gotowa, tylko do przygrzania w emiterze smaku, czyli mikrofali. Najtaniej życie wychodzi w puszkach albo mrożone. Naturalnie trudno to jeść, ale jaka oszczędność czasu! Zostaje więcej na kolejną (po zakupach) tutejszą atrakcję, czyli telewizor i zjedzenie czterech kilogramów chipsów octowych dziennie. Mówią, że w Polsce ziemniaki są podstawą żywienia… Ciekawe czy wyspiarze znają też zastosowania denaturatu…

LINK DO CZĘŚCI 8

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 5

Ale pozostają zakupy! Temu nałogowi tubylcy oddają się bez reszty i nic dziwnego, bo wszystko jest tu nieziemsko tanie – nawet dla mnie, choć wciąż mam w głowie kalkulator, który mimowolnie przelicza wszystko na polską walutę. A przecież tutejsi zarabiają o niebo więcej niż ja! Grzechem byłoby nie kupować. I ani mi w głowie powstrzymywanie rozwoju zachłanności własnej. Byle dużo! Już wymyśliłem, że przed powrotem do domu – gdziekolwiek on jest, umówmy się, że na pewno w Polsce i zawsze tam, gdzie Mama – wyrzucę większość starych ciuchów, w których chodzę czasem ponad dziesięć lat. Nie z biedy, raczej z przywiązania, ewentualnie z pragmatyzmu. Tyle że teraz inny pragmatyzm mi podpowiada, żebym się obkupił jak wariat, skoro za pół darmo. Przyjechał w łachmanach, a wróci w markowych ciuchach królewicza. Jednak ubieranie się w transparenty reklamowe jakoś mnie nie tryka. Tuziemcy natomiast bardzo to lubią. Im większy emblemat firmy, tym byłbym bardziej na fali. Polacy przebywający tu niewiele dłużej ode mnie już złapali taki zarazek. Bakcyl bycia powierzchnią reklamową. To właśnie nosicielom firmy powinny płacić za rozpowszechnianie ich logo, a nie odwrotnie. A może po prostu jestem przedatowanym wapniakiem nie czytającym Faktu. To jest jeden ze szczytów bezczelności, sprzedać komuś własny produkt, który jest darmową powierzchnią reklamową. Sprytne czasy.

Większą bolączką niż moda wydaje się być dla mnie inne zagadnienie związane z pobytem na obczyźnie. Po sześciu miesiącach tutejszej pracy – bo tyle planuję tu pozostać – nie tylko zakupione ubrania mogą przestać na mnie pasować. Cały mogę przestać do siebie pasować. Dłonie już tracą delikatność, wkrótce twarz sczerstwieje od wiatru i zagryzania zębów. Pracownicy, na których mutagenny wpływ magazynu działał dłużej niż na mnie, przejawiają skłonność do garbienia się i wydawania z głębi własnego ciała przeróżnych odgłosów zapewne tylko przypadkowo nie zakwalifikowanych do kanonu savoir-vivre’u. Typowy magazynier jest nieogolony, ma tłuste włosy, a ubrany jest nieszczególnie schludnie. Profil ma zacięty, na czole pot, na rękach brud. Brzydko się patrzy. Pachnie nie lepiej. Lubi pluć i przeklinać. Interesuje go wyłącznie przerwa i koniec zmiany. Nie myśli o losach świata, ani nawet o małych foczkach, którym topnieją tereny lęgowe. Jedynie transmisja sportowa jest w stanie odwrócić uwagę LPD od podnoszenia dóbr. Analogicznym sposobem rozumowania antycypuję, że za kilka miesięcy moja postura może nie przypominać szlacheckiej, jakby wskazywało na to skołtuniałe pochodzenie w linii miecza. Ta polska zaściankowość… Tu nie słyszeli o Polsce szlacheckiej, pewnie temu na lotnisku zabrali mi nożyczki. Żebym uchodził za bardziej otępiałego. Ewentualnie nie ukradł samolotu.

