Wielkopowierzchniowe pomniejszanie

Raczej nie ma w Polsce ludzi, którzy przynajmniej od czasu do czasu nie pielgrzymowaliby do któregoś z wielkopowierzchniowych obiektów handlowych. Wszystko w jednym miejscu, ogromny wybór, swoboda oglądania, dotykania, macania, ugniatania, a nawet kosztowania. Pominę potężne galerie handlowe, gdzie samo przejście wzdłuż wszystkich wystaw potrafi czasem zająć nawet godzinę. Skupię się jedynie na marketach ogólnospożywczych, nazwanych przez jednego z polityków „sklepami dla biedoty”. Tak uwłaczająca forma potraktowania szarej masy ludzkiej powinna była spowodować ogólnonarodowy bojkot osobnika, ale nic takiego się nie wydarzyło. Hasło: taniej jest dla nas święte. Jak na biedotę przystało – nie ma co ukrywać oczywistego.

Te duże sklepy z pokarmem kuszą nas na niezliczoną ilość sposobów i stosują na nas wyszukane sztuczki psychologiczne oraz przekazy podprogowe, wszystko w myśl jednego, prostego założenia – kup więcej! A my wcale nie jesteśmy lepsi. Rzucamy się na każdy przeceniony ochłap, nawet jeśli niby potaniał, bo tydzień wcześniej bez powodu podrożał. Z uporem maniaka ugniatamy warzywa, sprawdzając ich jakość. Czasem widać na półkach takie blade, powypadkowe pomidory, które zostały tak potwornie wydotykane i jakby od tego spuchły, że nadają się jedynie na przecenę, a docelowo do zupy lub sosu. Sam widziałem jedną wytrwałą panią, która przebrała cały karton bananów w poszukiwaniu okazu idealnego. Nie omieszkała przy tym rozrywać kiści na mniejsze, aby żaden z owoców jej się nie schował i nie umknął jej uwadze. Po czym w jej koszyku wylądował jeden banan, do tego zapakowany w dwa woreczki. Reszta kartonu zapewne nabrała świeżych rumieńców, zwiastujących niechybne zasinienie. Tym sposobem już jutro, już pojutrze część tych nieszczęśników trafi do działu z obniżkami. To wszystko wygląda na długoterminową, z góry zaplanowaną strategię klientów, którzy wytrwale polują na niskie ceny. Towar popsuty dwa dni temu, dzisiaj będzie jak znalazł. Może nawet znajdziemy na nim nasze odciski palców i fragmenty DNA – mniam!

Sklepy nie mogą być dłużne tak niszczycielskiej szarańczy i muszą działać. Z tego powodu mamy choćby sprzedaż wiązaną. Drugi produkt gratis. Trzeci produkt za pół ceny. Kup dwa, kup trzy i cztery, a będzie taniej. Ostatnio widziałem nawet ofertę kupna dziesięciu. Może od razu zgrzewkę, karton, multipack, skrzynkę, paletę, kontener, tira, lub kontenerowiec? Wtedy dopiero będzie taniej. Klasykiem Internetu jest zdjęcie dwóch identycznych produktów, ale na jednym dorysowano procentową wartość gratisu, o który niby powiększono opakowanie, a są one identyczne. Cena tego „powiększonego” oczywiście jest wyższa. Żebyśmy jednak nie mogli tak łatwo porównywać opakowań, każdy producent stosuje własny kształt opakowania oraz różne zawartości produktu, niezależnie od opakowania. A opakowanie jest tak zaprojektowane, aby optycznie wyglądało na pojemniejsze. Kolory są tak dobrane, aby przyciągały oczy. Zdjęcia na etykietach specjalnie wyselekcjonowane, abyśmy mieli wrażenie zakupu luksusowego produktu. Dodatkowo umieszczono złote naklejki, jako oznaczenia certyfikatów. Produkty ustawiono na odpowiedniej dla kupującego wysokości, stosując wszystkie znane sztuczki psychologiczne, że lewe oko leci nam tam, a prawe gdzieś indziej. A w sklepie specjalnie przyciemniono światło, abyśmy nie wczytywali się w etykiety, tylko kupowali, skoro już wpuszczono nas do tego ekskluzywnego sklepu bez jarzeniówek. Do tego zapach świeżo pieczonych bułeczek, a nawet maślanych słodkości, nadziewanych kolorową marmoladką. Jakże byśmy mogli w takim otoczeniu mieć świadomość, że jesteśmy oszukiwani i wciska się nam mniej wartościowe produkty? Rzucono nam perły przed wieprze, a my jeszcze te kuleczki bezczelnie oglądamy.