LINK DO CZĘŚCI 6

W magazynie osób mniejszych 4

Co do pogody, to faktycznie zazwyczaj jest ciepło, jeśli akurat nie ma mroźnego wiatru, który przy panującej tu wilgotności potrafi przeszyć zimnem do żywego. Bryza od morza przeważnie niesie nawałnice i deszcz zacina poziomo – prosto w oczy. A jeśli akurat ani nie wieje, ani nie leje, to jest szaro, buro i mgliście, najlepiej jeszcze z denerwującą mżawką. Objawów słońca jest tu tyle, co na Cyprze – tyle że porą deszczową w nocy. To znaczy słońce zawsze gdzieś jest, ma jednak gorszy zapierdziel niż ja i nie ma czasu załadować światła. Nawet jak zaświeci, to jak wtedy akurat jestem w mrocznym magazynie bez okien, więc daremny trud. Wieść gminna niesie, jakoby Afryka zużywała za dużo energii słonecznej, dlatego tutaj mają deficyt. Pewnie służy bananowym dyktatorom do produkcji broni nuklearnej. Irak wpadł na to trochę wcześniej, tylko jeden taki boski prezydent wyczaił ich niecne zamiary. Nieco zbrojnie.

Tak więc w Irlandii pada. Akurat mamy porę deszczowo mokrą, to jest prawie zimę. Po niebie nieprzerwanie ciągną tabuny chmur nie do przebicia. Czasem się przewalają z nudów, czasem pędzą, jakby się czymś zaraziły od wściekłych krów albo po prostu spojrzały w dół i stwierdziły: „Ależ tu bezbarwnie! Stagnacja i apatia. Spierdzielamy stąd w trzech migach nad Śródziemne”. Tam wieloryby ostentacyjnie smażą się na plaży, mimo że Green Peace próbuje je zepchnąć z powrotem do morza. A tu wieloryby siedzą zamknięte w domach przed telewizorami i zajadają octowe chipsy. Naprawdę, mają tu takie i nie radzę kosztować bez przepitki. Wcale im się nie dziwię, że nie wychodzą z domów i tyją, skoro tu taka pogoda. Zazwyczaj nie chce mi się nawet patrzeć w niebo…

Dziś słońce wyszło na godzinkę i już chciałem pobiec z aparatem na sesję zdjęciową nad jezioro, ale szczęśliwie przyziemne sprawy domowe zatrzymały mnie na moment i tylko dzięki temu nie zmokłem. Takie ekspresyjne nasłonecznienie cechuje się tutaj bardzo dużą dynamiką zmian. Jest po prostu dynamicznie spokojne, ewentualnie spontanicznie zaplanowane. Zresztą po grzyba tu komu słońce, przecież mają niedaleko centrum handlowe i dwa supermarkety! To jedyne i ulubione atrakcje w okolicy. Na przyrodę nie ma co liczyć. Oprócz jeziora, obecnie omijanego szerokim łukiem ze względu na ptasią grypę, mają tu jeszcze park z kilkoma ładnymi drzewami i jakąś zabytkowo zapyziałą wieżę, z której zrzucano czarownice. Faktycznie, czego to człowiek z nudów nie wymyśli!. Żeby chociaż ta wieża była otwarta… Poza tym widziałem na horyzoncie dwa wzniesienia, ale wciąż jak nie praca, to średnia opadów rocznych koliduje z moimi planami ekstremalnego alpinizmu na wysokości około pięciuset metrów.

LINK DO CZĘŚCI 5

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon… Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą.

LINK DO CZĘŚCI 4

W magazynie osób mniejszych 2

Właśnie, tylko bajka. Ten duży, piękny dom wcale nie jest taki duży. Ani nie piękny. Zwykła bryła bez udziwnień typu jaskółka, wykusz, weranda. Zupełnie surowy. W środku tylko najtańsze sprzęty z hipermarketów. Większość dopiero wymaga powołania do życia z formy wieloskładnikowej rozproszonej do formy jednolicie spójnej. Wszystko w granicach rozsądnej funkcjonalności. Najlepiej bez użycia narzędzi, bo tych też nie mam. Z zewnątrz mury bez wyrazu. Równiutko opaskudzone przez ptaki, których gniazda zdążono usunąć chyba dopiero na tydzień przed moim przybyciem. Więc w zasadzie dosyć wyrazista, jak na wierzchnią okładzinę. Na termoizolację mi to nie wygląda. Jedyna egzotyka, że dom stoi na wyspie. To co przyczepiło się do domu od spodu, to Irlandia Północna.

Ogród… Hm, to zdecydowanie za duże słowo. Zwykły trawnik trzy na cztery metry bez dodatkowego zakrzewienia, nie wspominając o drzewostanie. Do tego dom wcale nie jest za darmo, bo firma, która go wynajmuje, za tę przysługę odbija sobie z mojej pensji. Nawiązka zwielokrotniona, rzecz jasna. Mieszkam tu z sześciorgiem współpracowników, co wydatnie obniża komfort użytkowania luksusów pokroju kuchni, łazienki czy telewizora. Nawet jakość spania wydaje się być zredukowana, bo domek jest dość tekturowy jeśli chodzi o teksturę jego spoistości, a co za tym idzie dyskretny akustycznie, jak kościół wybudowany na terenie amfiteatru nad jeziorem w obszarze nieckowatej łąki. Czyli głos rozchodzi się bezproblemowo, a ukształtowanie terenu potęguje jego siłę wyrazu. Lekko uciążliwe rozwiązanie, kiedy akurat chce mi się krzyczeć.

Moje bezstresowe zajęcie to praca dla najniższej miejscowej klasy społecznej, opóźnionych w rozwoju, nadpobudliwych psychicznie, neandertalczyków z nadmiarem wewnętrznego wydzielania hormonów oraz inteligencji z Polski. Ciekawe do której grupy pasuję najbardziej ? Te całkiem duże pieniądze też wcale nie są zniewalające. Powiedziałbym nawet, iż względem najniższej gwarantowanej stawki dochody często wyglądają na niższe. Nie bądźmy jednak zachłanni. Na produkty z najniższej półki zawsze mnie stać. Jakość marketowa jest mi bliska, bo właśnie w magazynie jednej z największych europejskich sieci marketów mam bezdenną przyjemność pracować. O wielkości sieci niech świadczy fakt, że na Wyspy też już trafiła.
Jeżdżę sobie rozwalającym się pomarańczowym wózkiem prawie widłowym, wyposażonym w donośny klakson oraz niesprawne hamulce. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pomarańczowy był modny w zeszłym sezonie. Mój wózek, zwany trakiem, ma przód. Wypełnia go wielka bateria, a baterię wypełnia kwas. Dalej sterczy drążek sterowniczy, takie coś ja kierownica hulajnogi. W nowszych modelach zamontowano tradycyjną, okrągłą kierownicę. Konstruktorzy wygospodarowali też miejsce stojące dla głupiego, oparcie o różnych zastosowaniach oraz widły nazywane tu widelcami. Na widelce nadziewam sobie albo jedną metalową skrzynię, albo dwie, albo nawet trzy. Nadziewałbym ich jeszcze więcej, ale muszę się słuchać mojego własnego osobistego komputerka, czyli takiego przerośniętego zegarka, który pasuje jedynie na tydzień mody w Paryżu. Można by go nazwać armtopem – raz, że brzmi to fajnie, jak z science fiction, a dwa, że komputerek okupuje całe przedramię. A kiedy zapnę rzepy, obłapia mnie technika i zaczynam rozumieć, jak niewygodnie jest być cyborgiem. Do tego obłapianym w pracy i nie narzekającym ani na mobbing, ani nawet ocieractwo. Komputerek łączy się kabelkiem ze skanerem – kolejnym z moich sztucznych narządów zmysłów, przyczepionym dla odmiany skóropodobnymi paskami do grzbietu dłoni. Kabelek odchodzący od skanera biegnie do guziczka na moim palcu wskazującym. Na co wskazuje palec przeczytacie w dalszej części poradnika pod tytułem: „Jak magazynować, aby zmagazynować się gdzie indziej” Natomiast, wspomniany guziczek powinien kolejnym kabelkiem łączyć się z mózgiem magazyniera, ale Polakom nie zamontowano takiej opcji. Zegarek mówi mi, co mam robić, kiedy i w jakiej ilości. Ja robię, czyli naciskając kciukiem przycisk na palcu wskazującym, włączam laser, skanuję kod kreskowy produktu, a na wyświetlaczu wyskakuje, ile dziadostwa zabrać i gdzie odstawić. Jeśli rozkazy komputera są bez sensu, to i tak nie mogę tego zmienić, bo bym go popsuł, a na taki jeden musiałbym pracować ze trzy miesiące. Armtop nie mówi mi tylko, kiedy mam iść na przerwę, bo po co wyrobnikowi przerwa? Nie łączy się też z Facebookiem, co może potęgować samotność. Na początku zastanawiałem się, czy będzie mi wyświetlał: „Pora na siku”. Po kilku atakach pęcherza moczowego już się nauczyłem, że nic go to nie obchodzi. Szczury uczą się szybciej! Zostawmy jednak genezę mojej inteligencji. Jestem tu przecież wyłącznie od roboty.