Wystarczy spojrzeć na ceny jednostkowe, czyli cenę produktu za kilogram i od razu robi się w głowie jaśniej. Przez lata zostaliśmy przyzwyczajeni do dużych, rodzinnych opakowań, oznaczających oszczędność poprzez tańszą zawartość oraz generujących myśl, jakobyśmy mniej śmieci przez taki zakup produkowali, dbając tym samym o środowisko. To szczytne tak myśleć, ale cena jednostkowa bardzo często wskazuje na coś zupełnie przeciwnego do owej teorii. Wynika to z nieustannego downsizingu opakowań. Zwyczajnie są nieustannie zmniejszane, aby teoretycznie ceny za sztukę nie wzrastały, kiedy wszystko drożeje. Patrzysz na produkt i nie widzisz różnicy, bo tak opakowanie zaprojektowali przemysłowi architekci. A im mniejsze, tym uporczywiej próbuje wyglądać na większe. Ze świeczką szukać opakowań o okrągłej zawartości litra lub kilograma. To by było zbyt proste do porównania lub szybkiego obliczenia w pamięci. Serek ma niecały kilogram i nawet nie jest to dziewięćset gramów, mamy tam osiemdziesiąt osiem deko. A napój nie ma dwóch litrów, a tysiąc siedemset pięćdziesiąt mililitrów. Nic sobie, dziadu już naprędce nie obliczysz chyba, że jesteś matematycznym geniuszem. A nawet jeśli sobie policzysz, to mamy nową niespodziankę. Czytniki marketowe, gdzie sprawdzamy ceny w razie dziwnego zaginięcia etykietki, niekoniecznie wskazują ceny jednostkowe za kilogram. Nawet niekoniecznie wskazują ceny za dane produkty. Raz wskazują cenę za kilogram, raz cenę za opakowanie, a raz cenę za 100 gramów. Tak więc, inteligentny, super szybki obliczeniowo dziadu, pamiętaj, jeszcze musisz być spostrzegawczy i dobry w tę grę na orientacje. Inaczej wcale nie będzie tak tanio, jak zachęcano na billboardach.

Dobrze by było także skończyć jakiś, przynajmniej podstawowy kurs małego chemika, aby wiedzieć, że E330 to jedynie kwasek cytrynowy. A E123 i E151 to syntetyczne barwniki, często podejrzewane o działanie rakotwórcze. W zasadzie wszystko dosmaczone jest albo solą, albo cukrem, albo zagęszczone mąką. Choć najczęściej stosuje się najtańsze zamienniki, takie jak syrop glukozowy, soję, oleje utwardzone. Czyli najskuteczniejsze zapychacze, nie tylko brzucha, ale na przykład również żył. My chcemy tanio, a oni chcą nas zapchać, niby oczywiste przełożenie, ale jakoś czuję się co najmniej oszukany, kiedy ktoś dybie na moje zdrowie. Gdyby chociaż te droższe produkty były pozbawione takich dodatków, to człowiek jeszcze miałby wybór, a z tym bywa różnie. Trudno studiować skład każdego produktu podczas zakupów. Nikt nie ma na to ani czasu, ani wystarczającej wiedzy. Pasuje także mieć świetne okulary do czytania, ponieważ etykietki na pomniejszonych opakowaniach też są pomniejszone, razem z literkami na nich. Dodatkowe oświetlenie również wskazane – przecież jesteśmy w ekskluzywnym sklepie, a nie w szpitalu u chirurga. Taka lampa czołówka będzie najbardziej wskazana, bo rąk nie absorbuje.

Jedynym polepszaczem, którego tak naprawdę potrzebujemy podczas zakupów jest solidny zastrzyk gotówki. Zamiast nastrzykiwać dla nas mięso, co by było go więcej, a przede wszystkim dużo zaważyło, wystarczy wpompować pieniądze w kieszenie konsumentów. Ludzie od razu zaczną zachowywać się racjonalniej, przynajmniej ci, którzy jeszcze nie wchłonęli zbyt dużo metali ciężkich na przykład z łososia norweskiego. Bo ów, hodowany na szybko, nigdy nawet nie widział Morza Norweskiego, ale całe życie zajadał się soją, tłuszczem z kurczaka oraz barwnikiem, dzięki któremu jego mięsko jest różowe. To przecież jego naturalny pokarm, występujący w morzu od zarania dziejów. To znaczy od zalania dziejów hormonami wzrostu, pestycydami i zwykłymi polepszaczami smaku dla Kowalskiego. Przy tym wszystkim chińska witaminka – nazwa potoczna, wynikająca z dodawania jej do każdej potrawy w tych restauracjach o dziwnych nazwach – czyli glutaminian sodu, to niegroźne ziarnko w silosie pełnym chemicznego granulatu. Patrząc na to mamy jasność – jesteśmy robieni na szaro już od poczęcia naszego jedzenia, a sukcesywnie pomniejszane opakowanie jest tutaj najmniejszym problemem. I jedno jest pewne, ten akurat problem będzie dalej malał. Będziemy mieć coraz mniejsze porcje, ale będziemy coraz bardziej otyli. Czyli, jak z tego wynika, dążymy do dobrobytu. No, prawie. Jak mawia zbiorowy klasyk, na coś trzeba umrzeć. A wybór mamy coraz większy.

Dowiedziałem się ostatnio z mniej lub bardziej pewnych źródeł, że mówienie do gości słowa: smacznego, stało się już niekulturalne. Bo skoro sami przygotowaliśmy dania, to już nie ma co zaklinać rzeczywistości, albo się udało, albo Raphacholin. Osobiście się z tym nie zgadzam, bo idąc tym tropem, niebawem inne magiczne słowa zostaną wyparte przez językozmyłków. Ale dziś, pod powyższym tekstem, bardzo mi wypada wszystkim producentom żywności życzyć – smacznego! Jest to wyjątkowo niekulturalne z mojej strony, bo nawet sam tych produktów nie przygotowałem. Jednak właśnie dlatego, pomimo mojej grubiańskiej natury, sumienie mam… niedosmaczone.

 
TEKST OPUBLIKOWANY NA STRONIE SIĘ MYŚLI

Efekt matrycy

Efekt matrycy choć to dopiero podobrazie
najtańszy produkt
ze znaczkiem „recesja absolutu”
nie można nadążyć
skrzynki wyścielone ofertami szczęścia
kiedy ja pragnę się zabić
nie można odnaleźć strony
w kodzie źródłowym HTML dziwne znaczki
im prostszy skrypt tym trudniej się psuje
oczekiwanie na ofertę
nie rób tego w domu
nic nowego po stronie immunizacji
akwizycja pocieszenia
może kiedyś…
to zdecydowanie za późno
w sprawach sprzedaży bezpośredniej
machinalnie obsługujemy klientów
a… nie możesz teraz rozmawiać
rozumiem
dalsza morfogeneza produktu na skaju morfin.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „OCZY ERY TECHNO”