LINK DO CZĘŚCI 3

Narodziny

Ciało przepływało mrocznym korytarzem, na którego końcu ciemność dławiła blade światło. Dusza dryfowała obok, bezradnie uczepiona jaźni. Ręce dotykały ścian po obu stronach. Z drżeniem odpychając się od nich przepychały świadomość, nieprzytomnie, poprzez gęstość stłoczonej przestrzeni. Stęchłe, piwniczne powietrze napierało na mięśnie, przez co ruchy były pulsacyjne, nerwowo szarpane, wręcz agresywne w chwilach oswobodzenia z uścisku wszechobecnej materii. Korytarz zdawał się osaczać monstrualnym trwaniem każdą formę jego istnienia, całą rozciągłością przestrzeni sufitu, podłogi i ścian, każdym centymetrem sześciennym objętości pomiędzy nimi. Oblepiał zimnym ostrzem niejasności i wnikał nieodgadniony poprzez błony komórek do wnętrza formy, w jakiej zapragnął żyć. Kubatura demonizmu, jak nagłe zakłucie rzeczywistością wdarła się do środka.

Uderzenie chłodu lub światło, w którego zasięgu się znalazł, a może dysonans powracających na jedno miejsce wszystkich postaci jego występowania, sprawiły, że otworzył oczy. Był pewien, że wcale ich nie zamykał. Zwyczajny korytarz. Może trochę zbyt zastałe, półmrocznie przefiltrowane powietrze, ale przecież to standard w starych kamienicach. Zawrócił targany wątpliwościami, co do naturalnego pochodzenia światła i co do pełnej sprawności umysłu. Obrócił się energicznie, jednocześnie wydychając zużyte powietrze. Już miał postawić pierwszy powrotny krok… Dogłębne, ostre cięcie bólu przeszyło jego pierś. Upadł na podłogę. Cios był wymierzony w samo serce. Siedliszcze czucia afonicznie zawyło. Poczuł rozlewające się pod skórą i po całym wnętrzu ciepło, które sukcesywnie zastygało. Ciało stawało się odrętwiałe. Opuszczone przez zdolność odczuwania dryfowało sennym korytarzem hipnoz. Nie odbierał żadnych bodźców prócz chłodu na miejscu serca. Mroźny metal niekontrolowanie rozwiercał centrum kontroli, obecnie poza kontrolą. Klatka piersiowa uniosła się gwałtownie w górę. Korpus wygiął się przesadnie w tym samym kierunku, by po chwili powrócić na nieprzyjaźnie szorstką, zawilgłą podłogę. To była posadzka jakiegoś niesprawiającego możliwości pojęcia międzybytu. Ukojenie w bólu podczas chwilowego odwrotu sadysty. Przerwa. Między sercem a światem. Przerwa na podostrzenie zdzieraka do nagich zakończeń nerwowych. Oko cyklonu. Zbieranie sił przed kolejnym natarciem mającym ostatecznie rozstrzygnąć tę platonicznie nieświadomą konfrontację z życiem.