W magazynie osób mniejszych 7

Gdy pierwszy raz skosztowałem tutejszego jedzenia w kantynie pracowniczej doznałem szoku. Zaznaczę, że kantyna jest pokaźnych rozmiarów. Jest w pełni oblegana ludzko i to na kilka zmian, bo na raz wszystkich by nie wykarmiła. W zapachu jest typowa, jak bar szybkiej obsługi, gdzie smród oleju miesza się z oparami jedzenia. Pomalowano ją na żwawe kolory, które kontrastują z burymi ubraniami magazynierów. Obsługa jest nijaka, dopasowana do tego co serwują. Smaku poza cukrem nie stwierdzono. Trociny z cukrem smażone na głębokim oleju. Przypraw generalnie brak. Słodzą tu wszystko. A jak coś ciepłe i posłodzone – uznają to za nadające się do spożycia. Tylko czy podgrzane warzywa, zazwyczaj jednego gatunku, wylane z puszki razem z bezsolną zalewą można nazwać dodatkiem do obiadu? Pewnie by można, gdyby owe warzywa miały swój pierwotny smak. Albo chociaż połowiczny. Wszystko okazuje się tu mało smakowe. Ich produkty żywieniowe nie są pośredniej jakości, one są całkowicie poślednie. Nazwałbym je produktami połowicznego rozkładu. Radioaktywności niestety nie mam czym zmierzyć.
Ale Irlandia jest pełna sprzeczności, bo można dostać kuriozalnie tanie i wyjątkowo smaczne jogurty. Gdybym przyjechał tu pracować jako modelka, pewnie nie musiałbym jeść niczego innego, no ale jak długo fizyczny pociągnie na takiej diecie? W dodatku przy takiej ruchliwej pracy ciągle chce się pić, a przyzwoita woda mineralna jest tu droga. A każda szanująca się modelka pamięta o codziennym wypłukiwaniu z organizmu toksyn za pomocą takiej właśnie wody zaopatrzonej w listek mięty, który ma odświeżać. Skąd ja tu wezmę mięte? Znalezienie tak wyszukanych przypraw jak majeranek zakrawa o firmament. Niezależnie od wyszukiwarki i ceny produktu.
Szok mnie wzmocnił – postanowiłem, że choćby nie wiem co, nie zamierzam żywić się tak jak tubylcy i będę gotował na własną rękę. Dobrze, że mam w tym doświadczenie i trochę praktyki, mogłem więc sobie pozwolić na takie śmiałe rezolucje. No ale przecież piec samemu chleb to bez sensu – jak myślałem – próbowałem więc przyzwyczaić się do tutejszego. Bezskutecznie. Taki, co wygląda na dobry, kosztuje minimum trzy raz tyle, ile jest wart. Chleb w przystępnej cenie, zawsze jest chlebem tostowym. Ten natomiast najlepiej smakuje na ciepło i jest prawie całkowicie sztuczny co do składu.
Posiłek jednego z moich współmieszkańców wygląda tak: rozpuszczająca się polska konserwa na ciepłym tutejszym chlebku z tostera. Pod konserwą zdążył się już rozpuścić posmak produktu margarynowego. Posmak, bo oszczędzać trzeba, jest przecież wojna, głód, a my tu na robotach przymusowych. Całość tej potrawy na gorąco należy zalać obficie ketchupem, pewnie po to, żeby mniej śmierdziała. Gdy na to patrzę, czuje się jak niemowlę, któremu bułka przylgnęła do podniebienia akurat wtedy, kiedy zaczęło mu się ulewać. Tak wiem, nie powinno się karmić niemowląt bułkami. Tym bardziej miejscowymi.
Dlatego jednak chlebki piekę sobie sam, a dzieci nie planuję. Według jednego z naszych mądrych w rządzie, posiadanie dużej ilości dzieci jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie przyzwoitego bytu na emeryturze, bo na opłacany całe życie ZUS nie ma co liczyć. A pewnie, teraz nasze starzejące się społeczeństwo zacznie rodzić dzieci – niechby choć jedno z miotu dobrze ustawiło się w życiu, a reszta trzódki na emigrację. Niestety niezależnie od płodności narodu mój rocznik już jest ugotowany.
Właśnie, dlaczego napisałem „ugotowany”, a nie na przykład „załatwiony”? Wcale nie dlatego, że zwrot „mieć przejebane” byłby nie na miejscu. To z powodu tego, że wszystkie moje myśli krążą teraz wokół gotowania. Ostatnio w gazetce pracowniczej przeczytałem artykuł na temat objawień raka w Irlandii. Wynikało z niego, że planują u co trzeciej osoby stwierdzić jakiś rodzaj nowotworu w jakimś stadium. „Fantastycznie” – pomyślałem, przełykając na stołówce kawał obiadu. Tak, przyznaję, głód wygrał z moją niezłomnością i skusiłem się zjeść coś rakotwórczego. Jednak albo zmienili kucharza, albo po miesiącu już się zmutowałem i tutejsze specjały jakby nawet nieśmiało mi smakują bez specjalnych konwulsji podniebiennych. A może gdy pracownik fizyczny potrzebuje żreć, nic go nie powstrzyma. Już się boję, jaki drastyczny gwałt nastąpi na moich kubkach smakowych, gdy wrócę do Polski.
Ale wracając do raka. Jak ma nie być nowotworów, biorąc pod uwagę stopień przetworzenia tutejszych produktów. Mleko czuć plastikiem, jajka podśmierdują nie wiadomo czym, warzywa nieudolnie poszukują jakiegoś konkretniejszego wyrazu postaci smaku lub zapachu. Atrybuty typowe dla reprezentowanego gatunku straciły swoją indywidualność. Większość potraw gotowa, tylko do przygrzania w emiterze smaku, czyli mikrofali. Najtaniej życie wychodzi w puszkach albo mrożone. Naturalnie trudno to jeść, ale jaka oszczędność czasu! Zostaje więcej na kolejną (po zakupach) tutejszą atrakcję, czyli telewizor i zjedzenie czterech kilogramów chipsów octowych dziennie. Mówią, że w Polsce ziemniaki są podstawą żywienia… Ciekawe czy wyspiarze znają też zastosowania denaturatu…