Kolejne szarpnięcie tkanek. Zaraz po dźwięku łamanych kości i rozrywanych chrząstek skóra na piersi uwypukliła się do granic jej naciągliwości. Srebrne, stalowe ostrze przebijało przez nadwerężone komórki nabłonka. Sieć naczyń krwionośnych wyraźnie zaznaczyła swoje kontury. Co prawda, coś chciało wydrzeć się z jego wnętrza, jednak on miał wrażenie, że cały świat stara się zapaść do własnego ośrodka znajdującego się w jego sercu. Dookoła panował różowy półblask przypominający kolor, jaki ma światło przechodzące przez ludzką skórę i ciało. Być może to ono miało kojący wpływ, bo za nic w świecie nie chciał opuszczać przytulnej, ciepłej i bezpiecznej zatoczki, w której akurat skulił się fragment jego duszy. Jedynie chwilowo. Kontury naczyń krwionośnych zaczęły się zamazywać, żyłki pękały. Niczym nieuzasadniona absolutna pewność, że to całe, niepojęte zjawisko zaraz zostanie pochłonięte bezgłębią przeszłości, wpędzała go w psychotyczny lęk. Przekonanie nieuniknionego krańca dopełniało rozpaczy. Przerażenie, którego nie potrafił nawet nazwać urastało do miana niepoczytalnej fobii. Skóra poddała się ostrzu.

Odczucia przepadły w nawarstwieniu myśli ofiarowanych przez powracającą jaźń. Powieki oślepiło światło, a powłoka zbiegła się pod wpływem chłodu. Pierwszy fizyczny krzyk ciała obezwładnionego nową rzeczywistością. Tak niechcianą i wyczerpującą z samego tylko faktu zaistnienia, że konwulsje byłyby marnotrawstwem, jak miało się okazać, jakże cennej energii. Na całej jego skórze widniały rozmazane ślady świeżej krwi. Świadomość postanowiła wstąpić w umysł i ponownie przejąć stery. W prostodusznym zamyśle, na zawsze.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALU DESPERAT-ZINE

Noc żywych trupów

To klasyka najniższego z gatunków. Pokarm dla dwunastolatków. Każdy był dwunastolatkiem. W filmie od razu wiadomo o co chodzi. Jest spalarnia zwana krematorium, która standardowo, jak to w tego typu przedsięwzięciach bywa, zlokalizowana jest przy cmentarzu – co swoją drogą, jest bardzo praktyczne. W owym przybytku żarliwych uczuć, oczywiście przez przypadek, ktoś wysoce uorganizowany neuronowo wrzuca do paleniska bliżej nieokreślone chemikalia – nie można wnikać w szczegóły jakie, bo to mogłoby odwrócić uwagę widza od głównego wątku, który, jak się zapewne zdawało twórcom, miał pochłonąć oglądających do granic wytrzymałości wszelkich połączeń synaptycznych. Nieistotnie ważne. Opary tych spalonych świństw spowodowały u wszystkich denatów, nawet tych napoczętych, nawrót życia, ale jak to w życiu bywa wszystko ma swoją cenę i swoje skutki uboczne. Bo nie można niezauważonym przejść przez piekło. Nasi nowo natchnieni życiem milusińscy potrzebują do życia żywych mózgów. Konserwowane roztworem fizjologicznym im nie smakują, jak się dowiadujemy w trakcie. Nie należy się w tym miejscu oburzać, ani rozwijać w sobie zmysłów dyskryminacji patrząc przez pryzmat powszechnie akceptowanych nałogów. Filmowe krematorium jest trochę inne – z niezrozumiałych powodów nie mających na celu stresowania widza w trakcie rozrywki – gdyż zawiera na wyposażeniu elementy laboratorium, czyli różne takie niespodzianki w formalinie. Być może to dla rozrywki pracowników, gdy przykładowo nie mają co akurat wrzucić na ruszt. Nie można przecież pozwalać, aby nudził się pracownik spalarni, bo jeszcze przyjdzie mu do głowy coś głupiego i rozwinie w sobie nekrofilię lub zacznie kolekcjonować mało rozłożone relikwie.