LINK DO CZĘŚCI 8

W magazynie osób mniejszych 5

Ale pozostają zakupy! Temu nałogowi tubylcy oddają się bez reszty i nic dziwnego, bo wszystko jest tu nieziemsko tanie – nawet dla mnie, choć wciąż mam w głowie kalkulator, który mimowolnie przelicza wszystko na polską walutę. A przecież tutejsi zarabiają o niebo więcej niż ja! Grzechem byłoby nie kupować. I ani mi w głowie powstrzymywanie rozwoju zachłanności własnej. Byle dużo! Już wymyśliłem, że przed powrotem do domu – gdziekolwiek on jest, umówmy się, że na pewno w Polsce i zawsze tam, gdzie Mama – wyrzucę większość starych ciuchów, w których chodzę czasem ponad dziesięć lat. Nie z biedy, raczej z przywiązania, ewentualnie z pragmatyzmu. Tyle że teraz inny pragmatyzm mi podpowiada, żebym się obkupił jak wariat, skoro za pół darmo. Przyjechał w łachmanach, a wróci w markowych ciuchach królewicza. Jednak ubieranie się w transparenty reklamowe jakoś mnie nie tryka. Tuziemcy natomiast bardzo to lubią. Im większy emblemat firmy, tym byłbym bardziej na fali. Polacy przebywający tu niewiele dłużej ode mnie już złapali taki zarazek. Bakcyl bycia powierzchnią reklamową. To właśnie nosicielom firmy powinny płacić za rozpowszechnianie ich logo, a nie odwrotnie. A może po prostu jestem przedatowanym wapniakiem nie czytającym Faktu. To jest jeden ze szczytów bezczelności, sprzedać komuś własny produkt, który jest darmową powierzchnią reklamową. Sprytne czasy.

Większą bolączką niż moda wydaje się być dla mnie inne zagadnienie związane z pobytem na obczyźnie. Po sześciu miesiącach tutejszej pracy – bo tyle planuję tu pozostać – nie tylko zakupione ubrania mogą przestać na mnie pasować. Cały mogę przestać do siebie pasować. Dłonie już tracą delikatność, wkrótce twarz sczerstwieje od wiatru i zagryzania zębów. Pracownicy, na których mutagenny wpływ magazynu działał dłużej niż na mnie, przejawiają skłonność do garbienia się i wydawania z głębi własnego ciała przeróżnych odgłosów zapewne tylko przypadkowo nie zakwalifikowanych do kanonu savoir-vivre’u. Typowy magazynier jest nieogolony, ma tłuste włosy, a ubrany jest nieszczególnie schludnie. Profil ma zacięty, na czole pot, na rękach brud. Brzydko się patrzy. Pachnie nie lepiej. Lubi pluć i przeklinać. Interesuje go wyłącznie przerwa i koniec zmiany. Nie myśli o losach świata, ani nawet o małych foczkach, którym topnieją tereny lęgowe. Jedynie transmisja sportowa jest w stanie odwrócić uwagę LPD od podnoszenia dóbr. Analogicznym sposobem rozumowania antycypuję, że za kilka miesięcy moja postura może nie przypominać szlacheckiej, jakby wskazywało na to skołtuniałe pochodzenie w linii miecza. Ta polska zaściankowość… Tu nie słyszeli o Polsce szlacheckiej, pewnie temu na lotnisku zabrali mi nożyczki. Żebym uchodził za bardziej otępiałego. Ewentualnie nie ukradł samolotu.

LINK DO CZĘŚCI 6