Ożyło, co miało ożyć, czyli wszystko bez wyjątku i tu właśnie jest kulminacyjna dla mnie scena, która odbiła się piętnem na mojej jeszcze wtedy średnio zwichrowanej psychice dziecka. Otóż, wciąż widzę przed oczyma wyobraźni, jak zlękniony tym nadmiarem życia jeden z głównych bohaterów – bo to absolutny standard w horrorach, że bohaterów musi być co najmniej kilkoro, żeby miał kto ginąć – przemierza owe laboratorium w poszukiwaniu jakiegoś nieożywionego życia, to znaczy nie że martwego, ale żywego inaczej, czyli żywego w sposób ogólnie akceptowalny i odgórnie narzucony. Przemierza i znajduje malutkiego pieska, wręcz szczeniaczka, który leży sobie słodko na boczku i nic się nie rusza tylko szczeka. Nasz bohater podnosi biedne, ranne życiem zwierzątko i co widzimy? Widzimy, że kruszynka dlatego tylko szczeka bez wykonywania dodatkowych czynności ruchowych – które osobiście uważam za marnotrawstwo energii – bo przykręcona jest do stojaka, jak przystało na zwierzę z gruntu wypchane. Choć może nie z gruntu a raczej od wewnątrz jest wypchane, chociaż trociny mogły leżeć przecież na ziemi… tak sobie tylko konfiguruję, nie ważne. Naszemu bohaterowi mało tych rozrywek. Nie poprzestaje na wiwisekcji 2D. Muzyka narasta i stręczy ucho. Popcorn zastyga w jamie. Pepsi robi wżer w śluzówkę ustną. Kamera dybie coraz bardziej na pieska, w którego szczekaniu możemy dostrzec sukcesję napięcia. Czipsy tworzą zator w świetle przełyku na wysokości krtani. Przerwa na reklamę! Nasz bohater przechodzi do analizy w trzecim wymiarze, łapie szczenię oburącz u nasady odnóży. Naszym przekrwionym z podniecenia gałkom ukazuje się brak w wyposażeniu szczenięcia. Brakuje mu równo połowy boskiego planu morfologicznego. Urżnięty jest pionowo wzdłuż na długości kręgosłupa, czyli widzimy go w przekroju podłużnym a on nadal ujada, jakby miał wszystkie struny głosowe. Nie należy się tutaj zastanawiać dlaczego u wypchanego zwierzęcia widać wszystkie, pracujące, organy w przekroju. Wskazane jest tu sięgniecie po chrupki, dla urozmaicenia pokarmowego. Nasz bohater po sprawnym aktorsko zakończeniu okresu zdziwienia odkłada ładnie okaz na półeczkę. Koniec sceny kulminacyjnej. Pojadanie w trakcie filmu zrobiło swoje. Smacznego.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALU DESPERAT-ZINE

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE

Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego

Dobrze, że mam tylko jeden skończony kierunek i przez to tylko jednego magistra, bo inaczej to byłoby mi dopiero głupio wegetując od pół roku na bezrobociu. Siedzę i zastanawiam się, co by tu jeszcze napisać o sobie ciekawego i komu wysłać, przy założeniu oczywiście, że po pół roku jest jeszcze coś ciekawego do napisania i jest ktoś kto chciałby to czytać.

Czterdziesta wersja listu motywacyjnego, wielokrotnie modyfikowane CV, wymieniane zdjęcie na pełniejsze powagi i lepiej zretuszowane – to wszystko dawno przestało bawić. Najfajniejsze są rozmowy kwalifikacyjne. Swoją drogą dopóki na jakieś chadzam, istnieje minimum motywacji do dalszego drukowania i wysyłania listów.

Jestem na takiej modelowej rozmowie, próbują mnie podejść, testują mój charakter, każą opowiadać o sobie. Ciekawe czy od czasów przedszkola wymyślił ktoś bardziej żenującą sytuację niż zachęcanie do opowiadania o sobie publicznie? Do tego trzeba tak mówić o swojej świetności zajebistości, aby nie wyjść na narcyza egocentryka. Pytają o zainteresowania i plany na przyszłość, kiedy ja nie wiem czy jutro będę miał na kolejną porcję znaczków, które i tak ostatnio podrożały, oczywiście dla zwiększenia komfortu wyświadczanych mi usług, a pani w okienku numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i tak pomiędzy moją prośbą o znaczki, a wydaniem reszty zrobi sześć mało atrakcyjnych min pod moim adresem o bliżej nieokreślonym podłożu.

Brak mi słów, aby wyrazić, że czuję się jak podejrzany o dokonanie serii brutalnych morderstw. Dali mi niewygodne krzesło bez oparć na dłonie, które z tego powodu lepią mi się do ud, bo jestem zupełnie niespodziewanie zdenerwowany po całej nieprzespanej nocy. Nic nie mogłem zjeść na śniadanie o szóstej rano, gdyż wyjątkowo humanitarnie umówiono się ze mną o świcie. Przez co również boli mnie głowa, jak zwykle w takich przypadkach. I nawet nie wspomnę, że akurat chce mi się seksu. A potem jeszcze rozmawiają ze mną po angielsku… Zamiast po francusku.

Zupełnie wysoko także plasuje się moja samoocena w przypadku, gdy przez trzy miesiące usilnie wyczekuję na odpowiedź z danej firmy i nagle, po straceniu wszelkiej ochoty na kontakty z takową i kilku standardowych zapaściach depresyjnych, ja niegodny otrzymuję tak upragnioną wiadomość. Czy wypada się czepiać, że mailem, który przyszedł w środę po południu, by zawiadomić o spotkaniu w czwartek rano? Jakże bym śmiał całą moją zapyziałą buraczanością. Przez te trzy miesiące widocznie negocjowali ze mną termin rozmowy, ale akurat uprowadzili mnie kosmici i wypadło mi z głowy. Dobrze chociaż, że każdy bezrobotny posiada w domu internet i na bieżąco może odbierać pilną korespondencję. Wytęskniony list zawierał także zestaw poleceń typu:
przynieść wszystkie świadectwa szkolne – zawsze przy sobie noszę;
zapoznać się z dwoma książkami i paroma czasopismami branżowymi – bezrobotni notorycznie kupują co najmniej jedną książkę i cztery gazety wydane na papierze kredowym w tygodniu oraz inne ekskluzywne wydawnictwa;
zapoznać się z trzema podanymi stronami internetowymi – z których jedna jest po niemiecku, druga w przebudowie, a trzeciej nie można odnaleźć.
Spoko. Odpisałem, że to doskonały żart z ich strony. Szczerze doceniam wszelkie nawet najmniejsze próby podnoszenia bezrobotnych na duchu. Polecam się na przyszłość, choć niekoniecznie na czwartek rano. Bo czwartek to była już odległa przeszłość, choć pocztę staram się sprawdzać na bieżąco. Już za samą bystrość w kalkulowaniu dni tygodnia powinni mnie zatrudnić. Choć może najzwyczajniej sprawdzali moją dyspozycyjność… W zasadzie nie opuszczam mojego boksu startowego.

Fajnie też jest jak na pierwszej rozmowie każą bezrobotnemu coś przygotować na drugą, jakiś projekt lub coś bardziej pracochłonnego. Rzuca wtedy taki wszystkie znaczki okraszane grymasami pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i zaczyna otwierać sobie żyły, żeby projekt, lub coś bardziej pracochłonnego, zadowalał wszelkie gusta estetyczne odpowiedzialne za kolorystykę i fantazyjne ułożenie czcionek. Za drugim razem dostaje do zrobienia coś bardziej pracochłonnego. Zaciąga debet i robi. Na trzeciej rozmowie każą zostawić do rozpatrzenia i czekać na telefon. W taki sposób tajne służby powinny torturować podejrzanych o terroryzm. Nie dzwonią cały tydzień, potem drugi. Zapożycza się bezrobotny u rodziny, kupuje kartę i dzwoni do firmy.
– Niestety Pański projekt ( lub coś bardziej pracochłonnego) okazał się niewystarczający wobec naszych oczekiwań związanych z Pańską osobą, aczkolwiek pragniemy pozostać z Panem w kontakcie na wypadek nawiązania w przyszłości współpracy.
Chociaż w sumie to od początku wiedzieliśmy, że musimy zatrudnić siostrzeńca prezesa, ale przecież dobrych pomysłów nie znajduje się na ulicy. I pewnie taki bezrobotny poszedłby po kolejny wagon znaczków do pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej, która zrobi sześć mało atrakcyjnych min – pani, nie lokalna jednostka pocztowa – ale skończył mu się akurat zasiłek.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH SZTUKATER.PL ORAZ DESPERAT-ZINE